poniedziałek, 4 maja 2026

Dopuśćcie mężczyzn do szkół!


W Sejmie procedowana jest obecnie petycja Fundacji Dobre Państwo, która postuluje wprowadzenie zapisu, że co najmniej 35% nauczycieli musi być płci męskiej. Autorzy przekonują, że należy upomnieć się o „parytet płci nie tylko na listach wyborczych, ale i w szkołach podstawowych i średnich.”

Ich zdaniem „faceci garną się do szkolnych ław” (tak, to cytat!), zaś na przeszkodzie stoją im wyłącznie szkodliwe stereotypy. Feminizacja zawodu nauczyciela jest godna ubolewania, gdyż „im więcej głosów, tym bogatsza melodia. Mężczyzna-nauczyciel to nie fanaberia, ale naturalny i potrzebny element dobrze zharmonizowanej edukacji.” „Mężczyzna-nauczyciel w klasie jest potrzebny także dlatego, że spora część młodego pokolenia dorasta w domach bez ojców lub z ojcami nieobecnymi emocjonalnie. Szkolny opiekun płci męskiej może wypełnić pewną lukę i stać się jedynym męskim autorytetem w życiu dziecka”

Petycja zaczyna się od mocnego uderzenia: czytamy, że mężczyzna-nauczyciel to dla jednych „egzotyczna opowieść o różowych słoniach paradujących wśród wulkanów, dla innych jest jak pieśń kusząca i od dawna wyczekiwana nowość.” Pieśń kusząca rozbrzmiewa następnie przez kolejnych kilka stron. Serio! Dowiadujemy się na przykład, że „niejednej osobie zaparło dech, gdy pierwszy raz zobaczyła brodatego pedagoga w pastelowej sali z pluszakami i dziecięcymi rysunkami poodklejanymi od ścian.”

Autorzy gubią się jednak w tej naplątanej fantazyjnymi frazami gęstwinie i choć mieli podważać stereotypy, w swym polemicznym ferworze tak naprawdę je wspierają. Czytamy na przykład: „Mężczyzna w szkole, przy boku kobiety, trafia na idealny grunt do wykazania się innym zestawem kompetencji. Empatia nabiera siły, gdy łączy się z pewną naturą odkrywcy, który potrafi zobaczyć wielki sens w budowaniu zamku z klocków lego albo powołaniu do życia papierowej lornetki, by pokazać, jak daleko może sięgnąć ludzkie spojrzenie.”

Lub też w innym miejscu: „Proszę sobie wyobrazić salę, w której z jednej strony słychać miękki głos nauczycielki czytającej bajkę, wplatającej w nią anegdoty o tym, co czuje serce zakochanego księcia, a z drugiej rozbrzmiewa donośne, ale serdeczne tłumaczenie męskiego pedagoga, który odwołuje się do logiki i naukowych ciekawostek, przeplatając to zabawnymi porównaniami rodem z najlepszych kabaretów. […] Rzecz jasna, mężczyzna też potrafi opowiadać o uczuciach, a kobieta przytaczać fakty, ale ważne jest, że w tej współpracy każdy ma prawo być sobą, z całym inwentarzem wrodzonych skłonności i wyuczonych kompetencji.”

W pewnym momencie zamiast śmieszno robi się jednak straszno: „Romans z edukacją to fascynujący proces. Pozwólmy wejść w tę relację męskiemu pierwiastkowi, by pogłębił, uwypuklił i jeszcze bardziej wysublimował chemię między nauczycielem a uczniem. Gdzieś pomiędzy wiedzą a uczuciami pojawia się zapomniana przestrzeń. Flirt umysłów, w którym dziecko uczy się czerpania przyjemności z odkrywania tajemnic świata.” I gdy przecieramy oczy upewniając się, czy aby na pewno dobrze przeczytaliśmy, autorzy rozwiewają te wątpliwości i zapewniają nas, że owszem: „Dodajmy do tego pewną nutę zmysłowej radości budzenia się ciekawości, bo nie da się zaprzeczyć, że intelektualny pociąg do poznania praw rządzących wszechświatem bywa równie elektryzujący, co intymność bliskości dwojga zakochanych.”

