poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Panie przodem!




Często słyszymy, że kobiety są w Polsce szczególnie szanowane, ponieważ całuje się je w rękę i przepuszcza w drzwiach. Zdaniem niektórych pokazuje to, że u nas nie tylko nie ma dyskryminacji, ale wręcz przeciwnie: kobiety mają tak naprawdę wyższą pozycję społeczną niż mężczyźni. Oczywiście nie dowiadujemy się nigdy, w jaki sposób szacunek mający stać za szarmanckimi gestami miałby się łączyć z wszechobecnym molestowaniem i przemocą seksualną, z mającą często śmiertelne konsekwencje przemocą domową, albo też z faktem, że mężczyźni dostają bonusowe punkty przy obsadzaniu wszelkich stanowisk związanych z władzą i pieniędzmi, a kobietom płaci się mniej niż mężczyznom nawet w tych niskopłatnych zawodach, do których są dopuszczane.

Ale problem z tezą o szczególnym szacunku dla kobiet polegającym na przepuszczaniu ich w drzwiach nie polega tylko na tym, że drobne gesty służą za zasłonę dymną dla dyskryminacji w naprawdę istotnych obszarach. Sęk w tym, że teza ta jest po prostu fałszywa: „piękne panie” puszczane są przodem wyłącznie wtedy, gdy panowie mogą coś na tym zyskać, we wszystkich innych sytuacjach natomiast przestrzeń fizyczna należy do mężczyzn, którzy wykorzystują swoją przewagę fizyczną i społeczną do zaznaczania, czyj jest ten świat i kto tu naprawdę rządzi.

Przyjrzyjmy się najpierw klasycznej sytuacji otwierania drzwi przed kobietą. Jeśli nie mam problemów z poruszaniem się, nie niosę nic ciężkiego, nie prowadzę wózka czy roweru – nie jest mi to absolutnie do niczego potrzebne. Drzwi mogę z powodzeniem otworzyć sobie sama, nic nie zyskuję na tym, że jakiś pan mi je otworzy, natomiast zostaję w ten sposób wciągnięta bez swojej woli w sytuację z pogranicza flirtu. Szarmancki pan się uśmiecha do miłej pani – pani musi więc podziękować i odpowiedzieć uśmiechem. Pan może się dzięki temu poczuć silnym rycerzem – a pani kruchą damą, której potrzebna jest pomoc nawet w najprostszych codziennych czynnościach. Świat należy do pana, pani zaś musi być wdzięczna, że silny człowiek otwiera jej w tym świecie zamknięte przejścia. Musi – bo jeśli ją te role irytują, jeśli nie chce w nie wchodzić, właściwie nie ma jak się z nich wykręcić nie powodując ciężkiej obrazy lub co najmniej uszczypliwych uwag.

Czasem bywa jednak znacznie gorzej, bo w kokieteryjnej grze pan otwierając drzwi jednocześnie sam w nich staje, zostawiając jedynie wąski przesmyk. Pani jest wtedy zmuszona do znacznego skrócenia dystansu fizycznego, czy nawet wręcz otarcia się o pana. I znów: kobieta nie tylko nie ma jak uniknąć naruszenia swoich granic – czyli po prostu molestowania – musi jeszcze za ową „grzeczność” podziękować! Przeciwstawienie się temu wymaga sporej odwagi: ja na przykład kiedyś kategorycznie odmówiłam przeciskania się koło sąsiada z wyjątkowo śliskim uśmieszkiem blokującego swoją osobą wyjście z bloku. Było to bardzo kłopotliwe, bo się spieszyłam, a trochę to potrwało, zanim pan wielce obrażony zgodził się usunąć z przejścia. Innym razem po prostu przesunęłam plecak na ramię w ten sposób, żeby stojący w drzwiach „galant” nim oberwał. Polecam ten sposób, chociaż oczywiście nie zawsze mamy na podorędziu wystarczająco duży bagaż i nie zawsze są tam ciężkie, kanciaste książki.

Podkreślmy wyraźnie: w opisanych wyżej sytuacjach nie chodzi zupełnie o pomoc. Jeśli dana osoba (płci dowolnej) tego potrzebuje, jak najbardziej należy otworzyć i przytrzymać drzwi – stając jednak obok, a nie w przejściu. Robię tak, jeśli widzę kobietę z wózkiem, starszego pana o lasce czy kuriera z dużą paczką. Ale otwieranie drzwi przed sprawną kobietą, która ma wolne ręce i może sama to zrobić, nie jest pomocą. Jest to wymuszenie para-erotycznej gry, pokazującej jej, że jest istotą słabą, a ten świat należy do silnych zdobywców. Przyznajmy, że to dosyć specyficzna „pomoc”, na której „pomagający” zyskuje kosztem osoby „obdarowanej”.

Panowie otwierają nam drzwi, jeśli mogą na tej grze coś zyskać, natomiast jeśli za owymi drzwiami jest coś, do czego warto się spieszyć – absolutnie nie ma co liczyć na żadne przepuszczanie. Ba! Trzeba się pogodzić z tym, że szarmanccy panowie bez najmniejszych skrupułów wykorzystają swoją przewagę fizyczną i społeczną, by wepchnąć się przed nas. I nie chodzi mi tylko o przepuszczanie metaforyczne, jak z manifowego hasła: „Przepuśćcie nas w drzwiach do Sejmu!” Chodzi mi o takie zwykłe sytuacje jak wsiadanie do zatłoczonego tramwaju. Nie, nie żądam, żeby spieszący się do pracy pracownicy korporacji dawali mi fory w drzwiach ryzykując, że się nie zmieszczą i będą musieli jechać kolejnym. Ale zwykłe zasady uprzejmości, także bez szarmanckich naddatków, mówią, że osoba, która stoi bliżej drzwi, wchodzi lub wychodzi wcześniej niż ta za nią. Wielokrotnie natomiast spotykałam się z sytuacją, gdy różni panowie pchali się przede mnie i nie chcąc wchodzić w fizyczną konfrontację z osobnikami sporo ode mnie większymi, musiałam puszczać ich przodem. Jeśli nie ma akurat czasu na flirciarskie uśmieszki, wychodzi na jaw brutalna prawda, kto tu jest panem przestrzeni.

Najbardziej jest ona jednak widoczna w sytuacji, gdy dwie osoby idące z naprzeciwka muszą się minąć. Jest to sytuacja tak częsta, że nawet nie zauważamy, że część z nas „naturalnie” schodzi z drogi innym, którzy z kolei nie wyobrażają sobie, by to oni mieli wykonać ten wysiłek. Jeśli idziemy w miarę szerokim chodnikiem, zrobienie pół kroku w bok nie jest wielkim problemem. Co najwyżej odrobinkę nas spowalnia, co może mieć znaczenie, jeśli akurat zaraz odjeżdża nam autobus, ale zazwyczaj wysiłek jest żaden. Gorzej jeśli idziemy wąską dróżką wydeptaną w śniegu i zejście z niej pociąga za sobą wejście po kostki w puch prześliczny, ale jednak nieco utrudniający ruchy. Albo na przykład poza ścieżką jest grząskie błocko, które zabrudzi nam buty. Imperatyw, że to kobieta musi w takiej sytuacji zejść z drogi, jest wpojony nam tak głęboko, robimy to tak automatycznie, że zauważyłam to dopiero kilka lat temu pewnej śnieżno-błotnej zimy, gdy miałam już dobrze wyrobioną świadomość feministyczną. Kilka razy szłam wąską ścieżką, powstrzymując wdrukowany impuls ustąpienia przed nadchodzącym z przeciwka „panem świata” i czekając, że może to on tym razem ustąpi mi przejścia. Nie, nic z tego. Spotykały mnie jedynie zdziwione oczy panów i w ostatniej chwili, nie mając wystarczającej odwagi na fizyczną konfrontację, musiałam schodzić im z drogi mocząc lub brudząc buty.

