poniedziałek, 14 maja 2018

Demokrację trzeba dopiero zbudować, bo bronić nie ma czego




PiS demontuje demokrację w Polsce, wprowadzając krok po kroku system autorytarny, dlatego głównym celem osób ceniących wartości demokratyczne powinno być odsunięcie tej partii od władzy – takie jest stanowisko polityczek i publicystów dążących do stworzenia zjednoczonego frontu opozycji. Osoby niezgadzające się z tym podejściem wskazują, że działania podobne do wzbudzających oburzenie posunięć partii rządzącej miały miejsce, chociaż na mniejszą skalę, także za rządów PO. Taki „symetryzm” uznawany jest przez „twardy anty-PiS” za szkodliwy dla walki z fundamentalnymi zagrożeniami demokracji.

Jednak problem z łamaniem demokratycznych wartości za poprzednich rządów nie polegał tylko na proceduralnych nadużyciach przy wyborze sędziów do Trybunału Konstytucyjnego, lecz miał znacznie głębsze korzenie. Co więcej, u źródeł utrzymującego się wysokiego poparcia dla PiS leży właśnie ten zasadniczy deficyt demokracji, z jakim mieliśmy do czynienia już wcześniej. Dlatego dążenie do przywrócenia status quo ante nie tylko nie ma szans na uzyskanie powszechnego poparcia społecznego, a przez to jest błędne ze strategicznego punktu widzenia, ale też jest po prostu sprzeczne z demokratycznymi wartościami, których obronie teoretycznie ma służyć. Demokracja, z jaką mieliśmy w Polsce do czynienia przed rządami PiS, nie jest warta obrony – trzeba ją dopiero od nowa zbudować.

Demokracja to władza ludu, który za pomocą procedur wyborczych rządzi sam sobą obierając polityczne programy mające na celu realizację interesów ogółu. Jednak zarówno w jej greckich początkach, jak i w nowoczesnych, oświeceniowych wersjach, ów demos zawsze ograniczony był do pewnego wybranego grona. Owszem, nie chcemy nad sobą tyranów, chcemy rządzić się wspólnie, ale ta wspólnota to „my”, a nie „oni”. Nie chcemy, by jednostki nie dość mądre czy wartościowe mogły decydować o naszym losie. Jak wiadomo, do wspólnoty pełnoprawnych obywateli długo nie należały kobiety – w Polsce w tym roku obchodzimy stulecie wywalczenia przez nie praw wyborczych. W wielu krajach europejskich do stulecia brakuje jednak jeszcze sporo, na przykład we Francji przyznano kobietom prawa wyborcze dopiero w 1944 roku, a w Szwajcarii w 1971 roku. Głosować nie mogli również niewolnicy, ale nieco bardziej zaskakujące jest, że takie pozornie postępowe kraje jak Kanada i Australia przyznały prawo głosu rdzennej ludności tych ziem dopiero w latach 60. XX wieku.

Często jednak zapomina się, że oprócz wykluczeń na podstawie płci i rasy w nowoczesnych demokracjach obowiązywał cenzus majątkowy, który zaczęto znosić dopiero pod koniec XIX wieku. Wśród tych, którzy nie należeli do wspólnoty ludzi godnych rządzenia, było zatem również prostackie pospólstwo. I jeśli wierzyć Tocqueville’owi, który porównywał prawników do arystokracji i pisał, że „brzydzą się [oni] zabiegami motłochu i w skrytości pogardzają rządami ludu”, takie też są ideologiczne źródła instytucjonalnych zabezpieczeń demokracji. Nie chodziło tylko o to, by dzięki rozdzielności władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej nikt nie mógł zyskać pełnej kontroli nad państwem – chodziło o wykluczenie znacznej części ludzi uznanych za niezasługujących na udział w sprawowaniu władzy.

Przejęcie władzy przez PiS odsłoniło takie właśnie oblicze polskiej demokracji oraz jej politycznych i opiniotwórczych elit, potwierdzając nie wprost zasadność antyelitarnych haseł, z jakimi partia ta szła do władzy. Po jej zwycięstwie w mediach głównego nurtu pojawiło się wiele opinii lamentujących nad tym, że do władzy doszło chamstwo, a to, co kiedyś było obciachem, nie jest już powodem do wstydu. Obecnie, po wielu krytykach, że tego rodzaju wypowiedzi są wyrazem uprzedzeń klasowych, wydaje się, że media rzadziej zlecają swoim dziennikarzom tego typu opracowania, a jeśli już się pojawiają, są one bardziej zniuansowane, jak artykuł Ewy Wilk „Cham w dom” (Polityka, 14.02.18) stawiający tezę, że chamstwo pleni się wśród wszystkich grup społecznych. Wciąż jednak od czasu do czasu różnorodne autorytety ruszają na klasowe barykady z jaśniepańskimi tyradami. Na przykład pod koniec zeszłego roku przewodniczący KOD, Krzysztof Łoziński, apelował by „zdjąć aureolę z mordy chama”; na początku stycznia profesor filozofii Jan Hartman w niezwykle emocjonalnym tekście deklarował, że „na przekór lecącemu błotu i ślinie” będzie powtarzał, że „cham to cham, a idiota to idiota”; a nieco później inny filozof, Bartosz Kuźniarz, przekonywał, że lud jest głupi, bo został otumaniony przez kapitalistyczny konsumeryzm, a poza tym źle go sobie wychowaliśmy.

Demokracja bywa często rozumiana po prostu jako prawo do wrzucenia raz na jakiś czas kartki do urny wyborczej – i obecnie tym jest w istocie, powodując frustrację znacznej części społeczeństw, nie tylko polskiego. Wielu ludzi ma poczucie, że nie mają żadnego wpływu na rzeczywistość, bo jakkolwiek by nie głosowali, elity władzy i tak porozumieją się miedzy sobą i efekt będzie ten sam co zawsze, jedynie w nieznacznie zmienionym opakowaniu. W rezultacie rośnie popularność polityków antysystemowych, którzy najczęściej budują ją podsuwając sfrustrowanym kozły ofiarne pod postacią różnego rodzaju obcych.

Retoryka antyuchodźcza była również ważnym elementem kampanii wyborczej PiS, ale jej kluczowym ogniwem była właśnie obietnica oddania realnej władzy ludziom pozbawionym możliwości wpływu na rzeczywistość przez pogardzające nimi elity rozgrywające między sobą złudny spektakl rywalizacji o głosy. Z tej perspektywy nie ma absolutnie nic zaskakującego w tym, że atak na niezależne media i sądownictwo ani trochę nie obniżył słupków poparcia dla PiS – było to przecież owo obiecane „odrywanie elit od koryta”. Podobnie też celem godnościowych igrzysk jest pokazanie ludziom, że w końcu są słuchani i ich perspektywa się liczy. W tym sensie partia rządząca przywraca demokrację rozumianą jako władza ludu, nawet jeśli wielu zwolenników PiS stosuje jej ubogą koncepcję „karta wyborcza raz na kilka lat” twierdząc, że wszelkie protesty przeciwko demokratycznie wybranej władzy są nieuprawnione i jedyne, co mogą zrobić niezadowoleni, to czekać na kolejną okazję do oddania głosu.

Jak w takiej sytuacji powinna działać lewica? Demokracja, w której wszystkie obywatelki i obywatele mają naprawdę wpływ na polityczną i społeczną rzeczywistość, jest przecież także naszym ideałem. To Marks krytykował współczesne mu demokracje pisząc, że zapewnieniami o powszechnej równości i wolności maskują realne nierówności, a wybór między pracą za głodowe stawki albo śmiercią z głodu nie jest żadnym wyborem. A zatem na nazwę autentycznej demokracji nie zasługuje system, w którym wygranie wyborów uzależnione jest od posiadania znacznych środków finansowych, ani też taki, w którym część społeczeństwa postawiona jest przed samymi niekorzystnymi wyborami ekonomicznymi. Sprawiedliwość społeczna jest tak samo niezbędnym elementem demokracji jak trójpodział władzy. I powinno to być jasne zwłaszcza w Polsce, gdzie społeczna gospodarka rynkowa wpisana jest do konstytucji podobnie jak zasady funkcjonowania Trybunału Konstytucyjnego.