Chwilowo tego nie skomentuję. Na razie weźcie głęboki oddech. Jeszcze do tego wrócimy.

Dr Jolanta Waszczuk-Napiórkowska z sejmowego Biura Ekspertyz i Oceny Skutków Regulacji w swojej opinii stwierdza przytomnie, iż „obecna struktura zatrudnienia w szkolnictwie nie może być postrzegana jako dyskryminacja mężczyzn, czy też nierówność w zatrudnieniu, albowiem mężczyźni posiadający kierunkowe wykształcenie co do zasady nie wyrażają chęci podjęcia pracy w szkole. Wprowadzenie postulowanej reguły parytetu w zatrudnieniu nauczycieli w szkole niewiele zmieni w tym zakresie, o ile nie zostaną wprowadzone rozwiązania o charakterze systemowym, które poprawią status nauczycieli na tyle, że praca w szkole będzie postrzegana jako praca atrakcyjna.”

W trakcie dyskusji w sejmowej Komisji do Spraw Petycji poseł Marcin Józefaciuk zasadniczo zgodził się z tymi argumentami, stwierdził jednak, że w sytuacji, gdy Ministerstwo Cyfryzacji przeznacza 5 mln zł na szkolenia kobiet umożliwiające im zostanie „cyfrową ekspertką” oraz  „w związku z luką edukacyjną chłopców, którym o wiele gorzej idzie na przykład egzamin ósmoklasisty […] warto by było wystąpić z dezyderatem do ministerstwa, aby odpowiedziało, co jest robione […] czy ten problem jest zauważony i ewentualnie, czy wzorem Ministerstwa Cyfryzacji jakiś podobny projekt jest prowadzony w Ministerstwie Edukacji Narodowej.” Przewodnicząca komisji, Urszula Augustyn, przytaknęła: „Ważny problem, bardzo ważny problem, bo jasną jest sprawą, że chciałoby się, żeby nauczycieli płci męskiej było więcej w szkołach.” I w ten sposób petycja zawędrowała do Komisji Edukacji i Nauki.

Sprawą zainteresowała się również Gazeta Wyborcza. Z artykułu dowiadujemy się, że niskie zarobki nauczycieli są ogromnym problemem, ponieważ odstraszają potencjalne kandydatki na żony. Jeden z rozmówców dziennikarki stwierdza: „Czy nam się to podoba, czy nie, wciąż dobrze się ma stereotyp, że to facet bierze na siebie utrzymanie domu.” Jest też anegdotka o nauczycielu, który każde zebranie z rodzicami „zaczynał od żartobliwego niby pytania, czy nie trzeba nam skosić trawy w ogródkach lub pomalować płotu. Bo jeśli tak, to on chętnie.” Z tego, co słyszałam, nauczycielki dorabiają korepetycjami, ale może te wredne dyskryminatorki broniące dostępu do szkolnych ław mężczyznom zagarnęły też cały ten rynek i biedakom zostały już tylko płoty?

Nie wiadomo co z dalszych sejmowych debat wyniknie, lecz – kto wie? – niewykluczone, iż to właśnie przedstawione wyżej kwestie przyczynią się do podniesienia płac nauczycielom! Tak, może też przy okazji nauczycielkom. Nie jest to jednak pewne, bo skoro celem jest uatrakcyjnienie tego zawodu dla mężczyzn, to racjonalnym rozwiązaniem byłyby wyższe pensje wyłącznie dla nich. Świadomość, że pracują za większą stawkę niż koleżanki byłaby przecież dodatkową zachętą dla naszych wytęsknionych różowych słoni na wulkanach!

Czy możemy sobie wyobrazić, że ktoś argumentuje za podniesieniem nauczycielskich uposażeń mówiąc, że niskie płace uniemożliwiają kobietom znalezienie męża? Przecież w tym celu trzeba zainwestować w ubrania, kosmetyki i makijaż, a do tego we fryzjerkę, manikiurzystkę, kosmetyczkę, dietetyczkę i fitness! Zaniedbane kobiety nie mają czego szukać na rynku matrymonialnym!