Co się natomiast dzieje, jeśli się takiemu panu nie zejdzie z drogi, mogłam się przekonać kiedyś w godzinach szczytu przy stacji metra Politechnika. Osoby z Warszawy wiedzą, że oprócz metra znajduje się tam kilka przystanków autobusowych i przedarcie się przez tłum poruszających się w przeróżnych kierunkach ludzi jest mordęgą. Akurat jednak dnia owego trafiłam na pewną panią bardzo zręcznie i żwawo wymijającą grupy ludzi. Szła w tę samą stronę co ja, więc wielce zadowolona „wsiadłam jej na ogon”. W pewnym momencie, gdy się już wokół nas rozluźniło, pojawił się idący z naprzeciwka pan. Ponieważ szłam metr za tą kobietą, moim udziałem stało się niezwykle rozweselające doświadczenie, gdy ów pan musiał jednak w ostatnim momencie zejść mojej przewodniczce z drogi, ponieważ ona nie zamierzała tego zrobić. Jego miny nie zapomnę nigdy! Szok! Oburzenie! Otwarte w osłupieniu oczy i usta!

Sama nie znalazłam w sobie jak dotąd wystarczająco dużo asertywności, by to kiedyś powtórzyć, ale dziękuję bardzo tamtej kobiecie za to doświadczenie i jeśli to czyta, pozdrawiam ją serdecznie! Dodajmy, że nie, nie był to „pan starszej daty” ani też niewychowany prostak z ludu. Na oko 30latek, sądząc po stroju: pracownik korporacji albo może pobliskiej Politechniki? I owszem, w momencie „starcia” było już wystarczająco dużo miejsca wokół, by mógł bez problemu zrobić pół kroku w bok – gdyby tylko sama ta myśl nie była dla niego absolutnie niewyobrażalna.

Jak pisałam, zwykle na szerokim chodniku zejście z drogi nie jest problemem. Pojawia się on natomiast, jeśli niesiesz coś ciężkiego lub na przykład prowadzisz wózek. Jestem od półtora roku szczęśliwą posiadaczką barabanu – dla niezorientowanych: to taki ludowy bęben. Tak, skojarzenia z hymnem Polski są jak najbardziej na miejscu, bo „taraban” to alternatywna nazwa tego samego instrumentu. Barabany mają różne rozmiary, mój jest spory: ma 50 cm średnicy i waży około 5 kilo. Gdy niosę go na pasku przed sobą, mam dodatkowy brzuch wielkości chyba ciąży z pięcioraczkami. Na szczęście w moim przypadku jest ona łatwo zdejmowalna, ale i tak dosyć mocno ogranicza ruchy i utrudnia manewrowanie wśród ludzi, samochodów i słupków na ulicach.

I właśnie to doświadczenie pozwoliło mi zrozumieć, o co chodziło z tymi wózkowymi. Być może niektórzy pamiętają: parę lat temu niejaki Zbigniew Mikołejko, profesor filozofii i felietonista, popełnił tekst, w którym opisał panoszącą się na polskich ulicach zarazę „wózkowych”, czyli matek przekonanych, że posiadanie dzieci daje im prawo, by wszystkich rozjeżdżać prowadzonymi przez siebie pojazdami z rozwrzeszczaną zawartością. Jak się można domyśleć, tekst spowodował wiele głosów oburzenia. Byłam wtedy przekonana, że celem było wyłącznie wywołanie medialnego szumu, bo sama nigdy nie zauważyłam jakiejś szczególnie bezczelnej przestrzennej zaborczości ze strony spotykanych na ulicy matek.

Ale pewnego razu gdy szłam spóźniona z barabanem na próbę – olśniło mnie. Bo gdy niesiesz taki ciężar albo prowadzisz wózek, jest ci naprawdę trudno wymijać idącego z naprzeciwka pana, więc myślisz sobie, że może w tej sytuacji, do jasnej cholery, to on może zejść ci z drogi. Sęk w tym, że on tak ani trochę nie myśli. Spiesząc się podbiegałam, by zdążyć przejść przez pasy z migającym już zielonym światłem. Podbieganie z barabanem jest mocno uciążliwe, a omijanie nadchodzącego pana sprawiłoby, że bym nie zdążyła. Owszem, widział, że nadbiegam, ale uskoczył w bok dopiero jak prawie na niego wpadłam – a na jego twarzy malował się wyraz bezbrzeżnego zdumienia. I wtedy dotarło do mnie, że tu właśnie leży zagadka „wózkowych”. Bo dla mnie oczywiste jest, że jeśli z naprzeciwka idzie kobieta z wózkiem, to schodzę jej z drogi, bo mi łatwiej. Dla profesora Mikołejki natomiast sugestia, że miałby to zrobić, to po prostu obelga.

W ten sposób na każdym kroku pokazuje się nam, że ten świat nie należy do nas. Możemy w nim zajmować miejsce tylko warunkowo, jeśli pozwolą nam ci, którzy mają w nim pierwszeństwo. Schodzenie z drogi albo przeciwnie: oczekiwanie, że przeszkody się z niej same usuną, to reakcje automatyczne, których w większości przypadków nawet nie zauważamy. Dlatego wypływające z nich relacje dominacji tkwią bardzo głęboko u podstaw naszej psychiki i jak najbardziej współgrają na przykład z głoszeniem feministycznych haseł.

Tak, naruszenie mojej przestrzeni spotkało mnie też parę miesięcy temu na manifestacji przeciwko zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej. Jak to bywa na demonstracjach, gdzieś z przodu zrobił się korek i stanęłam, bo ludzie przede mną stanęli. Jednak idący za mną pan, który chyba czuł się bardzo ważny, bo niósł z kolegą duży transparent, uznał, że nie musi się do tego dostosowywać poczułam napierające na mnie sporo większe od mojego ciało. Odwróciłam się i powiedziałam, że nie mam jak iść do przodu, bo ludzie stanęli. „To przesuń się w bok”, odpowiedział spokojnie ów pan. Serio. Wynikła z tego dyskusja o tym, że w bok też nie bardzo mam miejsce i w ogóle taka demonstracja to jednak nie jest przestrzeń, w której on może rozstawiać kobiety po kątach, brzmiała chyba nieco niepokojąco, bo idąca nieopodal starsza pani spytała się mnie z troską, czy wszystko w porządku. Gdy jej powiedziałam, o co chodziło, pokręciła ze smutkiem głową: „Widzi pani, i to są ci lepsi, którzy niby nas wspierają! Ile pracy jeszcze przed nami!”