Jeśli demokracja ma naprawdę oznaczać rządy wszystkich obywatelek i obywateli, instytucjonalne zabezpieczenia dla demokracji muszą oderwać się od swojej historycznej roli kontrolowania motłochu przez „prawniczą arystokrację”. Ich celem musi być uniemożliwienie jakiejkolwiek grupie społecznej – silniejszej wpływami, zasobami czy brutalną siłą – zdominowanie całego państwa tak, aby służyło ono jej partykularnym interesom kosztem reszty społeczeństwa. Takie podejście było całkowicie obce wszystkim rządom po 1989 roku, które hołubiły przedsiębiorców jako sól narodu, przodowników postępu mających nas zaprowadzić ku świetlanej przyszłości dobrobytu w państwie uwolnionym od roszczeniowego homo sovieticus. Oczywiste było, że władza ma dbać o tych, którzy jakże hojnie „dają pracę”, a nie o pracowników. Troska o przestrzeganie praw pracowniczych, o godne wynagrodzenia i świadczenia społeczne nie była uznawana za zadanie państwa, „przyciąganie inwestorów” – owszem.

Walka z nierównościami ekonomicznymi jest od dawna kluczowym punktem lewicowych programów politycznych. Twierdzę jednak, że – zwłaszcza w kontekście obecnych sporów w Polsce – potrzebne jest przeformułowanie tych postulatów jako warunków koniecznych autentycznej demokracji, a nie jedynie opcjonalnych dodatków do niej. Ekonomiczna dominacja pewnych grup daje im środki do naginania polityki tak, by służyła ich interesom, a nie wspólnemu dobru. I jest to tak samo sprzeczne z demokracją, jak przejęcie przez jedną opcję polityczną kontroli nad sądami czy mediami. W ten sposób demokracja wyradza się w oligarchię.

Wolność wypowiedzi uznawana jest za kluczowy element demokracji – bez niej niemożliwe jest kształtowanie polityki jako zbiorowych decyzji służących wspólnym interesom. Lewica zawsze opowiadała się za włączaniem do publicznych debat perspektywy kobiet, osób nieheteroseksualnych czy o odmiennych przynależnościach etnicznych i religijnych. Jednak najsłabiej idzie nam walka z dyskryminacją ze względu na klasę, chociaż to właśnie o prawa klas pracujących lewica chce się upominać. Niestety fakt, że większość lewicowych publicystek i działaczy to wykształcone osoby z klasy średniej sprawia, że nasze działania często wpadają w schemat ratowania ubogiego, wyzyskiwanego ludu przed kapitalistycznymi ciemiężycielami. Nie spotyka się to z wdzięcznością „ratowanych”, bo nikt nie chce przyjmować roli ofiary potrzebującej wybawców. Dlatego kluczowym elementem demokracji, jaką chcemy budować, musi być upodmiotowienie „ludu” jako uczestnika walki o lepsze społeczeństwo, a nie biernego obiektu lewicowej polityki. Nie będzie prawdziwej, skutecznej lewicy, dopóki ci, o których prawa chcemy się upominać, nie dołączą do nas na równych prawach, dopóki nie będą mogli dobrze poczuć się w naszym gronie.

Przeszkody są często kulturowo-estetyczne – w poprzednim wpisie omówiłam polityczną rolę obciachu. Większy problem pojawia się jednak, gdy z estetyką zaczyna się wiązać etyka. Jeśli twierdzimy, że realna demokratyzacja publicznej debaty musi polegać na tym, by wszystkie perspektywy mogły w niej zaistnieć, czy nie oznacza to zgody na seksizm, rasizm czy homofobię? Nie, oznacza to jedynie potraktowanie serio ludzi, którzy z różnych przyczyn takie poglądy wyznają: przekonywanie ich zamiast oburzonego przewracania oczami i zatykania nosa z obrzydzeniem. Rafał Woś pisał w zeszłym roku, że lewica musi porzucić własną bańkę „grzecznego prymusika” i ubrudzić się schodząc w „przaśny” i nie zawsze politycznie poprawny lud. Autentyczna rozmowa nie polega jednak na porzuceniu własnej perspektywy. Wręcz przeciwnie: jeśli nie przedstawiamy otwarcie naszych argumentów, to sugerujemy, że druga strona jest zbyt głupia, żeby je zrozumieć. Tego rodzaju protekcjonalna nieszczerość jest od razu wyczuwalna – „lud” bez trudu zorientuje się, że jest traktowany instrumentalnie, że „jaśniepaństwo” zniża się do niego, bo go potrzebuje, a nie traktuje go po partnersku.

Poza tym całkowicie błędny jest podział na tolerancyjną i wykształconą klasę średnią oraz ksenofobiczną i homofobiczną klasę ludową. Jak kiedyś pisałam, w patriarchalnym systemie wszyscy przynajmniej od czasu do czasu wchodzimy w seksistowskie schematy myślenia i działania. Uleganie złudzeniu, że dobrzy lewicowcy są od nich wolni, tylko utrudnia walkę z dyskryminacją. Z drugiej strony, jak pokazują badania socjologów, klasy ludowe wcale nie są tak przesiąknięte uprzedzeniami, jak byśmy chcieli myśleć budując ich obraz w opozycji do naszej rzekomo stuprocentowej tolerancyjności. Ponadto często uprzedzenia są jedynie wyrażane werbalnie i okazuje się, że spotkanie konkretnego innego twarzą w twarz przebiega bez większych zakłóceń. Niedawno znajoma pracująca w świetlicy dla dzieci z Pragi Północ opowiadała mi, że chociaż z kwestionariuszy przeprowadzanych w szkołach wynikało, że tamtejsze dzieci mają wysoki poziom uprzedzeń, gdy czarnoskóra dziewczynka dołączyła do grupy, została zaakceptowana przez rówieśników i, wbrew obawom prowadzących zajęcia, obyło się bez problemów.

Z osobami, które przejawiają różnorakie uprzedzenia, musimy tak czy siak współpracować – jest to jasne chyba dla wszystkich kobiet mających dłuższą styczność z mężczyznami o lewicowych poglądach. Radykalne poszerzenie tego grona nie pogorszy naszej sytuacji, lecz wręcz przeciwnie: może ją znacznie poprawić, gdyż to właśnie uznanie tolerancyjności za cechę przysługującą wyłącznie ludziom wykształconym i obytym utrudnia praktyczną realizację związanych z nią wartości. Z jednej strony, ludzie z klas pracujących nie czują, że są to ich wartości – bo stale słyszą, że tolerancyjni nie są, nawet jeśli skądinąd fakty są inne. Z drugiej zaś, uznanie, że uprzedzeniom podlega jedynie „lud”, który my, wykształceni powinniśmy edukować, stanowi wygodne alibi dla klas średnich i wyższych powodując, że nietolerancyjne postawy kwitną pośród najbardziej postępowej retoryki.

Autentyczne włączenie klas ludowych w lewicowe działania wymaga zatem zrezygnowania z wygodnego przekonania, że uprzedzenia nie dotyczą nas, wykształconych edukatorów „ciemnego ludu”. Wymaga także zastanowienia się, w jaki sposób sami je nasilamy, na przykład poprzez pogardę klasową zawartą w naszych narzekaniach na Polskę i polskość. Nie jest to łatwe, ale tylko w ten sposób możemy budować autentyczną demokrację – a także odebrać PiS-owi rolę jedynej partii naprawdę słuchającej zwykłych ludzi. Trzeba pokazywać, że rola ta jest fałszywa, bo podsycając istniejące uprzedzenia i lęki PiS nie traktuje swoich wyborców poważnie jako równych partnerów w dyskusji, lecz cynicznie wykorzystuje ich jako „mięso wyborcze” służące do zdobycia pełni władzy. Oddanie głosu grupom wykluczanym przez liberalne rządy i media przy jednoczesnym odebraniu go innym grupom oraz postępująca monopolizacja władzy państwowej są działaniami sprzecznymi z prawdziwą demokracją, która nie może polegać na tym, że „my” zyskamy władzę kosztem „was”, ale na budowaniu państwa, które wszyscy będziemy mogli współtworzyć na równych zasadach.


Artykuł ukazał się w piśmie "Bez Dogmatu", I/2018.

poniedziałek, 7 maja 2018

Obciach jest polityczny




Wydarzenia ostatnich kilku lat pokazują, że potrzebujemy nowych kategorii politycznych, ponieważ stare okazały się bezradne wobec decyzji wyborców wywracających do góry nogami eksperckie przewidywania. Wciąż nie do końca rozumiemy, dlaczego teoretycznie niewybieralny, niezrównoważony milioner został prezydentem najpotężniejszego kraju na świecie. Dlaczego Brytyjczycy głosowali za brexitem, który przyniesie im same straty? Dlaczego w Polsce przegrali ci, którym podobno mogło zaszkodzić tylko przejechanie zakonnicy na pasach?