Śmiech na sali? To może poważniej. Czy argumentem za podniesieniem płac nauczycielkom mógłby być fakt, że przy licznych rozwodach i żenująco niskiej ściągalności alimentów to kobiety często zostają jedynymi żywicielkami swoich rodzin? A przecież oprócz zarabiania, na ich głowę spadają wszystkie domowo-wychowawcze obowiązki, od których „żywiciele” mają żony. A może ktoś chciałby się pochylić nad faktem, że niskie zarobki kobiet leżą u podstaw przemocy domowej uniemożliwiając ucieczkę od kata?

Wygląda jednak na to, że przemoc domowa czy ubóstwo samodzielnych matek są jedynie nieistotnymi, partykularnymi niedogodnościami w porównaniu do fundamentalnie doniosłych bolączek „facetów garnących się do szkolnych ław”, lecz niemogących w efekcie znaleźć żony.

Ponieważ w naszej kulturze mężczyzna wciąż pozostaje wzorcem człowieka, męskie problemy mają status ogólnoludzko ważnych, kobiece zaś to jedynie marginalne, nieistotne drobiażdżki. Jak pisałam, jedną z podstaw patriarchatu jest założenie, że funkcją kobiet jest troska o mężczyzn. To dlatego ich potrzeby są w centrum empatycznej uwagi, której niestety nie starcza już dla naszych.

No dobrze, ale skąd w ogóle pomysł petycji postulującej płciowe kwoty w zawodzie nauczyciela? Czy jej autorzy znają choćby jednego mężczyznę, który chciał podjąć pracę w oświacie i jej nie dostał pomimo posiadania odpowiedniego wykształcenia? Obecnie szkoły zmagają się z ogromnymi brakami kadrowymi, nie wydaje się to zatem prawdopodobne. Obstawiałabym raczej, że wielu dyrektorów chętnie poprosiłoby o kontakt do takiego pana.

Odpowiedź znajdujemy w drugiej części petycji napisanej już zupełnie innym, prawniczo-teoretycznym językiem. Przedstawiona zostaje tam feministyczna argumentacja, że równość formalna, czyli brak zakazów, nie wystarczy do osiągnięcia równouprawnienia, gdyż wielowiekowa dyskryminacja oraz społeczne uprzedzenia sprawiają, że kobiety nie mają równych szans w dostępie do różnorakich zawodów czy stanowisk – zwłaszcza tych o wysokim prestiżu i zarobkach.

Mamy tu zatem do czynienia z przepisaniem feministycznych tez w wersji męskiej. Jeśli nierówna reprezentacja kobiet w polityce czy pewnych zawodach wskazuje, że spotkały się po drodze z różnego rodzaju przeszkodami z powodu swojej płci, to niewielka liczba nauczycieli mężczyzn musi również być oznaką dyskryminacji, czyż nie?

No nie. Bo wbrew tezom autorów petycji nie istnieją stereotypy, zgodnie z którymi nauczanie miałoby być niemęskie. W historii i kulturze nie brak figur nauczycieli. Od starożytności po czasy nowożytne edukacja była przecież zasadniczo niedostępna dla kobiet, więc uczniów płci męskiej z konieczności uczyli również mężczyźni. To raczej nauczycielki były wyjątkiem, przede wszystkim dlatego, że jako kobiety same rzadko miały okazję uzyskać wykształcenie. Ponadto guwernantki cieszyły się znacznie mniejszym prestiżem niż nauczyciele ze względu na swoją płeć oraz błahy charakter „salonowych” umiejętności, które przekazywały swoim uczennicom.

Owszem, funkcja piastunki była – i wciąż jest – zdecydowanie domeną kobiet. Nie dlatego jednak, że wyparły z niej mężczyzn, lecz dlatego, że panowie tego świata od wieków przerzucają ciężar prac opiekuńczych na kobiety. Zajmowanie się małymi dziećmi to męcząca i niezwykle angażująca praca. Jeśli musisz wycierać nosy, zmieniać pieluchy, karmić, prać i sprzątać, co wciąż na nowo nabrudzone, a do tego pocieszać, łagodzić wybuchy złości, odpowiadać na setki najdziwniejszych pytań i oczywiście non stop pilnować, by dziecię nie naraziło na szwank swego lub cudzego zdrowia i życia – to nie masz siły ani czasu na zajmowanie się czymkolwiek innym. Na przykład walką o władzę i zarabianiem pieniędzy.

