piątek, 11 stycznia 2019

Kto zrobi rewolucję?




Ten świat jest do radykalnej naprawy – trudno mieć co do tego wątpliwości. Ogromne i stale powiększające się nierówności, głód jednych, gdy inny marnują tysiące ton jedzenia, wojny, ksenofobia, różne rodzaje dyskryminacji – a do tego nadciągająca katastrofa klimatyczna, która z pewnością pogorszy wszystkie i tak już poważne problemy.

Potrzebna nam jest rewolucja, nie wiemy jednak, kto miałby ją zrobić. Nasza wyobraźnia może kreślić wizje egalitarnej rzeczywistości, ale jakimże to skokiem do królestwa wolności mielibyśmy je zrealizować? Co gorsza, nawet gdyby jakiś deus ex machina pod postacią Sprawiedliwej Armii Światła zaprowadził na tym świecie porządek, zapewniając wszystkim godne warunki życia w sposób zgodny z możliwościami ziemskiego ekosystemu – czy nie zepsulibyśmy tego natychmiast naszą zachłannością, żądzą władzy i górowania nad innymi?

Sprawa rozbija się o tak zwany czynnik ludzki. Problemem rewolucji znanych nam z historii było właśnie to, że szczytne idee niweczone były przez słabości czy wręcz patologie jednostek, które miały je realizować. W teorii równościowe i partycypacyjne rządy ludowych rad stały się trampoliną do władzy dla lokalnych kacyków, narzędziem walk frakcyjnych i niszczenia niepokornych osób. Gospodarka oparta na wspólnej własności okazała się niewydolna, bo to, co wspólne, uznawane było za niczyje – za zasób, którego tylko frajer sobie nie przywłaszczy, jeśli akurat bezkarnie może to zrobić, i o który nikt nie dba, o ile nie zostanie przymuszony narzuconym z góry „czynem społecznym” wykonywanym z równą starannością, co przedrewolucyjna pańszczyzna.

Nie, nie twierdzę bynajmniej, że były to jedyne kłopoty faktycznie przeprowadzonych rewolucji. Jednak podczas gdy kwestie ich politycznych, militarnych i makroekonomicznych uwarunkowań były często analizowane, problem tworzenia nowego typu rewolucyjnych podmiotów poruszany jest znacznie rzadziej, a w odniesieniu do współczesnych potencjalnych rewolucji nie pojawia się właściwie wcale. Nie jest to chyba zaskakujące, jeśli weźmiemy pod uwagę, że kształtowanie nowego radzieckiego człowieka oznaczało w praktyce totalitarną kontrolę państwa brutalnie ingerującego w każdy szczegół życia i bez litości dokonującego swoich operacji na żywym materiale ludzkim. Zaharowujący się przodownicy pracy ustanawiający kolejne rekordy to ideał raczej dla stale zwiększających normy korporacyjnych nadzorców niż dla wolnego społeczeństwa, o jakie chcielibyśmy walczyć. Wizja rewolucjonisty bohatersko umierającego za miliony również niespecjalnie nas pociąga – potrzebujemy raczej wskazówek jak żyć, a nie jak umierać.

Czy w takim razie należałoby porzucić ideę kształtowania rewolucyjnych podmiotów? Kto w ogóle mógłby zrobić rewolucję? Czy można liczyć na proletariat, skoro jego rola we współczesnych gospodarkach maleje, a klasa robotnicza, zamiast zapisywać się do związków zawodowych, często słucha prawicowych populistów kierujących jej frustracje w stronę słabszych innych? Może w takim razie prekariat? Ale w jaki sposób zamożni przedstawiciele wolnych zawodów mieliby znaleźć wspólny język z biedującymi pracownicami NGO-sów czy wykonującymi „dzieła” sprzątaczkami?

Rewolucja to niewątpliwie zadanie dla zbiorowości – z pewnością nie zrobią jej jednostki. Jednak twierdzenie, że „jed­nost­ka – ze­rem, jed­nost­ka – bzdu­rą”, budzi w nas raczej lęk niż rewolucyjny zapał. Wiemy już nie tylko, że taka postawa prowadzi do potwornych zbrodni, ale także, że przelana w imię tak rozumianej rewolucji krew idzie na marne, bo jej efektem jest świat pełen przemocy, w którym nierówności wciąż mają się świetnie.

Aby móc zrobić rewolucję, potrzebujemy zatem wspólnot szanujących poszczególne jednostki i przeciwstawiających się jakiejkolwiek dyskryminacji. Trzeba przy tym pamiętać, że samo bycie wyzyskiwanym czy dyskryminowanym nie daje odporności na pokusy władzy. Wielokrotnie pisano na przykład o braku solidarności między kobietami, które przebijając się na pozycje dotychczas zarezerwowane dla mężczyzn, wcale nie pomagają koleżankom, lecz zwalczają je jako rywalki. To samo dotyczy ludu, tak często idealizowanego przez głoszących równościowe hasła inteligentów. Śpiewaczki z Gałek Rusinowskich opowiadały kiedyś, że podczas załatwiania jakiejś sprawy najgorzej trafić na urzędniczkę pochodzącą ze wsi, bo w przeciwieństwie do miastowej musi wykazać, jak wysoko zaszła i jaką ma teraz władzę. Tego rodzaju postawa jest doskonale przedstawiona w zjadliwej piosence, którą od nich usłyszałam:

Jak pojechał chłop do miasta na wakacyje
Objął sobie na przedmieściu jedną stancyje

Jak go zacyni panowie na wódke prosić
On się zacoł z familijo swoją wynosić

Nie myślijta wy panowie, ze ja chłop prosty
Moja cała familijo same starosty

A mój wuj jest wojewodą, co wozi wodę
Wsystkim ludziom na przedmieściu robi wygodę

A mój śwagier kierownikiem, dobrze kieruje
A co pójdzie do spółdzielni, to obrabuje

Moja siostra prackum była, nigdy nie prała
A co inni rozwiesili, ona zebrała

Moja matka świntum była, cuda cynieła
A najwięcej wyprawiała, jak się napiła

A mój dziadek pułkownikiem, śtylet za pasem
Jego wojsko to całe jest świnie pod lasem

Jak widać, „miastowy chłop” rości sobie pretensje do koligacji z wszelkiego rodzaju hierarchiami: zarówno wojskowymi, jak i kościelnymi; tradycyjnymi oraz tymi wprowadzonymi przez nową władzę. Jedno się nie zmienia: ci, co na górze, zbierają owoce naszej pracy – także jeśli są tam dopiero od niedawna.

Czy to znaczy, że rewolucja jest niemożliwa? Że jesteśmy skazani na logikę błędnego koła, zgodnie z którą nawet jeśli podporządkowani w końcu wygrają, to i tak sami koniec końców zmienią się w dominujących? Niekoniecznie. Można by tego uniknąć, gdyby rewolucyjna zbiorowość została skonstruowana w sposób przeciwdziałający takim tendencjom. Gdyby istniały w niej mechanizmy budowania i utrzymywania równowagi uniemożliwiające zarówno autorytarnym jednostkom, jak i różnego rodzaju „grupom trzymającym władzę” zdobycie dominującej pozycji.