W słynnym artykule „Throwing like a girl” („Rzucając jak dziewczyna”) Iris Marion Young analizuje, dlaczego dziewczynki są zwykle słabsze w sportach. Nie, nie chodzi o siłę fizyczną – chodzi o poczucie, że nie mamy prawa zajmować przestrzeni. Rzucając piłkę chłopiec bierze duży zamach, cofa nogę do tyłu, czasem podbiega czy podskakuje. Dzięki temu siła jego rzutu pochodzi z ruchu całego ciała i jest on celniejszy. Dziewczynki zaś zazwyczaj używają tylko ramienia i to do tego tak jakby nie było ono częścią większej całości, ale luźnym, odrębnym elementem. Przestrzeń nie należy do nich, boją się ją zagarniać i stale czują się w niej zagrożone, dlatego gdy piłka leci w ich kierunku, uciekają przed nią, zamiast aktywnie ją łapać czy odbijać. Autorka wplata te analizy w fenomenologiczną koncepcję podmiotowości, zgodnie z którą jesteśmy naszymi ciałami i to, w jaki sposób odnajdują się one w przestrzeni, ma fundamentalny wpływ na to, jak działamy, kim się czujemy i o jakie prawa potrafimy się upomnieć.

Dlatego w opisanych powyżej sytuacjach nie chodzi tylko o stosunkowo drobne niedogodności takie jak to, że spóźnię się na próbę, ucieknie mi autobus albo pobrudzę sobie buty. Mowa ciała jest niezwykle istotnym, bo bardzo pierwotnym, elementem naszych tożsamości, tego jak się czujemy w społecznym świecie i jak odbierają nas inni. O przestrzennej zaborczości mężczyzn pisano już zresztą wielokrotnie: na przykład o tym, że często zajmują w środkach komunikacji zbiorowej dwa miejsca, bo koniecznie muszą siedzieć z szeroko rozkraczonymi nogami. Ale sytuacja mijania się nadchodzących z naprzeciwka osób to paradygmatyczny przypadek konfrontacji. To, że zakłada się, że to my zawsze musimy ustąpić – nawet jeśli niesiemy coś ciężkiego albo prowadzimy wózek – przekłada się potem na inne sytuacje, w których oczekuje się od nas wycofania i uległości, a zachowania wychodzące poza tę „normę” spotykają się ze społecznymi sankcjami. Czyje zdanie liczy się więcej i kto może komu powiedzieć: „nie masz racji”? Kto jest „naturalnym” przywódcą, więc awansuje, a kto ma się podporządkowywać, nawet jeśli ma wyższe kompetencje i większe doświadczenie? Kto potrafi asertywnie domagać się wyższej zapłaty za swoja pracę?

Czy zatem mamy za każdym razem iść na konfrontację, by w końcu nauczyć się, że ten świat należy także do nas i mamy prawo zajmować w nim miejsce? Zmuszać każdego napotkanego faceta, żeby schodził nam z drogi? Nie, niekoniecznie. Jeśli dwie osoby idą z naprzeciwka, efektem nie musi być wcale zerojedynkowe starcie „ja albo on” – obie strony mogą nieco zejść ze swego kursu. Żeby to jednak było możliwe, koniecznie jest wydobycie na jaw i podważenie wpojonych nam automatycznych impulsów, by schodzić z drogi lub oczekiwać, że inni zejdą. Na pewno nie każda z nas ma w sobie tyle asertywności, co kobieta, którą spotkałam przy metrze, musimy jednak pamiętać, że walka o równość toczy się także w takich pozornie nieistotnych, codziennych interakcjach i że prawo do zajmowania fizycznej przestrzeni przekłada się na nasze poczucie, że się liczymy i zasługujemy na równe prawa. A jeśli mężczyźni autentycznie chcą walczyć o równość i źle się czują w roli „panów świata”, którym kobiety muszą schodzić z drogi, nawet gdy niosą coś ciężkiego lub prowadzą wózek, niech starają się poskramiać nieświadome schematy sprawiające, że zachowują się w taki właśnie niesłychanie bucowaty sposób. Jeśli naprawdę chcą być uprzejmi, niech puszczają panie przodem także wtedy, gdy to paniom, a nie wyłącznie im samym, będzie w rezultacie wygodniej.


wtorek, 20 marca 2018

Standardy kultury gwałtu




Po tym, jak w tekście „Papierowi feminiści” kilka kobiet ujawniło, że były ofiarami nadużyć seksualnych ze strony znanych dziennikarzy, liczne grono osób ze świata mediów, nauki i kultury podpisało list w obronie „standardów proceduralnych i etycznych w kontekście akcji #metoo”. Ich argument, że publiczne oskarżanie o molestowanie lub gwałt łamie zasadę domniemania niewinności, która jest podstawą systemu prawnego, był potem powtarzany wielokrotnie, między innymi przez Agnieszkę Graff i Agatę Bielik-Robson.

Drugi akt tej sprawy nastąpił niedawno, gdy kilka pism postanowiło zacząć znowu publikować artykuły Jakuba Dymka, z którym współpracę zawiesiła jego macierzysta Krytyka Polityczna. W przypadku pewnego marginalnego portalu internetowego można uznać to za zwykłą, niską chęć wypromowania się na nazwisku „skandalisty”. Jednak wznowienie współpracy z człowiekiem, któremu postawiono tak ciężkie zarzuty, przez poważne pisma, jakimi chcą być Dwutygodnik oraz Tygodnik Powszechny, wzbudziło oburzenie wielu osób i stało się impulsem do wystosowania do ich redakcji listu otwartego. Ja również podpisałam się pod tym listem, myślę jednak, że niedostatecznie wybrzmiała w nim kwestia standardów. Warto do niej wrócić także dlatego, że do standardów odwołują się również sprowokowane przez ów list wypowiedzi prof. Moniki Płatek. Dołączenie kolejnej z nestorek polskiego feminizmu do grupy osób troszczących się o dobre samopoczucie sprawcy przemocy, spowodowało wielki zawód sporej części feministek, w tym niżej podpisanej. Ale wbrew temu, co pisze pani profesor, skuteczne ściganie przestępstw seksualnych i szacunek dla ich ofiar nie doprowadzą do państwa totalitarnego, w którym każdego będzie można „pozbawić mieszkania, pracy, godności – do wyjaśnienia!”