Przerzucanie na innych obowiązków związanych z wychowywaniem ma jednak sporo negatywnych konsekwencji: skutkuje gorszymi relacjami z dziećmi, ale też zubaża emocjonalnie „twardzieli”, którzy zablokowali opiekuńcze i wrażliwe aspekty własnej osobowości. Dlatego obecnie coraz więcej ojców bierze udział w aktywnym wychowaniu dzieci – o co zresztą od lat walczyły feministki – co zmienia postrzeganie mężczyzn i ich społecznych ról.

W efekcie rośnie liczba mężczyzn podejmujących na przykład studia pielęgniarskie, tradycyjnie kojarzone z kobiecością. Jednak w przeciwieństwie do kobiet, które wybierając stereotypowo męskie zawody muszą mierzyć się w pracy z różnego rodzaju dyskryminacją czy wręcz szykanami, mężczyźni nie są dyskryminowani w przeważająco kobiecym pielęgniarskim środowisku.

Jak pisze w swojej książce Urszula Kluczyńska, pielęgniarze więcej zarabiają i awansują szybciej od swoich koleżanek: „Moi rozmówcy mieli świadomość, że łatwiej będzie im znaleźć pracę na wybranym oddziale, a także awansować w hierarchii dzięki samemu faktowi bycia mężczyzną w sfeminizowanym zawodzie. Dla niektórych mężczyzn był to jeden z istotnych motywów wyboru pielęgniarstwa, dla innych pewna „oczywistość”.” 

Tak się bowiem składa, że w patriarchacie głównym elementem wyobrażeń o męskości jest władza – na tym on przecież z definicji polega. Stereotypy dotyczące męskości i kobiecości nie istnieją w oderwaniu od tej naczelnej zasady, lecz służą jej podtrzymaniu wiążąc męskość ze wszystkim, co władcze i silne, kobietom natomiast przypisując cechy umożliwiające i usprawiedliwiające patriarchalną dominację. Na przykład opiekuńczość lub emocjonalną irracjonalność.

To dlatego wzrost pozycji danego zawodu w hierarchiach ekonomicznych oraz prestiżowych sprawia, że kobiety zostają z niego wyparte i nagle zaczyna się on stereotypowo kojarzyć z męskością. Tak stało się na przykład z zawodami informatyka oraz programisty. Gdy komputery były wielkimi, nieporęcznymi maszynami, którymi interesowali się wyłącznie naukowcy, nie brakowało informatyczek czy programistek. Ba! Kobiety takie jak Ada Lovelace, Grace Hopper czy Adele Goldberg były pionierkami w tej dziedzinie.

Dopiero gdy komputeryzacja naszego świata gwałtownie przyspieszyła, a w informatyce dostrzeżono żyłę złota oraz kluczowe narzędzie kontroli nad światem, okazało się, że jest ona domeną mężczyzn. I póki programowanie będzie intratnym zawodem niosącym ze sobą władzę oraz społeczny prestiż, akcje w rodzaju „Cyfrowych Ekspertek” mogą jedynie częściowo łagodzić męską dominację w tej sferze. W patriarchalnym społeczeństwie, w jakim żyjemy, nie mają szansy całkowicie jej zlikwidować.

Trzeba jednak przyznać, że feministyczne idee oraz różnorakie programy mające na celu walkę o równouprawnienie zmieniły w odczuwalnym stopniu relacje władzy między płciami. W ten sposób okazało się, że podleganie dyskryminacji może w pewnych okolicznościach podwyższać naszą pozycję społeczną. Nie trzeba było zatem długo czekać, by mężczyźni przystąpili do inwazji także na tę sferę i zaczęli przekonywać, że najbardziej dyskryminowani są właśnie oni!