Coraz wyraźniej widzimy, że stosowane dotychczas w politycznych analizach kategorie  interesów i gospodarczej racjonalności są niewystarczające. Liberalne idee wolności oraz tolerancji wobec inności, której brakować ma osobom głosującym na populistów, również wydają się nie trafiać w sedno współczesnych problemów, a ich skuteczność w zwalczaniu ksenofobii jest mocno dyskusyjna. Dlatego twierdzę, że do politycznego słownika trzeba wprowadzić kategorię obciachu. Postaram się pokazać, że może ona wyjaśnić nie tylko wspomniane wyżej zaskakujące decyzje wyborców, ale też wskazać odpowiedź na parę innych dręczących nas pytań. Dlaczego wzrastają nastroje ksenofobiczne, lewica jest stale w defensywie, a jej postulaty przemawiają wyłącznie do uprzywilejowanych elit? I dlaczego klasa średnia się grodzi a muzykę tradycyjną wyparło disco polo?


Władza obciachu

Teza, że estetyka jest kluczowa dla polityki, nie jest oczywiście nowa – najbardziej znana jest pod postacią teorii dystynkcji Pierre’a Bourdieu. W demokratycznym świecie, w którym teoretycznie wszyscy jesteśmy równi i nikt nie wierzy, że „szlachetnie urodzeni” są innym gatunkiem człowieka a w ich żyłach płynie błękitna krew, klasy wyższe wznoszą estetyczną barierę mającą odróżniać je od prostego ludu. O elitarności nie decyduje już hrabiowski tytuł, lecz gustowanie w odpowiednio trudnych dziełach sztuki oraz wiedza, do czego stosuje się każdy z szeregu widelców. Gdy nikt nie chodzi już w złotogłowiu i gronostajach, drobne detale nadają pozornie zwykłym strojom wykwintny szyk i świadczą o przynależności do wyższych sfer.

Dystynkcja wydaje się kwestią estetyki i kultury, ale tak naprawdę chodzi w niej o władzę – o czym często zapominają osoby, które próbują zastosować teorię francuskiego socjologa do współczesnych politycznych problemów. Na przykład Bartosz Kuźniarz stwierdza, że to właśnie „palące poczucie wstydu wynikające z tego, że wpisane w czyjąś tożsamość poczucie smaku długo było przez innych postrzegane jako śmieszne” dostarcza paliwa „dobrej zmianie”. Jednak jako rozwiązanie proponuje „dyfuzję habitusów”, która miałaby polegać na tym, że lepiej wykształceni doedukują tych mniej obytych co do zasad dobrego smaku i poprawnego zachowania się w towarzystwie. To jednak nie ma prawa się udać, ponieważ funkcją dystynkcji jest właśnie budowanie sztywnego podziału na sfery wyższe i pospólstwo. Dlatego po pierwsze owe zasady dobrego smaku skonstruowane są właśnie w ten sposób, by klasy niższe nie mogły ich przyswoić (na przykład wymagają wieloletniej edukacji i znacznych nakładów pieniężnych), a po drugie, gdyby jakimś cudem im się to jednak udało, natychmiast zmieniono by zestaw warunków, tak by dystynkcja wciąż pozostała zachowana. W świecie, w którym wytyczne dobrego smaku służą za narzędzie klasowej władzy, klasy ludowe po prostu nie mają szansy być kulturalne.

Aby uwidocznić rolę władzy, ale także upokorzenie, jakie wiąże się z estetycznym wykluczaniem, proponuję mówić nie o dystynkcji, lecz o obciachu. Ta pierwsza koncentruje się na klasie wyższej i dlatego wydaje się być kwestią stosunkowo mało szkodliwego snobizmu: chcą się odróżniać, więc noszą ubrania z odpowiednimi metkami i słuchają jedynie wyrafinowanej muzyki – my się tym przecież nie musimy przejmować. Dystynkcja to twierdzenie: „my jesteśmy wyjątkowi”, podczas gdy obciach to szydercze: „jesteście beznadziejni”. Dlatego od obciachu nie da się tak łatwo uciec. Naznacza on tych „gorszych” mówiąc im, że powinni się swego bezguścia wstydzić. I nie chodzi tutaj po prostu o naturalnie wykształcające się różnice między grupami ludzi, takie jak odmienny strój ludowy w sąsiedniej wsi, który nikogo nie czyni gorszym, lecz o narzędzie władzy symbolicznej opartej na upokarzaniu całych grup społecznych.

Sięgnięcie do pojęcia ze słownika nastolatków pozwala lepiej przyjrzeć się mechanizmom, które najjaskrawiej przejawiają się właśnie w tym wrażliwym wieku, gdy akceptacja innych jest dla nas tak ważna. Jak pamiętamy ze szkoły, osoby, którym w ten czy inny sposób udało się osiągnąć wysoką pozycję w grupie, mogą całkowicie arbitralnie decydować, co jest, a co nie jest obciachowe. Jedna pogardliwa uwaga może sprawić, że coś, co wydawało się fajne, ładne czy zabawne, staje się głupie, brzydkie i ogólnie rzecz biorąc beznadziejne. I przeciwnie: ci, którzy mają władzę definiowania obciachu, sami mu nie podlegają, a zatem mogą bezkarnie robić obciachowe rzeczy, nosić obciachowe ubrania i słuchać obciachowej muzyki. Ich decyzja pozbawia owe rzeczy obciachowości – przynajmniej w wykonaniu z zasady wolnych od niej wybrańców. Dlatego dres będący stygmatem „gorszości” chłopaka z blokowiska, stanie się znakiem modowego wyrafinowania, jeśli założy go hipster – i nikt nie pomyli jednego z drugim. Podobnie też nikt nie ośmieli się krytykować skarpetek założonych do sandałów przez szanowanego profesora, chociaż zostaną one bezlitośnie wyśmiane u biznesmena z małego miasta. Gdyby zaś ludzie będący na dole hierarchii władzy obciachu zaczęli nagle wszyscy nosić estetycznie „właściwe” ubrania, bo jakimś cudem byłoby ich na nie stać, natychmiast stałyby się one obciachowe.


Wylęgarnia kiczu

W obciachu nie chodzi zatem o estetykę. Wręcz przeciwnie: obciach niszczy poczucie smaku, gdyż ci, którzy mają władzę definiowania tego, co jest cool, nie muszą się przejmować jego zasadami, zaś inni próbując dopasować się do ich wyroków nie mogą tego robić, jeśli nie chcą ryzykować wykluczającego napiętnowania. Lęk przed obciachem niszczy naszą zdolność tworzenia, bo nie pozwala skoncentrować się na tym, co mamy do powiedzenia i jaka forma najlepiej to odda, lecz zmusza do ciągłego zastanawiania się, co inni na to powiedzą i czy przypadkiem nie zostaniemy wyśmiani, jeśli damy się ponieść emocjom albo zbyt radykalnie podważymy powszechnie akceptowane konwencje. A przecież bez odwagi i autentyczności indywidualnej ekspresji nie ma dobrej sztuki.

Obciach jest trujący na płaszczyźnie indywidualnej, jeśli jednak zmienia się w narzędzie społecznej dominacji, może niszczyć całe dziedziny kultury – i taki właśnie był los muzyki tradycyjnej w Polsce. Przede wszystkim przypomnijmy, że wbrew temu, co wydaje się „oczywiste” w społeczeństwie kształtowanym przez władzę obciachu, aby tworzyć genialne dzieła kultury wcale nie trzeba należeć do „kulturalnych” klas wyższych. Wielka sztuka powstawała w społecznościach ludzkich, zanim wykształciły się w nich systemy klasowe. Owszem, nie każdy miał talent, nie każdy umiał opanować i twórczo rozwinąć lokalne konwencje rządzące artystyczną ekspresją, ale elementarna znajomość kulturowej różnorodności powinna uczyć nas, że odmienność owych konwencji nie oznacza, że niektóre z nich są gorsze. Wykształceni ludzie powinni ponadto wiedzieć, że przyswojenie reguł rządzących danym rodzajem sztuki – konieczne, by móc ją rozumieć i w kompetentny sposób dyskutować o artystycznych walorach tego czy innego dzieła – bywa trudnym, czasochłonnym zadaniem wymagającym znacznej otwartości. Ponieważ jednak twórczość polskiej wsi to w oczywisty sposób obciachowa „wiocha”, więc na przykład Jan Hartman nie jest w stanie sobie wyobrazić, że mogłaby ona rządzić się innymi regułami niż muzyka poważna. A nawet że w ogóle możliwe są tu jakieś reguły, więc oceniając ją bez ich znajomości brzmi równie groteskowo jak cesarz Józef II stwierdzający, że w operze Mozarta jest za dużo nut, albo malarz akademicki stosujący swoje kryteria do oceny dzieł kubistów.