Kwestia domniemania niewinności nie jest jedynym standardem, o który tutaj chodzi, i zanim do niej przejdziemy, zwróćmy uwagę na inne. Standardem przy wydawaniu jakichkolwiek ocen – nie tylko przez sądy, ale także przez wszelkie osoby wypowiadające się publicznie – powinna być bezstronność. Jeśli dyskutujemy, czy Iksiński postąpił źle, nie powinniśmy twierdzić, że jest to mniej złe albo że konsekwencje powinny być mniej poważne, ponieważ jest on naszym dobrym kumplem, prawda? Oczywiście większość ludzi nie użyłaby takiego argumentu wprost, jednak dbałość o standardy publicznej debaty wymaga także pewnej powściągliwości w wypowiedziach, jeśli wiemy, że nie będziemy całkowicie bezstronni. Świadomości, że z tego, że kogoś lubimy i cenimy, nie wynika, że osoba ta nie mogła postąpić źle. Jest to zwłaszcza ważne w kwestiach nadużyć seksualnych, do których często dochodzi właśnie dlatego, że sprawca ma wysoką pozycję społeczną i może być pewien, że nikt nie da wiary ofierze. „Gwałciciele są uroczy, szarmanccy, charyzmatyczni, popularni w towarzystwie i szanowani przez otoczenie. Nierzadko są uznawani za filary swojej społeczności.” – mówił niedawno w wywiadzie Jon Krakauer, autor książki o gwałtach w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim. Zatem mówienie: „on jest taki miły i utalentowany, więc na pewno nie mógł tego zrobić” jest klasycznym elementem kultury gwałtu umożliwiającej sprawcom bezkarność.

Czy osoby podpisane pod wspomnianym wyżej listem w obronie standardów tak samo skwapliwie ujęłyby się za Jakubem Dymkiem, gdyby nie był ich dobrym znajomym i współpracownikiem? Gdyby zamiast lewicowej publicystyki pisał prawicową? Albo gdyby był po prostu nieznanym szerzej biznesmenem wykorzystującym swoją pozycję do wymuszania seksu? Szczerze wątpię. W wywiadzie dla Tok.fm Agnieszka Graff stwierdziła, że akcje demaskowania seksualnych agresorów powinny dotyczyć „Weinsteinów tego świata”, a nie kolegów z pracy. Ale biorąc pod uwagę, że Weinstein molestował swoje współpracowniczki, a zatem był właśnie ich „kolegą z pracy”, wygląda na to, że znana polska feministka chce po prostu powiedzieć: owszem, demaskujcie, ale nie naszych kolegów.

W przypadku Tygodnika Powszechnego i Dwutygodnika mamy natomiast do czynienia z kwestią standardów dziennikarskich. Zwróćmy uwagę, że dziennikarz to zawód zaufania publicznego i żeby móc go wykonywać, potrzebna jest wiarygodność. Czy człowiek głoszący pewne zasady i postępujący dokładnie odwrotnie może być choć trochę wiarygodny? Owszem, gdyby Jakub Dymek chciał pisać na przykład o najnowszych modelach mercedesów do pisma typu Playboy, nikt by nie protestował. Ale jeśli media mające wyższe aspiracje zatrudniają dziennikarza, na którym ciążą tak poważne zarzuty, to łamią standardy etyki dziennikarskiej i same pozbawiają się wiarygodności.

Zróbmy eksperyment myślowy. Wyobraźmy sobie, że dziennikarz X brał udział w bójce w lokalu nocnym doprowadzając do poważnego uszkodzenia ciała i mienia innych osób – sprawa jest w prokuraturze. On sam utrzymuje, że został zaatakowany i tylko się bronił, ale są świadkowie, którzy twierdzą, że to jego agresywne zaczepki sprowokowały zatarg. Poza tym człowiek ten znany jest z popędliwości: kiedyś w złości popchnął kolegę z pracy, innym razem zwyzywał podwładną. Albo inny dziennikarz Y został oskarżony o to, że wykorzystał naiwność starszej kobiety, by wyłudzić od niej mieszkanie. Tłumaczy się, że zna ją od dziecka i ona już dawno obiecała, że je na niego przepisze, bo pomógł jej w wielu sprawach. Rodzina ofiary twierdzi jednak, że o żadnej obietnicy nie mogło być mowy, tym bardziej że ich krewna ma lekką demencję. Skądinąd wiemy też, że oskarżony miał problemy finansowe, a kilkoro innych jego znajomych miało trudności z odzyskaniem pożyczonych mu pieniędzy.

Czy krzyczelibyśmy o domniemaniu niewinności, gdyby poważne redakcje zawiesiły współpracę z takimi dziennikarzami, czy może raczej bylibyśmy oburzeni, gdyby mimo wszystko ją kontynuowały? Zarówno w wymyślonych przeze mnie przykładach, jak i w sprawie Dymka nie ma wprawdzie stuprocentowych dowodów i postępowanie sądowe jest dopiero w toku, są jednak mocne przesłanki by sądzić, że oskarżony dopuścił się przynajmniej części zarzutów. (Argumenty za tym, że mamy dobre powody, by wierzyć oskarżycielkom dziennikarza, przedstawiłam w innym wpisie.) Ponadto czyny, o jakie są oskarżeni, zgodne są z ich charakterem i w mniej poważnej postaci miały miejsce już wcześniej. Ale jeśli uznajemy, że redakcja nie tylko ma prawo, ale nawet powinna zawiesić współpracę z awanturnikiem i wyłudzaczem także przed wyrokiem sądu, powstaje pytanie, dlaczego inaczej oceniamy kwestię nadużyć seksualnych? Czy uznajemy, że są one mniej poważne? A może po prostu mniej wierzymy kobietom?

Te pytania prowadzą nas do kwestii standardów prawnych. Zwróćmy uwagę, że domniemanie niewinności nie jest wartością absolutną i ma swoje granice. Na przykład zanim jeszcze sąd rozpatrzy sprawę, może zadecydować o zastosowaniu aresztu, jeśli istnieją mocne przesłanki, że sprawca jest niebezpieczny, albo jeśli istnieje groźba mataczenia w śledztwie. Areszt jest bezsprzecznie bardzo poważną konsekwencją dla życia oskarżonego, ale owszem, stosowany jest, zanim wykaże się jego winę. Dzieje się tak dlatego, że podstawowym zadaniem wymiaru sprawiedliwości nie jest jednak ochrona ludzi przed niesłusznymi oskarżeniami, ale ochrona ofiar przed ich krzywdzicielami i doprowadzenie do tego, by winni ponieśli karę. Owszem, skazanie niewinnej osoby jest niesprawiedliwością, ale dążenie do uniknięcia jej nie może być ważniejsze niż dobro ofiar: byłych oraz potencjalnych. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że osoba podejrzana o nadużycia seksualne wobec dzieci powinna zostać w trybie natychmiastowym odsunięta od pracy z nimi. Czy ktokolwiek mówiłby wtedy o domniemaniu niewinności?

Owszem, sprawa Jakuba Dymka to inny przypadek. Nie wydaje się, żeby były przesłanki do zastosowania aresztu, należałoby jednak stanowczo nie dopuszczać do sytuacji, w których miałby on możliwość wykorzystania swojej pozycji do wymuszenia kontaktów seksualnych. Z cytowanego wyżej wywiadu z Jonem Krakauerem dowiadujemy się, że „statystyki ujawniają […] prawidłowość: gwałcicieli jest niewielu, ale są oni przestępcami seryjnymi. Oznacza to, że jeśli ktoś dopuścił się gwałtu, prawie na pewno skrzywdzi inną kobietę.” Zatem do czasu wyjaśnienia sprawy Jakub Dymek nie powinien być szefem żadnej kobiety, ani też zajmować jakiejkolwiek innej nadrzędnej pozycji, która otwierałaby drogę do nadużyć, jak miało to miejsce w przypadku oskarżających go kobiet.