Na czym miałyby te mechanizmy polegać? Niewątpliwie kontrola władzy musi być rozproszona – nie spełni swojej funkcji, jeśli skupi się w rękach jednej silnej grupy, gdyż wtedy nie będzie komu hamować jej autorytarnych tendencji. Jak jednak znaleźć odważnych, którzy bez instytucjonalnego wsparcia przeciwstawią się apodyktycznym osobom albo wpływowym kółkom wzajemnej adoracji? Jak w ogóle rozpoznać, kto ma rację w sporze, w którym obie strony oskarżają się nawzajem o chęć zagarnięcia pełni władzy? Z pewnością nie jest to łatwe i nawet jeśli dałoby się tu sformułować jakieś ogólne reguły, musiałyby one za każdym razem być dopasowywane do szczegółów konkretnych sytuacji, bo to w nich, oczywiście, tkwi diabeł. Bardzo dużo zależałoby od reakcji poszczególnych jednostek, ich odwagi bądź też oportunizmu, ale również od relacji w danej społeczności i dynamiki jej grupowych procesów.

Dogłębna analiza tego rodzaju złożonych czynników oczywiście wykracza poza możliwości krótkiego tekstu. Moim celem jest jedynie zwrócenie uwagi, że takie kwestie są kluczowe dla przeprowadzenia i utrzymania zmiany społecznej, a obecnie często zbywa się je jako personalne rozgrywki, którymi nikt rozsądny nie powinien się zajmować. Gryzą się? Ja się w to nie będę angażować, mam ważniejsze sprawy na głowie! W ten sposób, nie zadając sobie nawet pytania, kto ma rację, kto stosuje przemoc, a kto usiłuje się przed nią bronić, zostawiamy bez pomocy słabszą stronę sporu. Jednostka nie ma szansy na wygranie z kliką, liczy się siła, umiejętność manipulacji i, oczywiście, przywilej: szanse zwiększa bycie mężczyzną, posiadanie wykształcenia oraz różnego rodzaju kapitałów.

W efekcie osoba pokonana zwykle odchodzi z grupy i często zostaje przy tym zniechęcona do jakiejkolwiek działalności społecznej, co samo w sobie jest działaniem kontrrewolucyjnym. To jednak nie wszystko, gdyż zwycięzcy utwierdzają się w przekonaniu, że są bezkarni, ponieważ nikt rozsądny nie odważy się z nimi zadrzeć, natomiast osoby nienależące do dominującej frakcji muszą przyjąć do wiadomości, że jeśli chcą pozostać w grupie, nie powinny podważać opinii tych, którzy mają w niej władzę. Buta i bezczelność uprzywilejowanych jest tym bardziej wzmacniana przez konformizm podporządkowanych – i w ten sposób grupa stacza się po równi pochyłej w stronę autorytaryzmu. Co gorsza, zaczyna też wtedy tracić zdolność trafnej oceny rzeczywistości, ponieważ osoby myślące niezależnie odchodzą z niej, a zostają wyłącznie ci, którym nie będzie przeszkadzało powtarzanie jedynie słusznych opinii. Tego typu społeczność może być bardzo skutecznym podmiotem w walce o władzę, ale z pewnością nie zrobi skoku do królestwa wolności.

Żyjemy w indywidualistycznym świecie, w którym więzi między jednostkami rozbijane są przez kapitalistyczną ideologię rywalizacji. W rezultacie jakakolwiek przynależność staje się dobrem mocno deficytowym, dlatego zaczynamy fetyszyzować działania kolektywne, zapominając, że grupa nie zawsze ma rację w sporze z jednostką, a fakt, że zwykle jest silniejsza, tym bardziej utrudnia sprawiedliwe wyważenie racji w takich konfliktach. Chcąc zachować tak trudne do utrzymania w atomistycznym świecie więzi, boimy się ryzykować stanięcia po stronie dysydentek. Nie chcemy nawet w ogóle słuchać o tym, że być może w naszej wspaniałej, przyjacielskiej i ciepłej wspólnocie komuś dzieje się krzywda, ktoś jest wykluczany czy pozbawiany głosu. Liczy się przecież kolektyw, a nie jakieś kłótliwe, czepiające się nie wiadomo czego jednostki!

Jakże łatwo uwierzyć, że dbanie o dobre samopoczucie naszych przyjaciół i nas samych jest równoznaczne z dbałością o dobro całej grupy, a jeśli ktosia śmie wydrapywać jakieś rysy na naszym pięknym autowizerunku, to jest po prostu nieumiejącą współpracować wichrzycielką. Ale prawdziwa przyjaźń nie polega na poklepywaniu się po plecach i jeśli nasza przyjaciółka kogoś krzywdzi, to wcale nie wyświadczamy jej przysługi, stając za nią murem i obrzucając błotem jej oskarżycielki. Wręcz przeciwnie, w ten sposób uniemożliwiamy jej dostrzeżenie własnych błędów. Podobnie też grupa, w której wszyscy są dla siebie „kochani”, ale wyłącznie pod warunkiem bezwzględnego respektowania istniejących w niej hierarchii i entuzjastycznego popierania obowiązujących opinii, jest grupą patologiczną, degenerującą charaktery, a także intelektualne zdolności jednostek cenzurujących efekty własnego krytycznego myślenia.

Miałam nieszczęście wielokrotnie trafiać do takich społeczności – i odchodzić z nich, gdy okazywało się, że na niezależne opinie nie ma w nich miejsca, a za obronę osób oczernianych czy szykanowanych przez „grupy trzymające władzę” dostaje się mocno po głowie. To, że z takimi klikami po prostu nie należy zadzierać, jest często uznawane wręcz za aksjomat, który może podważać tylko osoba szalona albo jakoś społecznie upośledzona. Kiedyś opowiadałam pewnej marzącej o rewolucji koleżance o tym, jak zostałam źle potraktowana przez pewnych znanych jej ludzi. Powiedziała mi wprost, że przecież nie mam szans z nimi wygrać, bo to kółko wzajemnej adoracji. Gdy zaś potem dołączyła do organizacji założonej przez tych właśnie ludzi, zerwała relacje ze mną i zwyczajnie przestała mnie zauważać, gdy gdzieś się przypadkiem spotykałyśmy. Nieco później pewien kolega chciał mnie wciągnąć do tejże organizacji, więc powiedziałam mu, że nie widzę możliwości współpracy, ponieważ kilka osób należących do niej bardzo źle się wobec mnie zachowało. Jak najbardziej zgodził się z moją oceną owej historii i wyglądało na to, że jest gotów podjąć jakieś działania mające na celu naprawę mojej krzywdy – dopóki się nie dowiedział, że chodzi o osoby mające bardzo wysoką pozycję w tej grupie. Wtedy przestał odpisywać i chociaż wciąż mówi mi „cześć”, nabrał do mnie znacznego dystansu.

Jestem przekonana, że większość czytelniczek i czytelników również zna takie historie. Może też dostawaliście po głowie za odwagę wygłaszania niepopularnych opinii? Albo tylko widzieliście, jak inni dostają? I aby zachować dobre zdanie o ludziach, których lubiliście i z którymi chcieliście współpracować (bo przecież, do cholery, z kimś trzeba!), wmówiliście sobie, że to przecież normalne, bo zawsze są jakieś tarcia? Trzeba po prostu umieć wyczuć relacje w danej grupie, znać swoje miejsce i nie sprzeciwiać się silnym, jeśli się nie ma wysokiej pozycji społecznej – na przykład jak się jest kobietą. Jeśli jednak myślicie, że na tym właśnie polega polityczny realizm, to proszę bardzo, róbcie sobie taką politykę, lecz nie łudźcie się, że w ten sposób budujecie nowy świat. Żadnej rewolucji z tego nie będzie.