Przede wszystkim w muzyce tradycyjnej często mamy do czynienia ze skalami nietemperowanymi, co sprawia, że dla uszu przyzwyczajonych do klasycznych brzmień wydaje się ona fałszem. Oswojenie się z innego rodzaju harmoniami zajmuje trochę czasu, ale jeśli już się dokona, wtedy jak fałsz brzmią z kolei „wyczyszczone” przeróbki tradycyjnych utworów. Wielu aspektów tradycyjnej muzyki nie da się zapisać w nutach, dlatego wymykają się one percepcji klasycznie wykształconych muzyków i trudno im zrozumieć na przykład, czym miałoby być tempo rubato albo że ozdobnik nie jest oddzielną nutą. Parokrotnie cierpiałam słysząc, jak kapela folkowa gra mazurka w tempie wyrównanym zgodnie z kreskami taktów, czy jak skądinąd utalentowana śpiewaczka operowa wyśpiewuje z taką samą siłą każdą nutę w pieśni kurpiowskiej nie wiedząc, że ozdobniki powinny być tylko delikatnie zaznaczone. Taką wiedzę można zyskać jedynie słuchając wiejskich mistrzyń i mistrzów. W tym celu trzeba jednak pewnej pokory. Trzeba założyć, że ponieważ to ich muzyka, więc to oni wiedzą, jak powinna być wykonywana, a nasze konwencje artystyczne nie są ani jedyne możliwe, ani też najlepsze.

Coś takiego było jednak wykluczone w społeczeństwie, w którym to, co wiejskie, naznaczone zostało gorszością obciachu. Dopóki pani pozostawała panią, a chłopka nawet przez chwilę nie pomyślałaby, że mogłaby być jej równa, odmienne kultury istniały w swoich izolowanych sferach. Natomiast gdy po II wojnie światowej znikły wcześniejsze bariery społeczne i staliśmy się społeczeństwem teoretycznie egalitarnym, do akcji wkroczył obciach. Gorszość wsi wynikająca z jej biedy i dziedzictwa kilku wieków upadlającej pańszczyzny była aksjomatem, którego nie mogły ruszyć oficjalnie głoszone równościowe idee. Jej mieszkańcy nie dysponowali wystarczająco silnym poczuciem własnej wartości, by móc obronić się przed władzą obciachu. Dlatego gdy pełni dobrych intencji modernizatorzy ruszyli na wieś naprawiać jej cywilizacyjne zapóźnienia, postanowili także nauczyć prostych chłopów, jak powinni grać swoją własną muzykę. W tworzonych wtedy zespołach pieśni i tańca dzikie brzmienia zostały wygładzone, rytmy wyrównane, a głosy operowo przeszkolone.

W ten sposób sztuka ludowa została przerobiona na kicz w czystej postaci. Prosta piosenka, za pomocą której można było wyrazić własne smutki lub radości przy zbieraniu jagód czy pasieniu bydła, przeniesiona na scenę i zaśpiewana z egzaltowanym zadęciem, stawała się nieznośną szmirą. Zniszczenie odmiennych konwencji muzyki tradycyjnej i pozbawienie jej bezpretensjonalnej autentyczności odebrało jej artystyczną wartość. Jednocześnie jej wykonawcom wmówiono, że ich własny osąd estetyczny jest z definicji błędny. Jeśli im się coś podoba, to na pewno jest to wiejskie, a zatem gorsze. To, co ładne, musi być miastowe, nowoczesne, a przy tym kiczowato prześliczne, tak jak „właściwa” wersja muzyki ludowej promowana przez zespoły pieśni i tańca. I tak lud został rzucony w objęcia disco polo: aspirującej do światowości tandetnej muzyki wykorzenionych ludzi, którym odebrano ich własne poczucie smaku.

I oczywiście stało się to jeszcze jednym „dowodem” na kulturową niższość ludu, na to, że oświecone klasy wyższe muszą go stale pouczać i kontrolować. A ponieważ pozycja zawsze mądrzejszych „edukatorów” jest niezwykle wygodna, więc podobnie jak firmy farmaceutyczne nie zamierzają dopuścić do eliminacji chorób przewlekłych, tak też owo edukowanie nigdy nie odnosi sukcesu i w magiczny sposób utrzymuje podległość edukowanych. Opisany wyżej mechanizm odbierania ludziom poczucia smaku poprzez wmówienie im, że wszystko, co im się podoba, jest z definicji w złym guście, działa także obecnie. Aby sprostać wymogom narzucanej im „edukacji”, klasy niższe zaczynają udawać kogoś kimś nie są. A ponieważ podróbka zawsze jest gorsza od oryginału, a pretensjonalne aspirowanie do „wielkiego świata” wyklucza autentyczność, nieuchronnym efektem jest kicz. Mechanizm ten działa nie tylko w Polsce: to właśnie podróbki „arystokratycznej” kratki Burberry stały się symbolem pogardzanych brytyjskich chavs.

Przekonanie, że tylko „klasy kulturalne” są w stanie tworzyć kulturę, działa zatem jak samospełniająca się przepowiednia. Wszystko, co zostało stworzone przez klasy ludowe, zostaje albo pogardliwie zdewaluowane albo też przejęte. Bo przecież oprócz kultury tradycyjnej dziełem społecznych „nizin” jest także jazz czy hip-hop. Z klasy robotniczej wywodzili się również The Beatles: najsłynniejszy chyba zespół XX wieku, który zrewolucjonizował muzykę popularną. Jego członkowie zresztą wielokrotnie grali ze stereotypowym postrzeganiem robotniczych „prostaków” i naśmiewali się z klas wyższych mających problem z odnalezieniem się w sytuacji, w której „prole” zostali bożyszczami tłumów. Słynnym przykładem jest wypowiedź Johna Lennona, który podczas koncertu, na którym obecna była między innymi królowa, poprosił słuchaczy z tańszych miejsc o klaskanie, a tych bogatszych: o potrząsanie biżuterią. 


Obciach: rasizm oświeconej klasy średniej

Obciach jest zatem narzędziem naznaczania klas ludowych, ale jednocześnie jako samospełniająca się przepowiednia stale je wytwarza jako z definicji gorsze. Ich „niekulturalność” ma uzasadniać ich wyzysk, niższą pozycję społeczną – oraz starania klasy średniej i wyższej, by się od pospólstwa odgrodzić. Przypomnijmy, że w analogiczny sposób pojęcie rasy, którego nienaukowość nie budzi już dziś wątpliwości, zostało skonstruowane przez rasizm, by uzasadnić podbój, eksploatację i niewolenie ludzi różniących się od Europejczyków kolorem skóry. Jednak w przeciwieństwie do rasizmu twierdzącego, że predyspozycje do panowania lub niewoli wypływają z rzekomych różnic biologicznych, oparty na obciachu klasizm opiera się na szczytnej idei obrony kultury przed pozbawioną smaku tandetą. Czyż potrzeba odgrodzenia się od prostackiego, agresywnego motłochu nie jest po prostu naturalna? Dlatego chociaż z punktu widzenia etyki nie ma między nimi różnicy, rasizm uznawany jest za całkowicie nieakceptowalny, podczas gdy klasizm ma się świetnie wśród oświeconych i tolerancyjnych klas wyższych.

Dobrym przykładem tego zjawiska jest debata na łamach gazeta.pl zainicjowana przez Grzegorza Sroczyńskiego, który postanowił poruszyć problem odgradzania się klasy średniej od niższych warstw społecznych. Jego zdaniem uniemożliwia to ludziom z różnych środowisk poznanie się, co w rezultacie prowadzi do stereotypów, wzajemnej wrogości – i politycznych zwycięstw populistów. Zdaniem Sroczyńskiego powinniśmy bardziej się integrować z ludźmi innymi od nas, bo dzięki temu nie zaskoczą nas potem całkowicie nieracjonalnymi decyzjami wyborczymi. Podobne poglądy wyrazili w debacie Przemysław Sadura (szkoły powinny być klasowo wymieszane, ponieważ dzieci z klasy średniej podnoszą poziom, na czym korzystają te uboższe, a bogatsze wcale nie tracą), oraz Wojciech Kotecki narzekający, że społeczna jednorodność miejsc takich jak Miasteczko Wilanów jest nużąca i oducza tolerancji dla inności.