Odmienne przestępstwa wymagają różnego rodzaju postępowań sądowych oraz środków zapobiegawczych. Podważenie zasady domniemania niewinności przez zastosowanie aresztu w pewnych typach spraw nie prowadzi automatycznie do zawieszenia jej we wszystkich innych przypadkach. Nikt nie mówi, że środki zapobiegawcze wobec podejrzanych o pedofilię miałyby automatycznie przekładać się na przykład na alimenciarzy. Dlaczego zatem słyszymy katastrofalne wizje odbierania mieszkań i arbitralnego zamykania ludzi w więzieniach, gdy twierdzi się, że ochrona ofiar nadużyć seksualnych i skuteczność ścigania tego typu przestępców wymagają odmiennego podejścia do zasady domniemania niewinności?

Standardy postępowania w przypadku brutalnych morderstw albo poważnych przestępstw gospodarczych są od dawna znane i nie wzbudzają kontrowersji. Natomiast akcja #metoo pokazała, że istniejące standardy ścigania przestępstw seksualnych są rażąco nieskuteczne. Historie, jakimi dzieliły się rzesze kobiet w mediach społecznościowych, pokazały nie tylko to, że wielu mężczyzn nie widzi nic złego w wymuszaniu kontaktów seksualnych, ale także to, że są oni praktycznie całkowicie bezkarni. A zatem odpowiedzialność za krzywdę milionów kobiet ponoszą nie tylko ich gwałciciele czy molestatorzy, ale również ci wszyscy, których milczenie, selektywna uwaga i brak zaufania do świadectw kobiet zapewniały przestępcom bezkarność.

Jak wiadomo, standardem postępowania w sprawach dotyczących gwałtów było jak dotąd przede wszystkim obwinianie ofiary. Co miała na sobie, czemu była w złym miejscu o złej porze, czemu piła alkohol i czy aby na pewno cnotliwie się prowadziła? Czy oskarżając o molestowanie przypadkiem się nie mści, jak to odrzucone furiatki mają w zwyczaju? Może po prostu z zazdrości chce zniszczyć karierę młodego zdolnego? Obowiązujące de facto domniemanie winy i kłamliwości ofiary sprawia, że w większości przypadków nie zgłaszają one na policję doznanych krzywd, a często nie mówią o tym absolutnie nikomu przekonane, że na pomoc i sprawiedliwość nie mają szans, mogą tylko co najwyżej zostać powtórnie straumatyzowane. Oczywiście sprawcy takich przestępstw również są tego świadomi – śpią spokojnie i dalej gwałcą.

Nadużycia seksualne są szczególnym rodzajem przestępstw. Ich skutki są znacznie bardziej niszczące dla psychiki ofiar niż w przypadku zwykłego naruszenia cielesnej nietykalności, ponieważ wiąże się z nimi ogromny wstyd. Dlatego też ujawnienie sprawców wymaga niezwykłej odwagi, a psychiczny koszt publicznego mówienia o swojej krzywdzie jest olbrzymi, nawet jeśli ofiara nie spotyka się z podważaniem jej wiarygodności i przerzucaniem na nią odpowiedzialności za to, co jej zrobiono. Jeśli dodatkowo sprawca ma nad ofiarą władzę, bo jest jej przełożonym, wykładowcą lub też opiekunem osoby małoletniej, samo ujawnienie przestępstwa staje się tak trudne, że proceder ten często trwa bezkarnie przez wiele lat. Dlatego aby umożliwić skuteczne ściganie takich czynów, wprowadzono zasadę odwróconego dowodu w sprawach o molestowanie w miejscu pracy. Oznacza ona, że to pracodawca musi udowodnić, że nie doszło do molestowania albo że należycie na nie zareagował, ofiara musi jedynie molestowanie uprawdopodobnić.

Tak! Taka zasada już istnieje w polskim prawie i mimo to nie żyjemy w totalitarnym państwie, w którym arbitralnie wtrąca się do więzień na podstawie byle pomówienia! Dzieje się tak nie dlatego że, jak się domyślamy, sądy tej zasady w praktyce nie stosują, lecz dlatego, że nie jest ona żadnym zagrożeniem dla porządku prawnego. Wręcz przeciwnie: zagrożeniem jest właśnie niestosowanie tego prawa przez sądy. Bo nie, ich celem nie jest chronienie nas przed „sowiecką totalitarną zapazuchą”, przed którą przestrzega prof. Płatek, lecz podtrzymywanie kultury gwałtu, w której bagatelizuje się przestępstwa seksualne i z zasady nie wierzy kobietom, które je zgłaszają. W kulturze tej skandalem jest nie to, że „znany, lubiany i utalentowany” miał możliwość przez wiele lat molestować i gwałcić, lecz to, że jego czyny w końcu zostały ujawnione niszcząc, o zgrozo, jego dobre imię i karierę! To jemu się współczuje, a krzywda kobiet to przecież normalna, nieusuwalna część ich życia. Taki mamy klimat po prostu. Nie trzeba było się rodzić kobietą.

Powiedzmy to wprost: system prawny jest częścią systemu władzy, dlatego to nie przypadek, że na przykład w USA domniemanie niewinności w stosunku do Afroamerykanów działa jakoś tak jakby mniej. W rezultacie są oni skazywani na znacznie słabszych podstawach i dostają wyższe wyroki, często za wykroczenia, które białym uszłyby całkowicie na sucho. W ten sposób podtrzymywana jest hierarchia rasowej władzy i tak samo też celem kultury gwałtu jest zachowanie podrzędnej roli kobiet. Stałe niszczenie ich poczucia własnej wartości i pewności siebie. Uniemożliwianie im zawodowego awansu i podważanie ich pozycji – co mogłoby przecież zaburzyć „normalne” relacje społeczne ustawiające mężczyznę nad kobietą, dające mu prawo do jej ciała i uciszające jej głos.

Ale nie chodzi tu tylko o utrwalanie patriarchatu. Stawką są też konkretne życia, konkretne ludzkie cierpienie. Przytoczmy jeszcze jeden cytat z wywiadu z Jonem Krakauerem:

Według psychologów ofiarom przemocy seksualnej znacznie trudniej poradzić sobie z traumą, gdy sprawcą jest ktoś znajomy. Wówczas przemoc niszczy cały dotychczasowy świat, a przede wszystkim podważa sens ufania komukolwiek. Ofiara zaczyna wierzyć, że każdy może ją skrzywdzić, a niebezpieczeństwo czai się wszędzie. Gwałt towarzyski [dokonany przez osoby znane ofierze, w okolicznościach uznanych za bezpieczne - przyp. red.] kompletnie zaburza podstawową zdolność oceny sytuacji, czyniąc z najprostszych, codziennych czynności wyzwania ponad siły. Przede wszystkim ofiara nie wierzy samej sobie, przez co cały świat zmienia się w miejsce przerażające i nieprzewidywalne. Nie ma się czemu dziwić, w końcu gwałt towarzyski poprzedzają sytuacje niewinne i zdawałoby się bezpieczne, dlatego potem tak trudno, jeśli to w ogóle możliwe, odbudować zaufanie do drugiego człowieka.