A z tworzenia prawdziwie równościowych organizacji to niby będzie? – zapytacie. Owszem. Jeśli okażą się autentycznie otwarte i inkluzywne, to ludzie będą chętnie do nich dołączać i nie będą odchodzić zrażeni walkami frakcyjnymi. Jeśli takich organizacji powstanie więcej i następnie połączą się one na równych zasadach w większe stowarzyszenia, te zaś w jeszcze większe, to w końcu ogarną całą planetę. I rewolucja gotowa! Oczywiście, takie stowarzyszenia oparte na równych zasadach są niemożliwe, gdy mamy do czynienia z nierównościami ekonomicznymi, rasizmem, seksizmem, homofobią czy też dyskryminacją osób niepełnosprawnych. W żadnym wypadku nie twierdzę zatem, że dbanie o równościowy charakter naszych lokalnych grup wystarczy. Lecz działania systemowe nie przydadzą się na nic, jeśli na poziomie mikro wzajemne wygryzanie się będzie wciąż uznawane za normę, a mówienie o nim – za czepianie się szczegółów i rozbijanie naszej jedności w wielkich, globalnych walkach.

Personalne jest polityczne. Polityka jest właśnie tam, gdzie rozstrzygają się relacje władzy i hierarchie w naszych społecznościach, gdzie decyduje się, kto będzie w nich dominował, a kto zostanie zmuszony do odejścia lub podporządkowania. Pominięcie tego istotnego wymiaru polityki sprawia, że potem w skali makro również staje się ona czystą walką o dominację, grą o stołki, żyrandole i satysfakcję z podstawienia przeciwnikowi nogi. Jak niedawno pisało Stronnictwo Popularów, okazuje się, że elektoraty poszczególnych partii różnią się pod względem poglądów znacznie mniej, niż można by przypuszczać, i na przykład aż 63% zwolenników partii KORWiN „nie odżegnuje się od idei państwa opiekuńczego i uważa, że państwo powinno zapewnić obywatelom opiekę zdrowotną, wykształcenie oraz inne świadczenia społeczne”. Co zatem sprawia, że „zamiast liści” chcą wieszać na drzewach komunistów? Tak właśnie: kwestie personalne! Społecznie powielone i spiętrzone relacje typu „to są nasi, a to ci wredni oni”. Nie lubimy ich, bo nikt z naszych przyjaciół ich nie lubi, nawet jeśli koniec końców niespecjalnie różnimy się poglądami.

Rewolucji nie da się zrobić za kogoś. Przekonanie, że istnieje jakaś klasa lub grupa społeczna, która niczym marksowski proletariat miałaby poprowadzić całą ludzkość do królestwa wolności, jest złudzeniem. Zastanawianie się, kto mógłby obecnie przyjąć rolę ZSRR na białym koniu i rozbić w pył złych kapitalistów, to mrzonki, wizje nie tylko nierealistyczne, ale też szkodliwe, gdyż taka rewolucja skończy się jedynie wymianą jednych elit na inne, a daninę krwi zapłacą jak zwykle najsłabsi i najbiedniejsi. Rewolucję musimy zrobić my. Właśnie dzięki temu, że staniemy się równościowym podmiotem do takiej rewolucji zdolnym i uda nam się rozbudować to „my” tak, by objęło cały świat.

Artykuł ukazał się w 43 numerze pisma Wakat

środa, 26 grudnia 2018

Redakcyjne folwarki


Rafał Woś zaproponował, żeby wzorując się na akcji #metoo ujawniać przypadki mobbingu i niesprawiedliwego traktowania przez pracodawców używając hasztagu #przemocwpracy. Inicjatywa ta jest z pewnością bardzo potrzebna. Chciałabym się w nią włączyć przedstawiając dwie historie z mojej pracy publicystki usiłującej zarobić cokolwiek na pisaniu lewicowych tekstów.

Mój przypadek nie jest typowy i można by powiedzieć, że w ogóle nie podpada pod tę akcję, ponieważ nie byłam zatrudniona w żadnej z redakcji, o których chcę napisać. Jeśli jednak pisanie tekstów jest pracą, a podmiotami płacącymi za nią są redakcje, to mamy tu do czynienia ze stosunkiem pracy, który niewątpliwie ma miejsce, gdy umowa o dzieło zostanie już podpisana. Co jednak z sytuacją, gdy tekst zostaje odrzucony? Trudno wymagać, by redakcje akceptowały wszystkie wysyłane im teksty, ich przyjmowanie do druku powinno jednakowoż podlegać pewnym zasadom: jeśli tekst jest dobry i zgodny z profilem ideowym danego pisma, to powinien zostać przez nie opublikowany.

Oczywiście ocena jakości tekstu jest w dużej mierze kwestią subiektywną, podobnie też jego zbieżność z polityczną linią i tematycznym profilem danej redakcji. Duża dowolność kryteriów daje osobom decydującym o publikacji ogromną władzę, co otwiera pole do nadużyć: uznaniowego publikowania kiepskich tekstów znajomych, albo też stosowania różnego rodzaju dyskryminacji. Wielokrotnie wykazywano, że nawet osoby deklaratywnie opowiadające się za równością płci, nieświadomie stosują inne standardy przy ocenie tekstów podpisanych męskim i kobiecym nazwiskiem. Redaktorzy nie muszą jednak chować się za poprawnością polityczną: mają możliwość celowego wycinania zbyt dobrych lub niewygodnych autorek, gdyż właściwie nie istnieje możliwość wykazania, że kierowali się seksizmem.

Praktycznie niekontrolowana władza redaktorów wzmacniana jest dodatkowo przez sytuację na rynku medialnym, na którym nawet dużym graczom trudno jest się utrzymać, honoraria systematycznie spadają, a chętnych do pisania przybywa. W coraz lepiej wykształconym społeczeństwie brakuje pracy zgodnej z aspiracjami absolwentów, a przecież wielu z nich ma dużo do powiedzenia o współczesnym świecie. Bądź co bądź demokracja ma się przecież opierać na publicznych debatach, dlatego możliwość dotarcia ze swoimi przemyśleniami do szerszej publiki sprawia, że czujemy się uznani jako pełnoprawni obywatele. Jeśli natomiast pewne perspektywy nie mogą zaistnieć w sferze publicznej, to takie osoby czy grupy mogą słusznie skarżyć się na wykluczenie z demokratycznej wymiany opinii.

Od arbitralnych decyzji redaktorów zależy zatem ekonomicznym byt zarabiających grosze i żyjących w stałej niepewności jutra piszących, mają one także wpływ na kształt naszej politycznej wspólnoty, na to, kto się w niej liczy i jakie poglądy czy doświadczenia uznawane są za godne dyskusji. Stawka jest zatem naprawdę wysoka. Nic dziwnego, że przy braku przejrzystych kryteriów decyzji redakcje często zamieniają się w folwarki rządzone personalnymi układami i osobistymi animozjami. Nierzadko uznaje się za oczywiste, że aby publikować w danym medium, konieczne jest posiadanie odpowiednich znajomości – oryginalne pomysły oraz umiejętność przelania ich na papier w jasny i ciekawy sposób są czymś stanowczo drugorzędnym. Spotkałam się nawet z wyrażoną nie wprost opinią, że niechęć do zabiegania o względy i „wkręcania się” w środowiska powiązane z redakcjami świadczy o rozbuchanym indywidualizmie oraz braku umiejętności pracy zespołowej.