Dla równowagi (bo prawda przecież leży po środku!) gazeta.pl opublikowała także parę tekstów zawierających dobrze znaną, wręcz oklepaną, obronę klasy średniej heroicznie niosącej postęp i dobry smak niewdzięcznemu ludowi napierającemu zewsząd ze swoimi krasnalami ogrodowymi. O dziwo nie ukazał się jednak żaden głos osób, przeciwko którym owe ogrodzenia są stawiane. Nikomu nie przyszło do głowy, że można by zapytać, jak się czują ludzie, którzy mieszkając w nieremontowanych od dawna mieszkaniach socjalnych czy komunalnych, do których miastu „nie opłaca się” nawet doprowadzić centralnego ogrzewania, widzą w okolicy bliższej lub dalszej luksusowe budynki i wiedzą, że nigdy nie będzie ich stać na zamieszkanie w nich, bo praca kasjerki, robotnika czy pielęgniarki nie jest tak cenna społecznie jak specjalistki od PR czy bankowca. Jak to jest, gdy droga, którą zwykle chodziliśmy na przystanek czy do sklepu, zostaje nagle przegrodzona płotem? Gdy wiemy, że to właśnie nas nie chcą na tych nowiutkich chodnikach i wystrzyżonych trawnikach? Ale to przecież oczywiste, że takich ludzi nie pyta się o zdanie. Oni nie są stroną tego sporu – chociaż to właśnie ich dotyka owo grodzenie – ponieważ nie są stroną żadnego sporu. Bo „wykształceni oświeceni” nie wyobrażają sobie, że ci prości mogliby mieć swoją perspektywę, że mogliby w ogóle myśleć, a nie jedynie być kupowani „kiełbasą wyborczą”.

Twierdzę, że to właśnie to wykluczenie oparte na władzy obciachu, doprowadziło do zwycięstw różnego rodzaju populistów. Arlie Russell Hochschild w książce „Obcy we własnym kraju” pisze, że wykluczone klasy niższe głosują na prawicę, która niszczy ich miejsca pracy i doprowadza do katastrof ekologicznych rujnujących ich zdrowie, ponieważ lewica kojarzy im się z obroną praw kobiet oraz mniejszości, którą postrzegają jako niesprawiedliwe wpychanie się do kolejki po amerykańskie marzenie. Kolejki, w której oni, uczciwi i religijni, stoją już od jakiegoś czasu. Z kolei z badań Diany C. Mutz wynika, że przyczyną sukcesu Trumpa nie były kwestie ekonomiczne, lecz fakt, że biali, tradycjonalistycznie chrześcijańscy mężczyźni poczuli, że ich status w społeczeństwie jest zagrożony.

Kwestia tego rodzaju wyborów jest z pewnością złożona, postawiłabym jednak tezę, że kategoria obciachu znakomicie uzupełniłaby te badania. Że gdyby spytać wyborców o wykluczenie na płaszczyźnie estetycznej, okazałoby się, że jest ono jedną z przyczyn doznawanego przez nich upokorzenia, być może nawet najważniejszą. Zresztą jedna z rozmówczyń Hochschild sama porusza ten temat stwierdzając, że „liberałowie uważają wierzących w Biblię mieszkańców Południa za zacofanych ciemniaków, wsioków i nieudaczników. Myślą, że jesteśmy rasistami, seksistami, homofobami i do tego pewnie jeszcze grubi”. I właśnie dlatego uwielbia konserwatywnego publicystę Rusha Limbaugha, bo czuje, że jego wyrzekania na feminazistki i „popieprzonych ekologów” bronią ją przed inwektywami liberałów. Podobnie też, jak pisał w głośnej książce The Chavs Owen Jones, estetyczna pogarda jest obecnie głównym sposobem demonizowania klasy robotniczej w Wielkiej Brytanii, które ma usprawiedliwiać jej rosnącą ekonomiczną marginalizację oraz stale zmniejszane nakłady na publiczne usługi społeczne.

Polityczna siła obciachu wynika z towarzyszącego mu palącego wstydu – to niezwykle silna emocja, a pilnie potrzebna obrona zagrożonego nią poczucia własnej wartości wymaga dokładnie takich godnościowych narracji, jakie proponują populiści. Jeśli ludzi przekonują hasła o wstawaniu z kolan i walce z pedagogiką wstydu, jeśli potrzebują uczynić Amerykę „znowu wielką” albo uniezależnić Wielką Brytanię od tłamszącej ją liberalnej i zbiurokratyzowanej Europy, to znaczy, że ich poczucie własnej godności zostało poważnie naruszone i dlatego szukają ratunku w karykaturalnie przerysowanej postaci honoru. Można oczywiście stwierdzić za Dianą Mutz, że owo upokorzenie wynika z sukcesów liberalnych walk o prawa kobiet oraz mniejszości etnicznych i seksualnych, co prowadzi do obniżenia społecznego statusu białych mężczyzn. Takie procesy też z pewnością mają miejsce, ale wyśmiewanie zacofanych amerykańskich rednecks czy polskich wsioków oraz Januszów biznesu również jest niezaprzeczalnym faktem, a poczucie upokorzenia jest jego oczywistą konsekwencją.

Co więcej, wykluczanie na podstawie obciachu jest jedynym rodzajem dyskryminacji, który oświecona lewica nie tylko dopuszcza, ale wręcz uznaje za uzasadniony. W omawianej wyżej dyskusji o grodzeniu się klasy średniej nikt nie stwierdził, że jest ono tak samo złe, jak segregacja rasowa. Krytycy wykluczania klas ludowych z dobrych szkół oraz z przestrzeni publicznej odwoływali się do solidarności i empatii albo też wskazywali, że społeczna integracja jest dla wszystkich na dłuższą metę korzystna. Ale przecież argumenty, które na obronę grodzenia przywołała Kinga Dunin, są dokładnie analogiczne do tych, które wypychają do gett i gorszych szkół mniejszości rasowe w USA. Identyfikująca się przecież z lewicą publicystka pisze, że klasa średnia wybiera mieszkania na grodzonych osiedlach, ponieważ zwyczajnie chce uniknąć „ślizgania się na psiej kupie”, brudu i ciągłych imprez, które jakoby mają utrudniać życie w wymieszanych klasowo okolicach; zaś obchodzi wymogi szkolnej rejonizacji, żeby uchronić własne dzieci przed przemocą w szkołach i stworzyć im możliwości dobrego startu w życiu. Co mogłoby być w tym złego?

Cóż, to samo, co w teoretycznie nielegalnej, ale istniejącej faktycznie w Stanach Zjednoczonych segregacji rasowej motywowanej na przykład tym, że jeśli czarni zaczną mieszkać w okolicy, to wartość naszych domów spadnie, a na ulicach zrobi się niebezpiecznie. Patrząc z zewnątrz widzimy, że tego rodzaju myślenie zakłada podwójne standardy. Z jednej strony milcząco przyjmuje się, że Afroamerykanie mają z zasady większą skłonność do przemocy (i czai się tu nieśmiała sugestia, że może to jednak wrodzone?), a pomija się to, w jaki sposób wzmagana jest ona przez biedę, wykluczenie społeczne oraz brutalność policji. Zresztą jak wiadomo w Polsce też można zostać zgarniętym na komisariat tylko za to, że się stoi na ulicy i ma „niedobry wygląd”. Z drugiej zaś strony, przemoc w wykonaniu „tych gorszych” okazuje się w dziwny sposób bardziej bolesna i oburzająca niż ta doznana od ludzi posiadających odpowiedni kolor skóry czy kapitał kulturowy. Czyż białe dzieci z klasy średniej nie stosują przemocy w szkołach? Czy wykształceni dorośli zawsze po sobie sprzątają i nigdy nie hałasują? Śmiem wątpić. Na przykład jakiś czas temu znacznie zamożniejsza ode mnie znajoma kupiła mieszkanie w centrum Warszawy i zaczęła narzekać na głośne imprezy wyprawiane stanowczo zbyt często przez mieszkającego nad nią znanego aktora.

Stereotypowe postrzeganie osób z grup dyskryminowanych oparte jest na podwójnych standardach: jeśli kobieta zrobiła błąd za kierownicą, to właśnie dlatego, że jest kobietą – wiadomo, że one nie umieją jeździć. Natomiast podobny błąd w wykonaniu mężczyzny zostanie wyjaśniony jego indywidualnymi cechami (niedouczony lub może ryzykant) albo tym, że był po prostu zmęczony. Takie generalizacje są potępiane przez wykształconych i tolerancyjnych, ale jednocześnie za oczywiste uznaje się, że w przypadku klas ludowych to właśnie przynależność klasowa odpowiedzialna jest za to, że ktoś naśmiecił czy zachował się zbyt głośno, natomiast niekulturalne zachowanie kogoś z „naszych” to wyłącznie indywidualny problem tej oto osoby.