Aktywiści walczący z rzekomą dyskryminacją mężczyzn nie próbują przy tym nawet udawać, że ich idee są choć odrobinę oryginalne, lecz bez najmniejszej krępacji zżynają z feminizmu. Skoro jest Kongres Kobiet, trzeba koniecznie zrobić też Kongres Mężczyzn. Jeśli kobiety mają parytet, to mężczyźni też chcą! Nie mogą przecież być gorsi! I jak widać, nie ma żadnego znaczenia, że ich postulaty są czasami wręcz groteskowo oderwane od rzeczywistości. I tak traktowane są serio, a władza i media kiwają z powagą głowami, że „ważny problem, bardzo ważny”.

Opisana petycja nie jest jednak jednostkową aberracją, lecz pozwala nam dostrzec pewien ogólny wzorzec pokazując, w jaki sposób patriarchat krzywdzi mężczyzn. I choć o rzeczonych krzywdach wiele już napisano, nikt chyba jeszcze nie wskazał trzech najgorszych.

Po pierwsze, patriarchat odbiera mężczyznom rozum. Jeśli stale ci potakują, cokolwiek powiesz, to zaczyna ci się wydawać, że gdy „mówisz, jak jest”, to tak właśnie się rzeczy mają – i w ten sposób tracisz kontakt z rzeczywistością. Efektem jest smutny upadek umysłu, jaki obserwujemy w groteskowej głupocie omawianej tu petycji i niemiłosiernie durnym postulacie kwot w zawodzie nauczyciela.

Po drugie, patriarchat robi z mężczyzn narcystycznych egocentryków. Jeśli od dziecka uczą cię, że masz prawo wymagać obsługi i zaspokojenia wszelkich swoich potrzeb od połowy ludzkości, to trudno nie uwierzyć, że jesteś pępuszkiem świata. Trudno też potem nie cierpieć katuszy, gdy okazuje się, że ziemia jednak nie kręci się wokół ciebie.

To wszystko kumuluje się w trzeciej krzywdzie: patriarchat robi z mężczyzn łajdaków. Bo jeśli twoje słowo automatycznie staje się rzeczywistością, a twoje potrzeby są najważniejsze na świecie, to nie będziesz patrzeć, jakie koszty – całkowicie nieistotne przecież! – ponoszą przy okazji ich zaspokajania inni. Tym bardziej, że w razie czego świadkowie usłużnie zamkną oczy i uszy. Wystarczy, że spokojnie wyjaśnisz, że nie, w żadnym wypadku nie widzą tego, co widzą.

Myślę, że to właśnie takie poczucie całkowitej bezkarności stoi u źródeł przytoczonego wyżej fragmentu, w którym autorzy petycji malują ewidentnie pedofilską wizję „flirtu umysłów” między nauczycielem a powierzonymi mu dziećmi. Bo oczekiwanie, że takie sugestie mogą kogokolwiek oczarować, nie może chyba jednak być wyłącznie kwestią bezdennej głupoty. Musiało tu zagrać poczucie, że i w biały dzień można, bezczelnie pod nosem, pod samiusieńką latarnią – spokojnie, i tak nikt nie zauważy.

Wszyscy się chyba zgodzimy, że opisane wyżej krzywdy, jakie patriarchat wyrządza mężczyznom, są zaiste olbrzymie. Jeśli jednak spytamy, któż to ten patriarchat, to pojawia się nadzieja. Odpowiedź brzmi mianowicie: pan, pan, i tak, pani także.

Chociaż patriarchat mebluje nam głowy, to my jesteśmy bowiem odpowiedzialni za to, czy stawiamy opór wpajanym nam od dziecka schematom, czy je replikujemy i podtrzymujemy. Niestety większość mężczyzn ochoczo korzysta z władzy, jaka została im przyznana w tym systemie, często nawet tego nie dostrzegając – tak bardzo oczywista jest dla nich ich „naturalna” przewaga. Podobnie też większość kobiet stara się w miarę możliwości radzić sobie w podporządkowanej pozycji przytakując silniejszym, troszcząc się o nich i jeśli trzeba: grzecznie zamykając oczy.

Na szczęście oprócz strażniczek patriarchatu, które jakże podstępnie wabią biedaków w patriarchalne grzęzawisko głupoty, narcyzmu i łajdactwa, istnieją jeszcze feministki, które mają odwagę nazywać te mechanizmy po imieniu. Istnieją również mężczyźni, którzy odrzucają fory przyznawane im przez patriarchat. Tak, wiem, strasznie ciężko odtrącać słodkie profity podsuwane pod nosek! Powiem wam jednak, że znacznie ciężej walczyć z opresją, następnie zaś mierzyć się z różnorakimi karami, jakich ten system nie omieszka wymierzyć nieposłusznym.