Osoby wchodzące w tego rodzaju wyścig po łaski i fawory muszą liczyć się z różnego rodzaju upokorzeniami. Jest to jednak szczególnie niebezpieczne dla kobiet, które w ten sposób stają się łatwym łupem dla przestępców seksualnych, albo też padają ofiarami emocjonalnych nadużyć i manipulacji, o czym pisała niedawno Joanna Stryjczyk. Napisanie tekstu przedstawiającego nowe spojrzenie na współczesne problemy czy proponującego oryginalne rozwiązania jest aktem politycznym, dlatego często spotyka się z kontrofensywą czujnych obrońców męskiej władzy objaśniania świata. W rezultacie także kobieta pozostająca poza układzikami, może boleśnie odczuć, jak wielką bezczelnością jest roszczenie sobie prawa do opisywania rzeczywistości, gdy nie urodziło się mężczyzną. #przemocwpracy niewątpliwie ma płeć, a mężczyźni często nawet nie zdają sobie sprawy, że #zycieniemeskie wygląda zupełnie inaczej, dlatego ten hasztag jest tu także niezbędny.*

Przejdźmy jednak do konkretnych historii. W początkach mojej pracy publicystki kilkakrotnie wysyłałam artykuły do pewnego lewicowego pisma nie otrzymując żadnej odpowiedzi – prawdopodobnie nikt nawet nie przeczytał tekstów podpisanych nieznanym kobiecym nazwiskiem. Zmieniło się to, gdy znajoma pisująca do tego pisma poleciła redakcji mój artykuł. W efekcie został on opublikowany, otrzymałam też niewielkie honorarium. Jednak gdy dwa miesiące później wysłałam im inny tekst, dostałam wiadomość, że chętnie wezmą, lecz tym razem nie zapłacą. Nie mogłam się na to zgodzić, bo parę miesięcy wcześniej, gdy pytałam znajomego współpracującego z tą redakcją, czy płacą tam honoraria, odpowiedział, że owszem, ale nie wie, czy wszystkim. Fakt, że człowiek o lewicowych poglądach, którego skądinąd bardzo szanowałam, nie widzi absolutnie żadnego problemu w tym, że płaci się tylko wybranym osobom, solidnie mnie wtedy przygnębił. Przytoczyłam redakcji tę rozmowę i napisałam, że nie zgadzam się być traktowana jak osoba gorszej kategorii i jeśli mam publikować tekst za darmo, to wolę to zrobić w miejscu, w którym autentycznie nie ma pieniędzy na honoraria dla nikogo. Artykuł koniec końców ukazał się na portalu Lewica.pl.

Potem jeszcze kilkakrotnie wysyłałam artykuły do tego pisma pytając wprost, czy redakcja jest zainteresowana publikacją i na jakie honorarium mogłabym liczyć. Za każdym razem otrzymywałam odpowiedź, że nie są zainteresowani. Przy czym w jednym przypadku wyszło mi to stanowczo na dobre, bo pomyślałam, że czemu nie spróbować w takim razie w Gazecie Wyborczej. I chociaż nie liczyłam specjalnie na sukces, tekst jednak został tam opublikowany. Honorarium było znacznie wyższe niż w owym piśmie, liczba czytelników prawdopodobnie też. Ponadto fakt, iż artykuł został przyjęty do druku w ogólnopolskim, poczytnym dzienniku świadczy o jego jakości i przemawia za tym, że decyzja o jego odrzuceniu nie była merytoryczna, lecz personalna, bo ideowo z pewnością był on zgodny z linią tego pisma. Czyżby redakcja tak bardzo nie chciała płacić osobie, która stoi nisko w towarzyskiej hierarchii i mimo to nie zamierza wkupiać się w niczyje łaski, za to bezczelnie domaga się równego traktowania? Cóż, po kilku nieudanych próbach przestałam im cokolwiek wysyłać.

Dziwniejsza przygoda przytrafiła mi się z pewnym lewicowym portalem. Tekst został przyjęty do publikacji, dostałam informację, że został wrzucony na stronę, ale jak dopytałam o wysokość honorarium, dowiedziałam się, że naczelny wycenia publicystykę około dziesiątego każdego miesiąca, a był dwudziesty trzeci. Jeśli nie ma ustalonej z góry stawki, ani nawet orientacyjnych widełek, to – pomyślałam sobie – stwarza to okazję do tego, żeby uznaniowo płacić więcej swoim i premiować na przykład bycie mężczyzną. Ale cóż, uznałam, że poczekam. Wbrew temu, co pisała osoba pełniącą wtedy funkcję sekretarza redakcji, tekstu na stronie nie było, więc pomyślałam, że może postanowili jednak wstrzymać się z publikacją do czasu decyzji o wysokości honorarium, na wypadek gdybym nie była zadowolona z jego wysokości.

Wyczekiwany czas w końcu nadszedł, kwota była niższa niż się spodziewałam, a nie oczekiwałam kokosów, uznałam jednak, że niech i tak będzie, skoro już tyle to trwało. Tekstu wciąż nie było widać na stronie, więc napisałam w tej sprawie do sekretarz redakcji. Przysłała mi linka i wtedy zobaczyłam, że został opublikowany z datą naszej wcześniejszej rozmowy. Było to dziwne, bo od jej czasu szukałam go kilka razy na stronie i na pewno go tam nie było. Najwyraźniej po jego zamieszczeniu artykuł został ukryty na portalu, a jego widoczność przywrócono dopiero ponad dwa tygodnie później, po ustaleniu honorarium. To oznaczało, że nie ukazał się na stronie głównej jak wszystkie nowe teksty publicystyczne, a znaleźć go można było tylko zaglądając głęboko do starszych artykułów z tego działu. Ponieważ nie został także udostępniony na facebookowym profilu portalu, więc zasadniczo nie miał szans dotrzeć do czytelniczek i czytelników. A biorąc pod uwagę symboliczną wysokość honorarium, to właśnie było jedynym sensem pracy włożonej w artykuł.

Napisałam o tym do sekretarz redakcji – przeprosiła, napisała, że najwyraźniej ktoś zrobił jakiś błąd i obiecała, że po weekendzie tekst zostanie zamieszczony na stronie głównej i na profilu fb. W poniedziałek jednak dostałam wiadomość, że naczelny zadecydował, że tak się nie stanie. Serio. Pan redaktor postanowił zapłacić (grosze, ale jednak) za artykuł opublikowany z datą dwa tygodnie wsteczną, którego nikt nie miał szansy z tego powodu przeczytać. Dlaczego tak zadecydował? Bo mógł. A ponieważ mógł jeszcze wiele innych rzeczy, więc inteligentna skądinąd osoba, jaką wydawała się być sekretarz redakcji, napisała mi, że nie rozumie, w czym problem, bo tekst jest przecież na stronie. Żeby przeżyć trzeba przecież wiedzieć, gdzie wolno widzieć problemy, a gdzie stanowczo ich nie ma. Ja ze swej strony mogę tylko spekulować, co spowodowało tę kuriozalną decyzję. Z korespondencji z sekretarz redakcji wynikało, że artykuł bardzo jej się spodobał, więc trudno było naczelnemu stwierdzić, że go odrzuca, bo kiepski. Ale skoro nadarzyła się okazja sprawienia, by przynajmniej nikt go nie przeczytał i utarcia w ten sposób nosa wrednej feministce, to jak można by nie skorzystać?

O takich rzeczach nie pisze się publicznie, tylko co najwyżej opowiada zaufanym osobom na boku. Ja również zastanawiałam się, czy warto podawać nazwy opisanych wyżej redakcji, zdecydowałam jednak, że ryzyko jest zbyt duże. I nie chodzi nawet o to, że nie mogłabym już nic więcej tam opublikować, bo i tak nie zamierzałam przecież pisać dla pism, które w ten sposób traktują ludzi nie dość dla nich ważnych, bo pozbawionych towarzyskich koneksji. Jednak to, co najbardziej zagraża osobie ujawniającej takie przypadki, ma swoje źródło w środowiskowej mentalności. Zgodnie z nią brudy pierzemy w domu po kryjomu, zaś publiczne wyciąganie tego typu historii jest czymś niesmacznym, świadczącym o żenującej frustracji i kłótliwości takiej osoby, którą dla własnego towarzyskiego bezpieczeństwa należy omijać szerokim łukiem.