Nikt nie powinien być zmuszony do życia w świecie tak fundamentalnie pozbawionym poczucia bezpieczeństwa. Niestety dotyka to milionów kobiet, a podważając ich świadectwa, odbieramy im resztki wiary w ludzi. Twierdząc, że bronimy standardów porządku prawnego i udając, że nie wiemy, iż zasada domniemania niewinności nie jest w nim wartością absolutną, budujemy społeczeństwo, w którym sprawcy nadużyć seksualnych mogą spać spokojnie, a ich ofiary nigdy nie poczują się bezpiecznie. Takie standardy są standardami kultury gwałtu.


grafika: Stefan Żuchowski, koncepcja: Małgorzata Anna Maciejewska

poniedziałek, 12 marca 2018

Nie lubisz Polski – wspierasz nacjonalizm



Narzekanie jest naszym narodowym sportem – zwłaszcza narzekanie na Polskę. Jednocześnie nieodłącznym elementem polskości wydaje się być duma narodowa i przekonanie o naszej wyjątkowej, wręcz mesjańskiej roli w dziejach. To drugie nastawienie zyskuje obecnie przewagę wraz z przejęciem władzy przez partię stawiającą sobie za cel „powstanie z kolan” po latach „pedagogiki wstydu”. Efektem jest wzrost nastrojów nacjonalistycznych i rosnąca liczba ksenofobicznych aktów przemocy – co z kolei staje się jeszcze jednym powodem do narzekania na Polskę dla osób ceniących kulturową otwartość. Jednak wbrew pozorom nasilenie krytyki polskości nie pomoże w zwalczaniu nacjonalizmu, bo skrajne emocje w stosunku do naszego kraju i nas samych nie są wynikiem zbiorowej schizofrenii, ani też niezdolności zauważenia, że Polska nie może być jednocześnie najgorszym i najlepszym krajem na świecie. Awersja do naszego kraju jest bowiem jednym z czynników potęgujących jego fanatyczne umiłowanie.

„Jak ja nie lubię Polski”, napisała niedawno na facebooku moja znajoma. Pod tym prostym i jakże często słyszanym u nas zdaniem otrzymała kilkadziesiąt komentarzy, w większości zgadzających się z jej postawą. Wiele osób pisało, że nie lubi tu nic poza pewnymi wyjątkami, takimi jak ulubione potrawy (wzięciem cieszył się śledzik), twórcy czy wytwory kultury. Kilka osób wspomniało, że lubią niektóre miejsca i krajobrazy w Polsce, albo też niektórych ludzi – na przykład tych „knujących jak zakopać nacjonalizm”. Nie obyło się jednak także bez sakramentalnych narzekań na fatalny w swoim całokształcie krajobraz i potworne polskie bezguście, tym razem symbolizowane przez pewien element ogrodzeń obserwowany często przez jednego z uczestników dyskusji i nieodmiennie przyprawiający go o ból oczu.

Każdy z nas słyszał tego typu narzekania setki razy i w dyskusji na profilu mojej koleżanki kilka osób stwierdziło, że są one typowo polskie. Żeby sprawdzić, czy tak jest w rzeczywistości, postanowiłam przeprowadzić sondę wśród znajomych pochodzących z różnych krajów oraz Polek i Polaków mieszkających długo za granicą. Pytałam nie o to, czy oni sami nie lubią swoich krajów, ale czy tego typu stwierdzenia padają w publicznych i prywatnych dyskusjach – prosiłam też o odróżnienie narzekania na konkrety oraz na kraj jako całość. Dlatego chociaż z pewnością nie można mojej sondy uznać za pełnowartościowe badanie socjologiczne, wydaje się, że może nam ona dać całkiem dobre rozeznanie w problemie – częste występowanie lub nie pewnych wypowiedzi w naszym otoczeniu jest faktem, który można stwierdzić niezależnie od tego, czy sami się z nimi zgadzamy.

Moje rozmowy pokazały, że narzekanie na własny kraj nie jest bynajmniej polską specjalnością. Znajome z Bułgarii i Estonii napisały mi, że u nich także bardzo dużo się narzeka. Bułgarzy wprawdzie lubią bułgarskie krajobrazy, ale są bardzo niezadowoleni z kolejnych rządów, nie cierpią innych Bułgarów, a powiedzenie „bułgarska robota” oznacza pracę zrobioną źle i z opóźnieniem. Estończycy również nie lubią innych Estończyków i ciągle są na kogoś obrażeni, chociaż według mojej znajomej w powtarzanym katalogu narodowych wad Estończyków rzadko słychać narzekania na samą Estonię. Uczucie odrazy do własnego kraju znane jest także w Brazylii – znajomy napisał, że chociaż kraj jako taki ma bardzo wiele atutów, społeczeństwo jest tak przeżarte nierównościami, że trudno tam żyć i on na przykład postanowił wyemigrować na stałe. Na korupcję i złe rządy narzeka się także w Burkina Faso – według mojego znajomego przedmiotem niechęci w dyskusjach bywa zarówno władza, jak też kraj w ogóle.

Jednak większość pytanych przeze mnie osób pisała, że wypowiedzi analogiczne do „nie lubię Polski” właściwie się u nich nie zdarzają. Znajomy Amerykanin uznał, że takie stwierdzenie byłoby u nich wręcz herezją, chociaż oczywiście słychać narzekania na polityków, korporacje czy konkretne problemy. Podobnie też kolega mieszkający od wielu lat w Wielkiej Brytanii nie słyszał nigdy, by ktoś tam twierdził, że nie lubi swojego kraju; częstym przedmiotem skarg jest jedynie słynna brytyjska aura oraz politycy przeciwnej opcji niż ta, z którą sympatyzuje rozmówca. Pogoda i szwedzka mentalność jest również powodem do niezadowolenia w Szwecji, ale zdaniem mojego znajomego, chociaż Szwedzi by tego otwarcie nie przyznali, w głębi duszy uważają, że ich kraj jest po prostu wspaniały. Przekonanie, że jesteśmy najlepsi na świecie, połączone jednak z ostrą krytyką konkretnych problemów, obecne jest również we Francji. Znajoma Włoszka przyznała, że mają wiele powodów do narzekania, lecz mimo to kochają swój kraj i absolutnie nigdy nie słyszała, by ktoś mówił, że go nie cierpi.

W Holandii natomiast, jak twierdzi znajoma Holenderka mieszkająca od kilkunastu lat w Polsce, owszem, zdarzają się tacy, co nie lubią Holandii – na przykład ona sama. Zasadniczo jednak tożsamość narodowa nie jest tam istotnym elementem indywidualnych tożsamości i kraj ten nie wzbudza u swoich obywatelek i obywateli tak gwałtownych uczuć negatywnych ani też pozytywnych, jak dzieje się to w Polsce. Jako prawdopodobną przyczynę dobrze jej znanego polskiego narzekania podała nasze kompleksy: prawie każda nowo poznana osoba w Polsce dziwiła się, że moja znajoma wybrała nasz kraj jako miejsce zamieszkania, a jeszcze większe zdumienie wzbudzał fakt, że chciało jej się nauczyć języka, chociaż przecież w Anglii czy Francji byłoby to coś naturalnego.