Czy można się dziwić, że dyskryminowani przez ludzi mających usta pełne frazesów o równości i tolerancji, podważają same te szczytne idee i swoja wściekłość kierują na tych, których każe się im tolerować? Dlatego sądzę, że skonstruowana przez Hochschild opowieść o tym, jak to beneficjenci akcji afirmatywnych wzbudzają oburzenie wpychając się w kolejkę po American dream, nie jest w pełni adekwatna. Problem leży w tym, że gorsza pozycja w systemie klasowym również powinna być podstawą do podpadania pod takie akcje, jednak ludzi dyskryminowanych pod tym względem spotyka jedynie pogardliwe szyderstwo władzy obciachu. Seksizm, rasizm i homofobia są złe, klasizm jest w porządku. I to właśnie dlatego obciachowa zaczeska Trumpa i jego pomarańczowa opalenizna uczyniły z niego „swojego gościa” umożliwiając milionerowi skuteczne przyjęcie roli obrońcy zwykłych ludzi przed elitami. Z tych samych przyczyn wiele osób odnalazło własne doświadczenia w poczuciu Kaczyńskiego, że wszyscy są przeciwko niemu, oraz w jego urazach z czasów, gdy został spostponowany i wykluczony przez środowisko inteligenckiej Unii Demokratycznej. 


Lewica przeciw obciachowi

Polityczny przekaz prawicowych populistów był skuteczny, ponieważ odpowiedział na istniejącą w społeczeństwie konieczność kompensacji upokorzeń. Dlatego jeśli chcemy sprawić, by tego rodzaju hasła przestały być nośne, musimy zaspokoić potrzeby, na które odpowiadają. Każdy człowiek potrzebuje czuć, że jego perspektywa się liczy, że jest w stanie wnieść coś wartościowego do społeczeństwa. To jednak niszczy władza obciachu wmawiając całym grupom ludzi, że z powodu ich estetycznych wyborów nie warto z nimi gadać. Obciach nie tylko usprawiedliwia wyzysk, ale też decyduje o statusie społecznym. I chociaż walka z tym pierwszym przeciwko złym kapitalistom nie jest dla lewicy niczym nowym, dużo trudniej jest zrezygnować z uprzywilejowanej pozycji, jaką daje nam kapitał kulturowy, a nad wykluczonymi często wolimy się pochylać, zamiast z nimi po partnersku współpracować.

Walka z klasizmem jest tak samo konieczna, jak walka z seksizmem, rasizmem czy homofobią, ponieważ jest on równie krzywdzący. Ale dla lewicy stawką jest także sam jej polityczny byt. Często porównując współczesną, mizerną pozycję lewicy do siły przedwojennych partii socjalistycznych stwierdza się, że przyczyną są przemiany gospodarcze zmniejszające rolę sektora produkcji na rzecz usług i pracy umysłowej. Ale nawet jeśli robotników czy rolniczek jest mniej niż kiedyś, nie powinno to powodować ich odwrócenia się od reprezentujących ich interesy partii lewicowych. Jednak jak wspomniałam we wstępie, przekaz lewicy jest obecnie przekonujący głównie dla niewielkiej części uprzywilejowanych klas wyższych i średnich. Twierdzę, że rozwiązanie tej zagwozdki leży właśnie w pojęciu obciachu: ponieważ bycie „wsiokiem” czy „robolem” oznacza, że się jest kimś gorszym, nikt nie chce się identyfikować z ludem. W każdym razie nie lud, lecz tylko co najwyżej ci, którzy niosą ludowi ratunek, a sami nim nie są. I dopóki przynależność do klas ludowych nie stanie się powodem do dumy, lewica nie będzie miała szansy na uzyskanie szerokiego poparcia dla swoich postulatów.

Pochodzenie klasowe widać. W Wielkiej Brytanii rozpozna się je natychmiast po akcencie, w Polsce również zdradza je sposób mówienia czy ubierania się. I powiedzmy z całą mocą, że jest to coś całkowicie niezwiązanego z inteligencją czy dobrym wychowaniem. Jakiś czas temu znajoma opowiadała mi o pewnej doktorantce odróżniającej się od swoich kolegów i koleżanek, ponieważ pochodzi ze Szmulek – jednej z biedniejszych dzielnic Warszawy. I chociaż niewątpliwie ma niezbędne zdolności do pracy naukowej, skojarzenia wywoływane przez jej styl bycia utrudnią jej karierę. Lewica stale podkreśla, że trzeba być wyczulonym na wdrukowane nam przez kulturę skłonności do deprecjonowania osiągnięć kobiet czy osób niebiałych. Nie słyszymy jednak o konieczności pilnowania się, by nie oceniać ludzi po sposobie mówienia czy ubierania się, chociaż przecież jest on tak samo niezwiązany z kompetencjami i kulturą osobistą jak kolor skóry albo posiadanie takich a nie innych narządów rozrodczych. Co więcej, osoby z klas ludowych odróżniają się od większości także w lewicowych środowiskach i to właśnie ten fakt przesądza o „kawiorowości” owych środowisk. Od tego oskarżenia nie da się wybronić wyliczając własne zasługi w walce o ekonomiczne prawa ludzi pracy, jeśli nie podważy się jednocześnie inteligencko-hipsterskiej kulturowej „normy”, która sprawia, że owi ludzie pracy czują się wśród nas obco.

Jak jednak taki proces miałby wyglądać? Czy oznacza to, że mamy całkowicie porzucić własne upodobania estetyczne? Że od dzisiaj ładne jest to, co wskażą osoby z odpowiednim pochodzeniem klasowym? Absolutnie nie. Pomiędzy pogardą obciachu a neofickim przywdzianiem dresu w hołdzie autentycznemu ludowi jest jeszcze sporo miejsca na wzajemny szacunek i partnerską dyskusję. Bo owszem, wbrew temu, co się często mówi, o gustach jak najbardziej można dyskutować. Na przykład w środowisku osób zajmujących się praktykowaniem muzyki tradycyjnej i przywracaniem jej społecznego uznania często spieramy się o estetyczną wartość różnych wykonań czy regionalnych manier – i często pozostajemy przy swoich zdaniach. Zdarza się, że na przykład ktosia nie lubi muzyki wielkopolskiej i koniec – ale wtedy ma też świadomość, że nie jest dobrą partnerką do dyskusji o zaletach tej czy innej kapeli. Osoby lepiej osłuchane z daną tradycją mogą przywoływać różnorakie argumenty, które jednak zawsze mogą się rozbić o indywidualne „do mnie to i tak nie przemawia”. Może się też jednak zdarzyć, że po latach przyznamy rację bardziej doświadczonym dyskutantom, że czyjaś opinia zwróci naszą uwagę na coś, czego sami nie dostrzegliśmy. W ten sposób dyskusja pozwala na wyrobienie sobie własnego gustu (bo moja indywidualna percepcja jest szanowana), ale jednocześnie jest też zbiorowym wytwarzaniem reguł dobrego smaku w danej sferze kultury. Aby to jednak było możliwe, nikt nie może mieć władzy, by z różnicy między nami uczynić narzędzie do zawstydzania i wyśmiewania innych.

W tym celu koniecznie jest zrezygnowanie z uprzywilejowanej pozycji tych, którzy nigdy nie zostaną uznani za obciachowych, bo to komuś innemu przypadła rola etatowego „chama i prostaka”, i z poczucia wyższości, jakie daje wyśmiewanie czyjejś nieznajomości zasad dobrego smaku. Bez tego nie da się zbudować autentycznie egalitarnego społeczeństwa, bo recepta prawicowego populizmu na potrzebę społecznego uznania sprawia, że staje się ono dobrem ograniczonym – żeby ktoś je miał, trzeba upokorzyć kogoś innego. W ten sposób lądujemy w błędnym kole dominacji, w którym zawsze ktoś musi być na dole, a lęk, żebyśmy to nie byli tym razem my, zmusza nas do nieustannej rywalizacji i blokuje nasze możliwości twórcze. Dlatego jeśli już obalimy władzę obciachu, będziemy mogli w końcu wyluzować, co pozwoli nam na przykład docenić prawdziwą diwę, także jeśli akurat będzie koncertować w kuchni.

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Panie przodem!




Często słyszymy, że kobiety są w Polsce szczególnie szanowane, ponieważ całuje się je w rękę i przepuszcza w drzwiach. Zdaniem niektórych pokazuje to, że u nas nie tylko nie ma dyskryminacji, ale wręcz przeciwnie: kobiety mają tak naprawdę wyższą pozycję społeczną niż mężczyźni. Oczywiście nie dowiadujemy się nigdy, w jaki sposób szacunek mający stać za szarmanckimi gestami miałby się łączyć z wszechobecnym molestowaniem i przemocą seksualną, z mającą często śmiertelne konsekwencje przemocą domową, albo też z faktem, że mężczyźni dostają bonusowe punkty przy obsadzaniu wszelkich stanowisk związanych z władzą i pieniędzmi, a kobietom płaci się mniej niż mężczyznom nawet w tych niskopłatnych zawodach, do których są dopuszczane.