Problem leży w tym, że znam wiele osób współpracujących z tymi redakcjami, które jednocześnie cenią sobie lewicowe wartości równości i sprawiedliwości. Teoretycznie wynikałoby z tego, że jeśli ujawnię postępowanie sprzeczne z tymi wartościami, to otrzymam wsparcie. Niestety w praktyce często działa to dokładnie na odwrót i jeśli osoba o niskiej pozycji społecznej oskarża kogoś ustosunkowanego, to spotyka ją powszechna niechęć. Rafał Woś pisał niedawno, że to właśnie dystans, a nawet otwarta wrogość koleżanek i kolegów z pracy jest najtrudniejsza do zniesienia dla osób ujawniających mobbing. I nie jest to tylko kwestia naszego chorego rynku pracy. Niedawno wyszło na jaw, że wielokrotnie nagradzany dziennikarz, gwiazda renomowanego tygodnika „Der Spiegel” zmyślił znaczną część swoich reportaży, a kolega, który wpadł na trop jego fałszerstw, „przez trzy-cztery tygodnie […] przechodził piekło, ponieważ jego koledzy i przełożeni nie wierzyli w jego oskarżenia”.

Władza korumpuje – zwłaszcza jeśli nie musi się bać, że jej praktyki zostaną ujawnione. Często ludzie boją się jej przeciwstawić, ponieważ skutkiem może być koniec kariery i utrata środków do życia. Ale powodem braku reakcji oraz zapobiegawczego dystansu do osób zgłaszających nieprawidłowości bywa też po prostu chęć zachowania świętego spokoju. Bo wyobraźmy sobie, że piszemy do jednego ze wspomnianych wyżej pism i dowiadujemy się, że jego redakcja źle potraktowała naszą znajomą łamiąc wartości, które głosi i które nam również są drogie. Co powinniśmy zrobić? Protestować? Zerwać współpracę? Niszczyć nasze dobre relacje z ludźmi, których być może autentycznie lubimy? Nawet jeśli ich władza nad nami jest znikoma, bo mamy niezależne źródło utrzymania a publikować możemy też gdzieś indziej, to i tak wchodzenie w konflikty jest stresujące i zwyczajnie nieprzyjemne. I jeśli osoba oskarżająca nie jest naszą bliską przyjaciółką, a jej pozycja towarzyska jest niska, czy można się dziwić, że nie chce nam się w coś takiego pakować? A ponieważ brak reakcji oznacza akceptację dla naruszenia wyznawanych przez nas zasad, więc żeby móc bez problemu spojrzeć sobie w oczy w lustrze, trzeba uznać, że sygnalistka to po prostu kłótliwa, czepiająca się wszystkiego osoba, która zresztą na pewno wszystko zmyśliła, bo przecież nasi przyjaciele nie mogliby się tak zachować!

Przyjemniej jest żyć w sprawiedliwym świecie, a osoby zgłaszające nieprawidłowości nam to uniemożliwiają. Ujawnianie nadużyć uznawane jest w naszej kulturze za donosicielstwo i od najmłodszych lat jesteśmy uczeni, że z przemocą czy nękaniem powinniśmy sobie radzić sami, a bycie ofiarą jest czymś wstydliwym, co świadczy o naszej gorszości i niedostosowaniu. Normalnym ludziom to się po prostu nie zdarza. Normalni ludzie potrafią sobie wyegzekwować szacunek, nikt by się nie ośmielił potraktować ich tak jak ciebie, cieniasie, nikt by im nie zaproponował, żeby pracowali za darmo, frajerko!

Akcja #metoo wywróciła te założenia do góry nogami. Miliony kobiet wściekłych za lata cierpień w ukryciu uznały, że już dłużej nie będą milczeć. Nie, to nie my mamy się wstydzić, lecz gwałciciele i molestatorzy ujawniani bez najmniejszej troski o ich reputację zasłużonych obywateli, ojców rodzin czy dobrze zapowiadających się młodych zdolnych. W ten sposób obalone zostało przeświadczenie, że silni mogą krzywdzić słabszych, bo publiczne ujawnienie ich nadużyć zaszkodzi wyłącznie ujawniającym. Fala opisów kobiecego cierpienia zaszokowała wielu mężczyzn, którzy nie byli świadomi skali problemu. I chociaż oczywiście nie obyło się bez reakcji ze strony kultury gwałtu, coraz mniej wypada twierdzić, że o pewnych rzeczach nie należy mówić publicznie, bo przynosi to wstyd opowiadającej. Coraz częściej z potępieniem spotyka się zamykanie oczu na krzywdę dziejącą się tuż pod naszym nosem i dyskredytowanie świadectw tych, którzy jej doznali.

Społeczne oburzenie na przemoc seksualną było tak duże, ponieważ niewątpliwie jest to jeden z najbardziej niszczących rodzajów przemocy. Przytoczone przeze mnie zdarzenia to znacznie mniejszy kaliber. Czy to znaczy, że nic się nie stało i nie należy takimi bzdurami zawracać ludziom głowy niszcząc spójność i tak już podzielonego środowiska? Poza tym przecież opisane przeze mnie redakcje robią dużo dobrego, z większością publikowanych przez nie tekstów się zgadzam – czy warto dostarczać amunicji znacznie silniejszej prawej stronie pisząc publicznie, że lewica nie przestrzega głoszonych przez siebie zasad? Wszyscy byliśmy socjalizowani, aby bagatelizować niesprawiedliwe traktowanie kobiet i oczekiwać, że będą poświęcać się dla dobra ogółu, mamy więc skłonność do takiego myślenia. Nie chodzi tu jednak tylko o jednostkową krzywdę, ani też o pryncypialne założenie, że należy przestrzegać zasad, które się głosi – chociaż niewątpliwie warto to robić, żeby ich nie kompromitować.

W tym przypadku stawka jest jednak większa, ponieważ opieranie naszych wspólnot na sitwiarskich powiązaniach towarzyskich, w których za ujawnianie nadużyć płaci się wysoką cenę, uniemożliwia budowanie równego i sprawiedliwego świata, o jaki przecież walczymy. Jeśli sprzeciwiamy się dyskryminacji ze względu na płeć, rasę czy orientację seksualną, nie możemy jednocześnie uznawać, że nie ma nic złego w tym, że znajomym płacimy – a pozostałym nie. Dyskryminacja ze względu na (nie)przynależność towarzyską nie jest wcale mniej bolesna niż gorsze traktowanie z powodu któregoś z listy atrybutów stanowiących podstawę systemowych wykluczeń. Niższe stawki są taką samą przemocą ekonomiczną w każdym przypadku.

Równość nie jest tylko kwestią sprawiedliwych przepisów i inkluzywnych instytucji, bo nawet w społeczeństwie, w którym nie byłoby już seksizmu, rasizmu, klasizmu czy homofobii zawsze może się zdarzyć, że ktoś będzie miał przewagę nad inną osobą– i postanowi ją wykorzystać. Dlatego możliwość zgłaszania nadużyć jest konieczna dla kontroli władzy na wszelkich jej poziomach: od instytucjonalnych po relacje personalnych zależności. Bez sygnalistek niemożliwe jest równe społeczeństwo, dlatego ich odwaga sprzeciwienia się silniejszym musi spotykać się z solidarnym wsparciem. Bo jeśli reakcją będą różnego rodzaju sankcje, a w najlepszym razie zdystansowana obojętność, to nigdy nie zbudujemy równego społeczeństwa. Żeby pokonać opisaną przez Wosia Rzeczpospolitą Mobberską, potrzebujemy Rzeczpospolitej Sprzeciwu i Solidarności.