Pozytywne lub neutralne uczucia do własnego kraju nie występują jednak wyłącznie w bogatych krajach Zachodu. Znajoma z Iranu była nieco zdziwiona moim pytaniem i odpisała, że owszem, wiele osób narzeka na system polityczny, ale odróżniają go od kraju jako takiego. „Egipcjanie generalnie są dumni z własnego kraju i że są Egipcjanami”, pisze znajoma mieszkająca tam od kliku lat. Owszem, widzą złe strony obecnego systemu, chcieliby zmian, często też marzą o wyrwaniu się do lepszego świata, ale nie słychać, by wyrzekali na Egipt. Chęć wyjazdu, narzekania na korupcję i nieudolną politykę słychać też na Filipinach, ale koleżanka prowadząca tam badania antropologiczne nie słyszała nigdy narzekania na kraj jako taki.

Na pewno łatwiej lubić kraj bogaty, dobrze rządzony i przyjazny dla obywatelek i obywateli, ale fakt, że mamy powody do niezadowolenia, które zresztą w mniejszym lub większym stopniu występują wszędzie, nie prowadzi automatycznie do znielubienia swojego kraju jako takiego. Gdy mojej znajomej piszącej, że nie lubi Polski, ktoś odpisał w dyskusji, że to właśnie tego rodzaju narzekania czynią nasz kraj tak okropnym, odpowiedziała: „to znaczy, że mam nie krytykować smogu i tego, ze Sejm zamiast walczyć ze smogiem zajmuje sie godnością narodu polskiego? Że mam nie krytykować masowego odstrzału dzików i tego że myśliwi dyktują warunki reszcie społeczeństwa? Mam nie krytykować tego, że poeta przerabiający zabawnie hymn na pieśń zapraszającą uchodźców do Polski dostaje 1000 zł grzywny?”

Krytyka z pewnością jest ważna i jak najbardziej zgadzam się, że wszystkie wymienione sytuacje na nią zasługują. Zwróćmy jednak uwagę, że uznanie, iż to wszystko definiuje polskość, jest dokładnie tak samo krzywdzącym uogólnieniem jak stwierdzenie, że islam to terroryzm. Gdyby ktoś powiedział, że nie lubi islamu, ponieważ muzułmanie dokonują zabójstw honorowych na kobietach, moja koleżanka protestowałaby z całą mocą przeciwko takiemu stereotypowi, chociaż z pewnością potępiłaby też takie morderstwa. Ale jeśli islam nie jest tożsamy z pewnymi negatywnymi zjawiskami występującymi na jego gruncie, to dlaczego wolno utożsamiać złożoną całość, jaką jest Polska, z konkretnymi działaniami polityków czy sądów?

Narzekanie na Polskę i polskość jako taką jest u nas uznawane za dowód postępowości i zdolności do krytycyzmu, natomiast deklarowanie miłości do naszego kraju poczytywane jest nie tylko za przejaw zaczadzenia umysłowego i bezkrytycznej megalomanii, ale też za przyczynę polskich problemów. Jak pokazuje Adam Leszczyński w książce „No dno po prostu jest Polska”, ma to swoje źródła w XIX-wiecznej traumie utraty państwowości – i w poczuciu, że doszło do tego de facto na nasze własne życzenie. Polska nie została podbita przez przeważające siły, lecz rozpadła się, bo przegniła od środka, a ościenne państwa tylko to wykorzystały. Towarzyszący temu wstyd i chęć zreformowania tak ewidentnie patologicznej polskości były stałymi elementami postępowej publicystyki: od Mochnackiego po Prusa, Brzozowskiego i Gombrowicza.

W katalogu naszych narodowych wad dominowały najpierw cechy szlachty: egoistyczne rozprzężenie i bałagan, wybujała duma połączona z bezgraniczną ignorancją, kłótliwość, popędliwość i fantazja nielicząca się z realiami. Jednak jak zauważa we wstępie Leszczyński, „>>szlachetczyzna<< w polskiej autonarracji zanika właściwie po II wojnie światowej […]. Od tego czasu czołowe miejsce w narodowym wizerunku zajmują cechy postrzegane przez krytyków jako bardziej ludowe – pazerność, ciemnota, chamstwo, prymitywność, pewna umysłowa ociężałość, brak wdzięku w życiu i zachowaniu.” Autor nie rozwija tej myśli w dalszej części książki, jest to jednak kluczowy punkt, bo pokazuje, że w pewnym momencie wstyd za nas samych, naszą głupotę, butę i bezhołowie, zamienił się na wstyd za nich: tych ciemnych, prymitywnych i obciachowych, z którymi na nasze nieszczęście musimy dzielić przynależność narodową.

Ten wątek został wprowadzony do dyskusji na profilu mojej koleżanki przez jej nastoletniego syna, który zamieścił zdjęcie małpy w dresach z komentarzem: „Nie obrażaj naszej ziemi ojczystej. JAK SOBIESKI Z OSMAŃCAMI TAK MY TERAZ Z BLUŹNIERCAMI”. Wprawdzie jego mama zrównoważyła nieco klasistowski wydźwięk tej wypowiedzi wklejając własne zdjęcie w podobnych dresach, ale młody niezrażony kontynuował heheszki: „ty mnie się dresami nie ratuj tylko Polskę przeproś. Jak ledwo granice przekroczysz to ucałuj naszą ziemię ojczystą”.

Osoby obyte i świadome, że uprzedzenia klasowe są tak samo złe jak wszelkie inne, nie będą otwarcie łączyć narzekania na Polskę z wyśmiewaniem wiochy czy dresiarstwa. Ale młodzież, która nie do końca opanowała meandry poprawności politycznej, może niechcący odsłonić ukrywany przedmiot owych wyrzekań. Pokazać, że wyśmiewanie patriotyzmu jest narzędziem nastolatkowych wojen decydujących o tym, kto jest fajny i cool, kto zaś zostanie obciachowym obiektem beki.

Zranienia spowodowane przegraną w tego rodzaju bitwach prowadzonych w bardzo wrażliwym okresie życia potrafią zostać w człowieku na długo i kształtować jego postawy jeszcze wiele lat później. A źródłem nacjonalizmu wcale nie musi być przekonanie o wspaniałości własnego narodu – bardzo często miewa on funkcję kompensującą doznane upokorzenia. Tak przecież  było w hitlerowskich Niemczech, albo w Rwandzie, gdzie jedną z przyczyn ludobójstwa dokonanego przez Hutu była chęć odegrania się na Tutsi za ich wielowiekową dominację. Tak też z pewnością jest w Polsce, gdzie tym, co szczególnie celebrowane, są nasze porażki oraz doznane przez stulecia krzywdy. Historia Polski dostarcza nam wielu powodów do kompleksów. Wstyd związany z rozbiorami nie jest już może tak dojmujący, ale znalezienie się po złej stronie żelaznej kurtyny spowodowało znaczne opóźnienia cywilizacyjne i wytworzyło w nas poczucie, że Zachód jest wzorcem, do którego musimy dążyć. Tam jest lepiej, tam jest po prostu normalnie – nie to co u nas.