Ale problem z tezą o szczególnym szacunku dla kobiet polegającym na przepuszczaniu ich w drzwiach nie polega tylko na tym, że drobne gesty służą za zasłonę dymną dla dyskryminacji w naprawdę istotnych obszarach. Sęk w tym, że teza ta jest po prostu fałszywa: „piękne panie” puszczane są przodem wyłącznie wtedy, gdy panowie mogą coś na tym zyskać, we wszystkich innych sytuacjach natomiast przestrzeń fizyczna należy do mężczyzn, którzy wykorzystują swoją przewagę fizyczną i społeczną do zaznaczania, czyj jest ten świat i kto tu naprawdę rządzi.

Przyjrzyjmy się najpierw klasycznej sytuacji otwierania drzwi przed kobietą. Jeśli nie mam problemów z poruszaniem się, nie niosę nic ciężkiego, nie prowadzę wózka czy roweru – nie jest mi to absolutnie do niczego potrzebne. Drzwi mogę z powodzeniem otworzyć sobie sama, nic nie zyskuję na tym, że jakiś pan mi je otworzy, natomiast zostaję w ten sposób wciągnięta bez swojej woli w sytuację z pogranicza flirtu. Szarmancki pan się uśmiecha do miłej pani – pani musi więc podziękować i odpowiedzieć uśmiechem. Pan może się dzięki temu poczuć silnym rycerzem – a pani kruchą damą, której potrzebna jest pomoc nawet w najprostszych codziennych czynnościach. Świat należy do pana, pani zaś musi być wdzięczna, że silny człowiek otwiera jej w tym świecie zamknięte przejścia. Musi – bo jeśli ją te role irytują, jeśli nie chce w nie wchodzić, właściwie nie ma jak się z nich wykręcić nie powodując ciężkiej obrazy lub co najmniej uszczypliwych uwag.

Czasem bywa jednak znacznie gorzej, bo w kokieteryjnej grze pan otwierając drzwi jednocześnie sam w nich staje, zostawiając jedynie wąski przesmyk. Pani jest wtedy zmuszona do znacznego skrócenia dystansu fizycznego, czy nawet wręcz otarcia się o pana. I znów: kobieta nie tylko nie ma jak uniknąć naruszenia swoich granic – czyli po prostu molestowania – musi jeszcze za ową „grzeczność” podziękować! Przeciwstawienie się temu wymaga sporej odwagi: ja na przykład kiedyś kategorycznie odmówiłam przeciskania się koło sąsiada z wyjątkowo śliskim uśmieszkiem blokującego swoją osobą wyjście z bloku. Było to bardzo kłopotliwe, bo się spieszyłam, a trochę to potrwało, zanim pan wielce obrażony zgodził się usunąć z przejścia. Innym razem po prostu przesunęłam plecak na ramię w ten sposób, żeby stojący w drzwiach „galant” nim oberwał. Polecam ten sposób, chociaż oczywiście nie zawsze mamy na podorędziu wystarczająco duży bagaż i nie zawsze są tam ciężkie, kanciaste książki.

Podkreślmy wyraźnie: w opisanych wyżej sytuacjach nie chodzi zupełnie o pomoc. Jeśli dana osoba (płci dowolnej) tego potrzebuje, jak najbardziej należy otworzyć i przytrzymać drzwi – stając jednak obok, a nie w przejściu. Robię tak, jeśli widzę kobietę z wózkiem, starszego pana o lasce czy kuriera z dużą paczką. Ale otwieranie drzwi przed sprawną kobietą, która ma wolne ręce i może sama to zrobić, nie jest pomocą. Jest to wymuszenie para-erotycznej gry, pokazującej jej, że jest istotą słabą, a ten świat należy do silnych zdobywców. Przyznajmy, że to dosyć specyficzna „pomoc”, na której „pomagający” zyskuje kosztem osoby „obdarowanej”.

Panowie otwierają nam drzwi, jeśli mogą na tej grze coś zyskać, natomiast jeśli za owymi drzwiami jest coś, do czego warto się spieszyć – absolutnie nie ma co liczyć na żadne przepuszczanie. Ba! Trzeba się pogodzić z tym, że szarmanccy panowie bez najmniejszych skrupułów wykorzystają swoją przewagę fizyczną i społeczną, by wepchnąć się przed nas. I nie chodzi mi tylko o przepuszczanie metaforyczne, jak z manifowego hasła: „Przepuśćcie nas w drzwiach do Sejmu!” Chodzi mi o takie zwykłe sytuacje jak wsiadanie do zatłoczonego tramwaju. Nie, nie żądam, żeby spieszący się do pracy pracownicy korporacji dawali mi fory w drzwiach ryzykując, że się nie zmieszczą i będą musieli jechać kolejnym. Ale zwykłe zasady uprzejmości, także bez szarmanckich naddatków, mówią, że osoba, która stoi bliżej drzwi, wchodzi lub wychodzi wcześniej niż ta za nią. Wielokrotnie natomiast spotykałam się z sytuacją, gdy różni panowie pchali się przede mnie i nie chcąc wchodzić w fizyczną konfrontację z osobnikami sporo ode mnie większymi, musiałam puszczać ich przodem. Jeśli nie ma akurat czasu na flirciarskie uśmieszki, wychodzi na jaw brutalna prawda, kto tu jest panem przestrzeni.

Najbardziej jest ona jednak widoczna w sytuacji, gdy dwie osoby idące z naprzeciwka muszą się minąć. Jest to sytuacja tak częsta, że nawet nie zauważamy, że część z nas „naturalnie” schodzi z drogi innym, którzy z kolei nie wyobrażają sobie, by to oni mieli wykonać ten wysiłek. Jeśli idziemy w miarę szerokim chodnikiem, zrobienie pół kroku w bok nie jest wielkim problemem. Co najwyżej odrobinkę nas spowalnia, co może mieć znaczenie, jeśli akurat zaraz odjeżdża nam autobus, ale zazwyczaj wysiłek jest żaden. Gorzej jeśli idziemy wąską dróżką wydeptaną w śniegu i zejście z niej pociąga za sobą wejście po kostki w puch prześliczny, ale jednak nieco utrudniający ruchy. Albo na przykład poza ścieżką jest grząskie błocko, które zabrudzi nam buty. Imperatyw, że to kobieta musi w takiej sytuacji zejść z drogi, jest wpojony nam tak głęboko, robimy to tak automatycznie, że zauważyłam to dopiero kilka lat temu pewnej śnieżno-błotnej zimy, gdy miałam już dobrze wyrobioną świadomość feministyczną. Kilka razy szłam wąską ścieżką, powstrzymując wdrukowany impuls ustąpienia przed nadchodzącym z przeciwka „panem świata” i czekając, że może to on tym razem ustąpi mi przejścia. Nie, nic z tego. Spotykały mnie jedynie zdziwione oczy panów i w ostatniej chwili, nie mając wystarczającej odwagi na fizyczną konfrontację, musiałam schodzić im z drogi mocząc lub brudząc buty.

Co się natomiast dzieje, jeśli się takiemu panu nie zejdzie z drogi, mogłam się przekonać kiedyś w godzinach szczytu przy stacji metra Politechnika. Osoby z Warszawy wiedzą, że oprócz metra znajduje się tam kilka przystanków autobusowych i przedarcie się przez tłum poruszających się w przeróżnych kierunkach ludzi jest mordęgą. Akurat jednak dnia owego trafiłam na pewną panią bardzo zręcznie i żwawo wymijającą grupy ludzi. Szła w tę samą stronę co ja, więc wielce zadowolona „wsiadłam jej na ogon”. W pewnym momencie, gdy się już wokół nas rozluźniło, pojawił się idący z naprzeciwka pan. Ponieważ szłam metr za tą kobietą, moim udziałem stało się niezwykle rozweselające doświadczenie, gdy ów pan musiał jednak w ostatnim momencie zejść mojej przewodniczce z drogi, ponieważ ona nie zamierzała tego zrobić. Jego miny nie zapomnę nigdy! Szok! Oburzenie! Otwarte w osłupieniu oczy i usta!

Sama nie znalazłam w sobie jak dotąd wystarczająco dużo asertywności, by to kiedyś powtórzyć, ale dziękuję bardzo tamtej kobiecie za to doświadczenie i jeśli to czyta, pozdrawiam ją serdecznie! Dodajmy, że nie, nie był to „pan starszej daty” ani też niewychowany prostak z ludu. Na oko 30latek, sądząc po stroju: pracownik korporacji albo może pobliskiej Politechniki? I owszem, w momencie „starcia” było już wystarczająco dużo miejsca wokół, by mógł bez problemu zrobić pół kroku w bok – gdyby tylko sama ta myśl nie była dla niego absolutnie niewyobrażalna.