Powiedzmy to wprost: jeśli w naszej społeczności zgłaszanie nadużyć kończy się źle dla zgłaszających, jeśli pewne osoby są nietykalne, bo grupa zniszczy każdą i każdego, kto ośmieli się zrobić rysę na ich idealnym wizerunku – to nie jest to grupa lewicowa. Tak samo też nie można nazwać tak społeczności, do której dołączyć można wyłącznie poprzez „wkręcanie się”, zabieganie o względy i płacenie „frycowego”, gdyż samo podzielanie wartości i celów oraz chęć pracy na rzecz ich realizacji nie wystarczy. Tego typu grupy nigdy nie uciekną od łatki „lewicy kawiorowej”, a ich wykluczający elitaryzm nie tylko uniemożliwia walkę o głoszone przez nie równościowe ideały, ale też napędza zwolenników populistycznej prawicy.

W przypadku redakcji taka postawa prowadzi też dodatkowo do ogłupiania społeczeństwa, ponieważ zamknięty krąg znajomych nie jest w stanie wyjść poza swoją ograniczoną perspektywę, a niezależne myślenie paraliżowane jest przez lęk przed towarzyskim odrzuceniem. Takie media stają się coraz bardziej oderwane od rzeczywistości i coraz słabsze wzbudzając w odbiorcach poczucie, że są karmieni propagandową papką. Brak godnych zaufania źródeł informacji czyni ludzi podatnymi na manipulacje ruchów, których siła przekonywania oparta jest na stawianiu się w kontrze do zakłamanych mediów, czego typowym przykładem są antyszczepionkowcy.

W demokracji każdy ma jeden głos, jednak równość ta jest tylko teoretyczna. Nasze opinie nie mają jednakowej siły przebicia w publicznej debacie, a to właśnie ten rodzaj głosu decyduje o możliwości wpływania na rzeczywistość. Czwarta władza nie jest władzą ogółu – jest ściśle powiązana z władzą ekonomiczną, polityczną oraz środowiskową. Pisanie jest ciężką i czasochłonną pracą i jeśli dana osoba nie ma niezależnych źródeł utrzymania, odmowa płacenia honorariów albo zaniżanie stawek jest bardzo skutecznym sposobem zamknięcia jej ust. Ale nawet jeśli zaciśniemy pasa i z determinacją będziemy pisać kosztem czasu wolnego, to i tak pozostaje jeszcze kwestia dotarcia z napisanymi tekstami do czytelniczek i czytelników. Nie posiadając dostępu do poczytnych mediów można założyć sobie bloga, ale jego promowanie również zależne jest od zasobów finansowych i towarzyskich. Pomimo negatywnych doświadczeń takich jak opisane wyżej, staram się nie poddawać i jestem niezmiernie wdzięczna wszystkim, którzy mnie do tej pory wspierali dobrym słowem, udostępnieniami, a także pieniężnie. Jeśli uważacie, że teksty, jakie piszę, powinny powstawać i być czytane, będę bardzo zobowiązana za dzielenie się nimi ze znajomymi, a także, jeśli macie takie możliwości, za wsparcie finansowe. Regularnych wpłat można dokonywać przez portal patronite, można też jednorazowo wrzucić coś do kapelusza.

Niewątpliwie jednak potrzebne są zmiany systemowe: zarówno na poziomie regulacji instytucjonalnych, jak i powszechnie akceptowanych norm. Słyszeliśmy setki razy zapewnienia o niezależności tych czy innych mediów, bo bez niej z pewnością nie ma rzetelnej informacji. Umiejętności dziennikarskie czy analityczne nie przydadzą się na nic, jeśli z przyczyn ekonomicznych czy środowiskowych trzeba pisać tekst wbrew najlepszym regułom sztuki. Dlatego żeby nasze media mogły naprawdę stać się sferą merytorycznej dyskusji, na jakiej opiera się demokracja, konieczna jest rewolucja w ich finansowaniu. Jak pisałam, jedną z przyczyn redakcyjnych patologii jest trudna sytuacja ekonomiczna większości mediów. Jednak nawet jeśli kwoty do podziału pomiędzy piszących nie będą już tak żenująco niskie, to pokusa przeznaczania większej części tortu dla swoich nie zniknie sama przez się. Jedynym sposobem ukrócenia dyskryminacji jest stworzenie jasnego i publicznie dostępnego systemu stawek honorariów. Oczywiście dana redakcja ma prawo zadecydować na przykład, że reportaże wyceniane są wyżej niż analizy pisane zza biurka, a najmniej płaci się za recenzje, ale różnica stawki może zależeć wyłącznie od tekstu a nie od tego, kto go napisał. Przejrzystość finansowa powinna być podstawą dla równościowych organizacji, jednak jak na razie o czymś takim można jedynie pomarzyć. Na przykład we wskazówkach dla nowych autorek redakcja Krytyki Politycznej pisze: „Warunki publikacji tekstu przyjętego każdorazowo omawiamy z autorkami / autorami przed publikacją.”

Jednak oprócz zmian na płaszczyźnie ekonomicznej konieczna jest także radykalna przebudowa naszej mentalności tak, aby środowiskowa solidarność i towarzyskie wykluczenia przestały być czymś normalnym i akceptowalnym. Jeśli chcemy budować autentycznie równościowy świat, musimy mieć świadomość, że obrona uciskanych nie polega tylko na walce ze „złymi onymi”, bo często wykluczeń i niesprawiedliwości dokonują też „dobrzy nasi”. I jeśli nie zdobędziemy się na odwagę, żeby zaprotestować przeciwko takim sytuacjom, to jedną ręką niszczymy to, co usiłujemy budować drugą. Nie da się stworzyć sprawiedliwego świata bez solidarności z tymi, które wydobywają na światło dzienne różnego rodzaju nadużycia. I podkreślmy, że to solidarne wsparcie jest obowiązkiem przede wszystkim tych, którzy w obecnym systemie stoją na uprzywilejowanej pozycji i dołączając do sprzeciwu mogą stracić niewiele więcej niż święty spokój. 

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
* Pierwotna wersja tego wpisu zawierała hasztag #zyciebezpenisa. Nina Kuta z TransGrysy​ napisała mi, że takim hasztagiem nie mogłaby posłużyć się transkobieta, aby opowiedzieć o swoim doświadczeniu mobbingu czy dyskryminacji.

Użyłam utożsamienia męskości z penisem, żeby sprowadzić do absurdu myślenie typu "jest mądrzejszy, bo jest mężczyzną", "powinien zarabiać więcej/zostać szefem, bo jest mężczyzną". Takie argumenty wciąż brzmią przekonująco dla wielu ludzi, a inni wprawdzie nie wypowiedzieliby ich wprost, ale posługują się nimi w swoich decyzjach i ocenach. A jeśli zamiast "bo jest mężczyzną" wpiszemy tam "bo ma penisa", to widać, jak bardzo jest to głupie.

Ale chociaż takie utożsamienie jest użyteczne retorycznie i było wykorzystywane wcześniej np. w akcji "przyczep sobie ptaszka", to niewykluczanie osób spotykających się z wieloraką dyskryminacją oczywiście jest ważniejsze, a płeć na pewno nie jest ani binarna, ani determinowana przez biologię.