Z normalnym Zachodem można się identyfikować, jeśli się zna języki, jest się światowo obytym i kulturalnym. Do tego zaś oprócz kapitału kulturowego potrzebny jest zwykły kapitał ekonomiczny. Nie każdego stać na kursy językowe, wyjazdy czy bilety do teatru. Dlatego dążąc do tego, by stać się w pełni Europejczykami, przedstawiciele klasy średniej i wyższej w pewnym momencie zauważają z niesmakiem, że mimo wysiłków ciągnie ich w dół kula u nogi pod postacią niekulturalnych, brzydkich i źle ubranych ziomków. Po prostu Polska. I zaczynając dobrze znaną litanię żalów zamożni i wykształceni przerzucają na biednych i nieobytych własne kompleksy wynikające z bycia wciąż jednak nie całkiem Europą. Bo zwróćmy uwagę, że narzekanie na Polskę pozwala narzekającym poczuć się lepiej, nie jest to zatem sytuacja pełnego wstydu przyznania się do własnej słabości, lecz przeciwnie: odgrodzenie się od słabości jakichś innych, od których jesteśmy lepsi właśnie dlatego, że jakże krytycznie narzekamy. Im za to ze środków do kompensacji kompleksów cywilizacyjnych – oraz dodatkowo jeszcze upokorzeń doznanych od nas! – pozostaje już tylko nacjonalizm.

Oczywiście uprzedzenia to złożone procesy, które nie mają jednej przyczyny. Wydaje się jednak, że potrzeba poradzenia sobie z poczuciem niższości wobec Zachodu jest kluczowym elementem polskiego nacjonalizmu, dlatego wzmacniając to poczucie klasowymi uprzedzeniami, dolewamy oliwy do szowinistycznego ognia. Ponadto fakt, że w całym tym sakramentalnie powtarzanym wyrzekaniu na Polskę wykształceni ludzie stosują stereotypowe uogólnienia, które w innym kontekście bezwarunkowo by potępili, świadczy o tym, że sprawa jest emocjonalnie zawikłana – że coś tu sami przed sobą ukrywamy. Niewątpliwie badania opinii publicznej pokazują, że narzekanie na Polskę występuje znacznie częściej wśród osób wykształconych, z dużych miast i stosunkowo młodych, czyli tych, które mają największe aspiracje do „światowości” – a także największe możliwości ich zrealizowania.

Adam Leszczyński w zakończeniu swojej książki proponuje narodową psychoterapię, która miałaby sprawić, że poczujemy się dobrze z naszą polskością i uwolnić nas od narzekactwa. Podstawą terapii musi być jednak adekwatna diagnoza, a powyższe analizy pokazują, że pominięcie czynnika klasowego nie daje na nią szansy. Kto narzeka na kogo, kto się z tym czuje lepiej, a kto gorzej, czyje wady tak naprawdę są piętnowane i jaką rolę odgrywa w tym kapitał społeczny i ekonomiczny – to są kluczowe pytania, na które musimy sobie odpowiedzieć próbując dociec źródeł polskiego narzekactwa i ściśle powiązanego z nim polskiego nacjonalizmu.

Uprzedzenia – zarówno nacjonalistyczne, jak i klasowe – są złe same w sobie. Ale walka z nimi nie jest tutaj jedyną stawką. Żeby przestać przerzucać nasze własne kompleksy na klasę ludową, musimy najpierw sami się z nimi uporać. Musimy zyskać „swobodę ludzi duchowo wolnych”, o której pisał w Dziennikach Gombrowicz tak komentując pewne emigracyjne spotkanie:

Geniusze! Do cholery z tymi geniuszami! Miałem ochotę powiedzieć zebranym: – Cóż mnie obchodzi Mickiewicz? Wy jesteście dla mnie ważniejsi od Mickiewicza. I ani ja, ani nikt inny, nie będzie sądził narodu polskiego według Mickiewicza lub Szopena, ale wedle tego co tu, na tej sali, się dzieje i co tu się mówi. Gdybyście nawet byli narodem tak ubogim w wielkość, że największym artystą waszym byłby Tetmajer lub Konopnicka, lecz gdybyście umieli mówić o nich ze swobodą ludzi duchowo wolnych, z umiarem i trzeźwością ludzi dojrzałych, gdyby słowa wasze obejmowały horyzont nie zaścianka, lecz świata… wówczas nawet Tetmajer stałby się wam tytułem do chwały.


To, że jesteśmy niby już Zachodem, ale nadal jakby nie całkiem, sprawia, że wpadamy w dylemat: nadganiać czy oprzeć się na własnej tradycji? Osoby nastawione postępowo wybierają pierwszą opcję przyjmując, że Zachód jest tą normą, do której powinniśmy doszlusowywać. Ale tkwiące u podstaw takiego podejścia założenie, że to, co nasze, jest gorsze, budzi bunt i prowadzi do bezkrytycznej pochwały naszych dokonań i tradycji. Dylemat ten – w który wpada również Adam Leszczyński – jest jednak całkowicie fałszywy. Bo na pytanie „czy lepsze jest nasze czy zachodnie?” można sensownie odpowiedzieć tylko: to zależy. Wartość rozwiązań społecznych, kulturowych czy politycznych nie leży w ich pochodzeniu – a to zakładają zarówno nieustępliwi tradycjonaliści, jak i światli modernizatorzy. Ich postawy są równie nieracjonalne, bo nie uwzględniają tego, że to przecież my, po krytycznym namyśle decydujemy, które rozwiązania są lepsze: wymyślone przez innych, czy też przekazane przez naszą tradycję.

Dopiero takie podejście umożliwia uzyskanie owej „swobody ludzi duchowo wolnych”: spojrzenie na naszą kulturę i nasze dokonania krytycznie, ale bez kompleksów. Tematykę tę podejmowałam już w wielu artykułach, których zestawienie można znaleźć w zakładce Stare, ale jare. I szczerze mówiąc dziwi mnie i frustruje to, że skądinąd inteligentni ludzie nadal nie są w stanie zrozumieć, że uporczywe przyjmowanie postawy doszlusowywania do „normalnego” Zachodu świadczy o poczuciu niższości. O ukrytych kompleksach, których przerzucanie na innych ma niestety bardzo negatywne konsekwencje polityczne. Tak, hasło „wstawania z kolan” było i jest tak nośne, ponieważ klasy posiadające kapitał kulturowy wciąż pozostają w pozycji pokornie przygiętej przed cywilizacyjną przewagą Zachodu – i żeby się w niej lepiej poczuć, swoją krytyką polskości rzucają na kolana tych, którzy owego kapitału mają mniej. Tak, twierdzę, że jesteśmy współodpowiedzialni za wszystkie negatywne konsekwencje polityki godnościowej – zarówno te na arenie międzynarodowej, jak i te doznane przez konkretne atakowane czy dyskryminowane osoby. Dlatego może w końcu spróbowalibyśmy coś z tym zrobić?