Jak pisałam, zwykle na szerokim chodniku zejście z drogi nie jest problemem. Pojawia się on natomiast, jeśli niesiesz coś ciężkiego lub na przykład prowadzisz wózek. Jestem od półtora roku szczęśliwą posiadaczką barabanu – dla niezorientowanych: to taki ludowy bęben. Tak, skojarzenia z hymnem Polski są jak najbardziej na miejscu, bo „taraban” to alternatywna nazwa tego samego instrumentu. Barabany mają różne rozmiary, mój jest spory: ma 50 cm średnicy i waży około 5 kilo. Gdy niosę go na pasku przed sobą, mam dodatkowy brzuch wielkości chyba ciąży z pięcioraczkami. Na szczęście w moim przypadku jest ona łatwo zdejmowalna, ale i tak dosyć mocno ogranicza ruchy i utrudnia manewrowanie wśród ludzi, samochodów i słupków na ulicach.

I właśnie to doświadczenie pozwoliło mi zrozumieć, o co chodziło z tymi wózkowymi. Być może niektórzy pamiętają: parę lat temu niejaki Zbigniew Mikołejko, profesor filozofii i felietonista, popełnił tekst, w którym opisał panoszącą się na polskich ulicach zarazę „wózkowych”, czyli matek przekonanych, że posiadanie dzieci daje im prawo, by wszystkich rozjeżdżać prowadzonymi przez siebie pojazdami z rozwrzeszczaną zawartością. Jak się można domyśleć, tekst spowodował wiele głosów oburzenia. Byłam wtedy przekonana, że celem było wyłącznie wywołanie medialnego szumu, bo sama nigdy nie zauważyłam jakiejś szczególnie bezczelnej przestrzennej zaborczości ze strony spotykanych na ulicy matek.

Ale pewnego razu gdy szłam spóźniona z barabanem na próbę – olśniło mnie. Bo gdy niesiesz taki ciężar albo prowadzisz wózek, jest ci naprawdę trudno wymijać idącego z naprzeciwka pana, więc myślisz sobie, że może w tej sytuacji, do jasnej cholery, to on może zejść ci z drogi. Sęk w tym, że on tak ani trochę nie myśli. Spiesząc się podbiegałam, by zdążyć przejść przez pasy z migającym już zielonym światłem. Podbieganie z barabanem jest mocno uciążliwe, a omijanie nadchodzącego pana sprawiłoby, że bym nie zdążyła. Owszem, widział, że nadbiegam, ale uskoczył w bok dopiero jak prawie na niego wpadłam – a na jego twarzy malował się wyraz bezbrzeżnego zdumienia. I wtedy dotarło do mnie, że tu właśnie leży zagadka „wózkowych”. Bo dla mnie oczywiste jest, że jeśli z naprzeciwka idzie kobieta z wózkiem, to schodzę jej z drogi, bo mi łatwiej. Dla profesora Mikołejki natomiast sugestia, że miałby to zrobić, to po prostu obelga.

W ten sposób na każdym kroku pokazuje się nam, że ten świat nie należy do nas. Możemy w nim zajmować miejsce tylko warunkowo, jeśli pozwolą nam ci, którzy mają w nim pierwszeństwo. Schodzenie z drogi albo przeciwnie: oczekiwanie, że przeszkody się z niej same usuną, to reakcje automatyczne, których w większości przypadków nawet nie zauważamy. Dlatego wypływające z nich relacje dominacji tkwią bardzo głęboko u podstaw naszej psychiki i jak najbardziej współgrają na przykład z głoszeniem feministycznych haseł.

Tak, naruszenie mojej przestrzeni spotkało mnie też parę miesięcy temu na manifestacji przeciwko zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej. Jak to bywa na demonstracjach, gdzieś z przodu zrobił się korek i stanęłam, bo ludzie przede mną stanęli. Jednak idący za mną pan, który chyba czuł się bardzo ważny, bo niósł z kolegą duży transparent, uznał, że nie musi się do tego dostosowywać poczułam napierające na mnie sporo większe od mojego ciało. Odwróciłam się i powiedziałam, że nie mam jak iść do przodu, bo ludzie stanęli. „To przesuń się w bok”, odpowiedział spokojnie ów pan. Serio. Wynikła z tego dyskusja o tym, że w bok też nie bardzo mam miejsce i w ogóle taka demonstracja to jednak nie jest przestrzeń, w której on może rozstawiać kobiety po kątach, brzmiała chyba nieco niepokojąco, bo idąca nieopodal starsza pani spytała się mnie z troską, czy wszystko w porządku. Gdy jej powiedziałam, o co chodziło, pokręciła ze smutkiem głową: „Widzi pani, i to są ci lepsi, którzy niby nas wspierają! Ile pracy jeszcze przed nami!”

W słynnym artykule „Throwing like a girl” („Rzucając jak dziewczyna”) Iris Marion Young analizuje, dlaczego dziewczynki są zwykle słabsze w sportach. Nie, nie chodzi o siłę fizyczną – chodzi o poczucie, że nie mamy prawa zajmować przestrzeni. Rzucając piłkę chłopiec bierze duży zamach, cofa nogę do tyłu, czasem podbiega czy podskakuje. Dzięki temu siła jego rzutu pochodzi z ruchu całego ciała i jest on celniejszy. Dziewczynki zaś zazwyczaj używają tylko ramienia i to do tego tak jakby nie było ono częścią większej całości, ale luźnym, odrębnym elementem. Przestrzeń nie należy do nich, boją się ją zagarniać i stale czują się w niej zagrożone, dlatego gdy piłka leci w ich kierunku, uciekają przed nią, zamiast aktywnie ją łapać czy odbijać. Autorka wplata te analizy w fenomenologiczną koncepcję podmiotowości, zgodnie z którą jesteśmy naszymi ciałami i to, w jaki sposób odnajdują się one w przestrzeni, ma fundamentalny wpływ na to, jak działamy, kim się czujemy i o jakie prawa potrafimy się upomnieć.

Dlatego w opisanych powyżej sytuacjach nie chodzi tylko o stosunkowo drobne niedogodności takie jak to, że spóźnię się na próbę, ucieknie mi autobus albo pobrudzę sobie buty. Mowa ciała jest niezwykle istotnym, bo bardzo pierwotnym, elementem naszych tożsamości, tego jak się czujemy w społecznym świecie i jak odbierają nas inni. O przestrzennej zaborczości mężczyzn pisano już zresztą wielokrotnie: na przykład o tym, że często zajmują w środkach komunikacji zbiorowej dwa miejsca, bo koniecznie muszą siedzieć z szeroko rozkraczonymi nogami. Ale sytuacja mijania się nadchodzących z naprzeciwka osób to paradygmatyczny przypadek konfrontacji. To, że zakłada się, że to my zawsze musimy ustąpić – nawet jeśli niesiemy coś ciężkiego albo prowadzimy wózek – przekłada się potem na inne sytuacje, w których oczekuje się od nas wycofania i uległości, a zachowania wychodzące poza tę „normę” spotykają się ze społecznymi sankcjami. Czyje zdanie liczy się więcej i kto może komu powiedzieć: „nie masz racji”? Kto jest „naturalnym” przywódcą, więc awansuje, a kto ma się podporządkowywać, nawet jeśli ma wyższe kompetencje i większe doświadczenie? Kto potrafi asertywnie domagać się wyższej zapłaty za swoja pracę?

Czy zatem mamy za każdym razem iść na konfrontację, by w końcu nauczyć się, że ten świat należy także do nas i mamy prawo zajmować w nim miejsce? Zmuszać każdego napotkanego faceta, żeby schodził nam z drogi? Nie, niekoniecznie. Jeśli dwie osoby idą z naprzeciwka, efektem nie musi być wcale zerojedynkowe starcie „ja albo on” – obie strony mogą nieco zejść ze swego kursu. Żeby to jednak było możliwe, koniecznie jest wydobycie na jaw i podważenie wpojonych nam automatycznych impulsów, by schodzić z drogi lub oczekiwać, że inni zejdą. Na pewno nie każda z nas ma w sobie tyle asertywności, co kobieta, którą spotkałam przy metrze, musimy jednak pamiętać, że walka o równość toczy się także w takich pozornie nieistotnych, codziennych interakcjach i że prawo do zajmowania fizycznej przestrzeni przekłada się na nasze poczucie, że się liczymy i zasługujemy na równe prawa. A jeśli mężczyźni autentycznie chcą walczyć o równość i źle się czują w roli „panów świata”, którym kobiety muszą schodzić z drogi, nawet gdy niosą coś ciężkiego lub prowadzą wózek, niech starają się poskramiać nieświadome schematy sprawiające, że zachowują się w taki właśnie niesłychanie bucowaty sposób. Jeśli naprawdę chcą być uprzejmi, niech puszczają panie przodem także wtedy, gdy to paniom, a nie wyłącznie im samym, będzie w rezultacie wygodniej.