Nowy hasztag ma dodatkowo tę zaletę, że odwołuje się do obecnego w naszej kulturze ujmowania męskości jako pewnego ideału - niemęskie są kobiety i osoby niebinarne, ale także niektórzy mężczyźni, którzy z tego powodu też bywają gorzej traktowani. 


poniedziałek, 22 października 2018

Kościół, rodzina – i seks




Biskup Pieronek udzielił niedawno wywiadu, w którym padło sporo zadziwiających wypowiedzi. Na przykład stwierdzenie dziennikarza, że „Kościół w Niemczech uznał swoją odpowiedzialność finansową, a Kościół w Polsce – nie”, zostało skomentowane tezą, że „odpowiedzialność zbiorowa to faszystowska zasada.” Czyżby ksiądz biskup chciał w ten sposób coś zasugerować swoim niemieckim przyjaciołom?

Oburza też zakończenie wywiadu, w którym czytamy, że nie można oczekiwać, że Kościół upora się kiedyś w pełni z problemem pedofilii, bo „ludzka natura jest skażona”. Tak jakby biskup, będący jednocześnie profesorem nauk prawnych, nie rozumiał, że problem nie polega na istnieniu zwyrodniałych jednostek, lecz na systemowym kryciu ich przestępczej działalności w imię obrony dobrego imienia instytucji.

Chciałabym jednak przyjrzeć się bliżej innemu fragmentowi wywiadu, w którym biskup stwierdza: Statystyki mówią, że najwięcej przypadków pedofilii ma miejsce w rodzinie. Każde środowisko ma swoich pedofilów. Niech każde środowisko się przyjrzy sobie i niech zrobi listę własnych pedofilów. Zawsze jednak, gdy przychodzi jakaś plaga albo rusza jakaś nagonka, to pierwszy pod pręgierz trafia i jest bity Kościół.

Oczywiście jeśli nas o coś oskarżają, wystarczy pokazać, że inni też tak robią, i już jesteśmy oczyszczeni! Co z tego, że ja ukradłam, jeśli Zosia też? Słyszeliśmy już w kontekście kościelnych afer pedofilskich, że gwałcą to muzułmanie, zaś według rzecznika Ministerstwa Sprawiedliwości, Jana Kanthaka, problem pedofilii dotyczy nauczycieli, a nie księży. Można pogratulować niezwykle wysokich moralnych standardów oraz strategii mającej niewątpliwie długą tradycję: „Plose pani, oni też!”

Zdumiewać może także, że miliony bardzo różnorodnych rodzin zostały nazwane „środowiskiem” i porównane do scentralizowanej instytucji, jaką jest Kościół katolicki, gdzie tuszowanie przestępstw odbywało się za zgodą i wiedzą wielu osób na różnych szczeblach hierarchii, łącznie z najwyższym.

Jednak takie ujęcie sprawy ma też swoje zalety, ponieważ pozwala przyjrzeć się rodzinie jako instytucji społecznej, której forma jest przecież kulturowo zmienna i silnie związana z kształtem danego społeczeństwa. Obecnie rodzina – a dokładnie pewna jej postać – jest na sztandarach nie tylko ruchów prawicowych, lecz także Kościoła, który stale przestrzega przed nadciągającymi zagrożeniami dla tej „podstawowej komórki społecznej.” W tym kontekście zadziwia, że próbując odwrócić uwagę od win Kościoła, biskup wskazuje akurat na rodzinę. Gdyby to jednak właśnie ta konkretna, wspierana i broniona przez Kościół forma rodziny umożliwiała przemoc seksualną wobec dzieci, to byłby on współodpowiedzialny także za tę krzywdę.

O jaki model rodziny tu chodzi? Oczywiście tradycyjny, patriarchalny: z ojcem jako głową, podległą mu matką oraz dziećmi, które, tak jak ryby, głosu nie mają. Podstawą tego modelu jest posłuszeństwo wobec osób stojących wyżej w hierarchii egzekwowane za pomocą kar, także fizycznych. Dzieci nie mają prawa sprzeciwić się rodzicom, żona mężowi, zaś hierarchia płci sprawia dodatkowo, że syn ma do powiedzenia znacznie więcej niż córka, a od pewnego wieku także więcej niż matka.

Tradycyjna rodzina jest zatem strukturą, w której pewne osoby mają władzę nad innymi, co samo w sobie pozwala silniejszym na nadużycia wobec słabszych. Ale w przeciwieństwie na przykład do hierarchicznej struktury korporacji, rodzinę otacza nimb świętości, a wykroczenie przeciwko ojcowskiej władzy jest grzechem. Religia chrześcijańska nakazuje nie tylko kochać czy szanować rodziców, ale ich jak bogów czcić – przy czym w zestawie przykazań nie znajdziemy ani słowa o obowiązkach rodziców wobec dzieci, co tym bardziej wyostrza występującą tu nierównowagę sił.

Zatem w tradycyjnej rodzinie dziecko nie tylko jest we władzy osób silniejszych od siebie, od których zależy jego byt i które musi kochać, ale też stale wbija mu się do głowy, że jakikolwiek sprzeciw jest karygodnym i ohydnym grzechem. I jeśli nawet dorosłej osobie trudno jest się bronić, gdy molestuje przełożony, w rodzinie taka obrona jest właściwie niemożliwa, gdyż oprócz przewagi władzy mamy tu zależność emocjonalną oraz moralny nakaz posłuszeństwa. Gorsza ekonomiczna pozycja kobiet oraz głoszona przez Kościół nierozerwalność małżeństwa sprawia, że matki, często same gwałcone, w swojej bezradności wolą nie widzieć krzywdy, jaka dzieje się ich dzieciom.

Jak wiadomo, w gwałcie i molestowaniu nie chodzi o seksualną przyjemność, lecz o dominację: o możliwość wykazania sobie, że druga osoba nie jest już osobą, bo to ja mam pełną kontrolę nad jej ciałem. A władza korumpuje i sam fakt, że możemy całkowicie bezkarnie kogoś skrzywdzić, uruchamia patologiczne skłonności. Dlatego patriarchalna władza wsparta nimbem świętości otwiera szeroko pole do nadużyć i według oficjalnych, prawdopodobnie mocno zaniżonych, szacunków w Polsce około 2% mężczyzn dopuszcza się kazirodztwa, chociaż niektórzy psychologowie uważają, że w rodzinie molestowane jest nawet co siódme dziecko.

I to właśnie Kościół jest także współodpowiedzialny za te potworności nauczając o świętości i nierozerwalności rodziny, torpedując wszelkie próby walki z przemocą w rodzinie, a starania, by wyrównać jej hierarchiczną strukturę i upodmiotowić dzieci oraz kobiety, wyklinając z ambony jako zgubną ideologię gender.

Zauważmy, że Kościół nie tylko wspiera patologiczną, patriarchalną postać rodziny, ale sam jest zorganizowany w analogiczny sposób. Głowa Kościoła tytułowana jest Ojcem Świętym – świętość stwierdzona jest tutaj oficjalnie. Księża i zakonnicy również nazywani są ojcami bądź braćmi – i oczywiście stoją znacznie wyżej w hierarchii od matek i sióstr. I podobnie jak w zwykłych rodzinach hierarchiczność, świętość oraz obowiązek posłuszeństwa czynią sprawców praktycznie bezkarnymi.

To jednak nie wszystko. Czynnikiem, który ogromnie utrudnia walkę z pedofilią, jest także kościelna wizja seksualności, zgodnie z którą seks jest z zasady grzeszny, brudny i zły, chyba że zostanie uświęcony przez sakrament małżeństwa a jego celem będzie nie zmysłowa przyjemność, lecz płodzenie dzieci. Oczywiście ponieważ wizja ta jest również patriarchalna, obowiązują tu podwójne standardy i męskie łamanie zakazów usprawiedliwiane jest nieokiełznanymi hormonami, podczas gdy jakakolwiek pozamałżeńska aktywność seksualna czyni kobietę zepsutą dziwką.

W patriarchalnych systemach władzy kobiety są towarem służącym do budowania relacji między mężczyznami, którzy oddając swoje córki czy siostry za żony budują w ten sposób sojusze. Towar musi oczywiście być nienapoczęty, dlatego dziewictwo jest wymogiem fundamentalnym, a jego brak bezpowrotnie bruka honor nie tylko kobiety, lecz przede wszystkim jej męskich krewnych. Dlatego to oni mszczą się na tym, który „odebrał cnotę”, a często także na samej kobiecie. I nie, nie możemy się pocieszać, że to przecież nie u nas, bo zabójstwa honorowe to muzułmanie. Proszę lepiej posłuchać, jak nazywane są przez kolegów aktywne seksualnie dziewczyny. Ja sama słyszałam historię o pewnym gorliwie katolickim znajomym znajomych, którzy porzucił swoją narzeczoną po tym, gdy została zgwałcona, bo ślub z kobietą nie będącą dziewicą absolutnie nie wchodził dla niego w grę.

A jeśli seks bruka także wtedy, gdy doszło do niego wbrew naszej woli, to zgłoszenie przestępstwa seksualnego staje się znacznie trudniejsze, bo niesie ze sobą ryzyko oskarżenia, że tak naprawdę chciała, tylko teraz kłamie, żeby nie zostać uznaną za dziwkę. Zresztą, jak wiadomo, one zawsze chcą, a dzieci same pchają się księżom do łóżek. To ofiary są winne, bo zbrukane, a zatem grzeszne.

Odium seksu jako bezpowrotnie odbierającego fetyszyzowaną „czystość” wzmagane jest przez budowanie wokół niego atmosfery mrocznej, zakazanej i niebezpiecznej tajemnicy. Atmosferę tę rozbija w pył rzetelna informacja. Jeśli seksualność to normalna sfera życia ludzkiego, o której można mówić wprost używając rzeczowego języka, jeśli nie chodzi w niej o grzech, lecz o bliskość i dawaną sobie nawzajem przyjemność, a niezbędny do tego jest szacunek i obopólna zgoda, to znacznie trudniej wmówić ofierze, że to ona była winna. I znacznie łatwiej przełamać wstyd, który wiąże się z mówieniem o intymnych doświadczeniach – i oskarżyć sprawcę.

Jednak jak wiadomo Kościół stanowczo sprzeciwia się edukacji seksualnej, a prawicowi politycy także w tej kwestii stoją za nim murem. Na przykład Janusz Korwin-Mikke swoją dezaprobatę dla lekcji wychowania seksualnego wyraził następująco: Od prokuratury zażądałem dochodzenia w sprawie bezczelnego, oficjalnego uprawiania pedofilii w szkołach. Z tym, że osobiście wolałbym, by moja córka trafiła w łapy pedofila (pedofila – nie „gwałciciela”!), który po pupie poklepie, biuścik pomaca, może popieści i pocałuje – niż poszła na taką lekcję. Bo po zetknięciu z pedofilem pozostanie cenne uczucie wstydu i napięcie erotyczne – a po takiej lekcji zapewne bezpowrotnie utraciłaby zdolność kochania.

Zatem dla prawicowego polityka „napięcie erotyczne” to coś, co powstaje wtedy, gdy dziecko obmacuje śliniący się wujek, nauczyciel, czy ksiądz. Tzn. pod warunkiem, że nie gwałci (ciekawe, czemu autor daje to słowo w cudzysłowie?), bo to już jednak naruszenie męskiej kontroli nad „naszymi kobietami”, napoczęcie zapieczętowanego towaru. Natomiast przekazywanie wiedzy o ludzkiej seksualności bezpowrotnie (!) niszczy zdolność kochania. Zgodnie z tą perspektywą, dobry seks to taki, w którym „cenny” wstyd miesza się z lękiem i całkowitą niewiedzą co do okrytych mgłą tajemnicy „tych spraw”. Oczywiście zgoda nie tylko nie jest konieczna, ale wręcz niszczy tak rozumianą erotykę, bo jak pamiętamy z innej wypowiedzi publicysty „mężczyzna zawsze trochę gwałci.” Nic dziwnego, że nauczanie dzieci, jaki dotyk jest krzywdą, przed którą powinny się bronić zawiadamiając odpowiednie władze, uznawane jest za zagrożenie.

Jednak jak na razie seksualna etyka Kościoła opiera się po prostu na zakazach z Biblii, a kwestia obopólnej zgody w niej zasadniczo nie istnieje. W linkowanym wyżej wywiadzie na pytanie dziennikarza: Mówił ksiądz biskup, że widział gorsze rzeczy, niż pokazywane w filmie „Kler”. Jakie?, biskup Pieronek odpowiada następująco: Jeśli chcemy się obracać w kręgach seksu, który jest pokazywany w „Klerze”, to na świecie są tysiące domów publicznych. One nie są gorsze? Przykłady można mnożyć i pokazywać, jak ludzie zachowują się w tej materii i jak nie stosują się do tego, co mówi Biblia.

Można się domyślać, że dziennikarzowi chodziło raczej o gorsze rzeczy na gruncie Kościoła, a nie gdziekolwiek indziej – mamy tu kolejny przypadek omówionej już wyżej strategii obronnej „a oni też!” Jednak przede wszystkim zdumiewające jest przeświadczenie, że to, co dzieje się w domach publicznych, jest gorsze niż pedofilia w Kościele. Serio? Czy naprawdę seks uprawiany przez dorosłe osoby za pieniądze można uznać za gorszy od sytuacji, gdy dorosły molestuje dziecko wykorzystując swoją władzę oraz moralny autorytet, którym obdarzyła go instytucja roszcząca sobie pretensje do świętości? Nawet jeśli przyjmiemy, że pracownice seksualne często padają ofiarami nadużyć, raczej nie uznalibyśmy, że krzywda wyrządzona dziecku połączona z wmawianiem mu, że stało się przez to brudne i grzeszne, jest czymś mniej strasznym – a ksiądz biskup owszem. Czyżby przyczyną było to, że Biblia nie grzmi przeciwko pedofilom tak często (jeśli w ogóle), jak przeciwko ladacznicom?

Przemoc seksualna jest tak wszechobecna i tak trudno z nią walczyć, ponieważ sprawcy mają poczucie bezkarności. Jego źródłem jest nierównowaga sił między mężczyznami a kobietami i dziećmi, ale także pojmowanie seksualności jako ciemnej, wstydliwej sfery grzechu, w której każda aktywność nieautoryzowana przez posiadających władzę mężczyzn bruka i na zawsze odbiera „czystość”. Dlatego jeśli mamy skutecznie walczyć z gwałtami i molestowaniem, podstawą moralnej oceny dobrych lub złych aktów seksualnych musi być to, czy doszło do nich za obopólną zgodą, a nie to, czy jakaś patriarchalna instytucja przyznała danemu mężczyźnie prawo do ciała danej osoby. Otaczając nimbem świętości patriarchalne hierarchie w rodzinie i torpedując próby wprowadzenia do szkół rzetelnej edukacji seksualnej Kościół pośrednio wspiera kazirodztwo oraz przemoc seksualną wobec kobiet.