Drodzy panowie! To wy powinniście się czuć odpowiedzialni za obalenie patriarchatu, bo to wy jesteście w nim stroną silniejszą. To wasze dzieło i to wy czerpiecie z niego korzyści. Niestety, gdy okazuje się, że na dłuższą metę są one jednak niekorzystne, jęczycie, jak wam ciężko pod patriarchalnym jarzmem i wołacie na pomoc feministki. Nie wstyd wam? A przecież już wywalczyłyśmy dla was możliwość płakania i opiekowania się dziećmi! To dzięki naszej walce z bezkarnością przemocy seksualnej niejeden z was nie został gwałcicielem, choć już, już się do tego palił, lecz w ostatniej chwili przypomniał sobie, że teraz już mogą być za to jakieś konsekwencje – i jednak spasował.

Bardzo wam współczujemy bólu, jaki wiąże się z rezygnacją z przywilejów, ale serio: jakkolwiek byście nie cierpieli z tego powodu, że patriarchat robi z was głupców, egocentryków i łajdaków, my cierpimy na tym znacznie bardziej. Naprawdę, trzeba się w końcu wziąć do roboty! Najpierw zaś poczytać i posłuchać, co mają na ten temat do powiedzenia kobiety. 

Feministki opisały różnorakie sposoby działania patriarchatu – to wspaniała baza wiedzy, dzięki której możecie się nauczyć, jak dostrzegać różne „naturalne” przejawy męskiej dominacji i je przezwyciężać. Nie należy jednak karykaturalnie przeinaczać tych teorii, jak robią to rzekomi obrońcy mężczyzn, bo to może jedynie pogłębić wasze udręki.

Feministyczna szkoła czeka! Zapraszamy!

-------------------------

Jeśli się podobało, wstrząsnęło czy zaintrygowało, napiwki można słać tu:

https://patronite.pl/wjadrodyskursu

https://suppi.pl/wjadrodyskursu 

 

 

czwartek, 19 marca 2026

Skąd wziąć suwerenność?

 

Kluczowym słowem, które stale przewijało się w dyskusjach nad programem SAFE była suwerenność. Zastanawia jednak, że dla prawicowych polityków przywołujących to pojęcie, zagrożenie dla suwerenności stanowi wyłącznie zależność od Unii Europejskiej, zaś od Stanów Zjednoczonych już nie.

Czy to dlatego, że USA jest bardziej godnym zaufania, rzetelnym i wiarygodnym sojusznikiem? Że po partnersku traktuje słabszych od siebie sprzymierzeńców szanując ich odrębność i autonomię? No jasne! Czy już wszyscy się śmieją?

Trzeba być niespełna rozumu, by w coś takiego wierzyć po próbach przejęcia Grenlandii oraz wyrażanych wprost zamiarach uczynienia z Kanady kolejnego stanu. Albo po tym, jak Donald Trump obraził żołnierzy walczących w Iraku i Afganistanie.

Nie zmniejsza to jednak ani trochę uwielbienia polskiej prawicy dla Ameryki oraz jej obecnego prezydenta. Przeciwnie! Prawicowy komentariat pełen jest podziwu dla jego siły i zdecydowania! Czytałam wywody, że oddanie Grenlandii USA jest zwyczajnie racjonalne, bo przecież w razie zagrożenia Dania nie jest w stanie jej obronić. Ale dlaczego miałaby jej bronić sama, skoro jest w NATO? Czyżby autorzy tych argumentów sugerowali, że na sojusznikach amerykańskich nie ma co polegać?

Ciekawe, czy gdyby Donald Trump zażyczył sobie, by mu sprezentowano terytorium położone strategicznie między Rosją a Niemcami, polska prawica przyklasnęłaby mu równie ochoczo? Taka ewentualność nie pojawia się jednak w ich wyobraźni, bo przecież Karol kumpluje się z Donaldem, który tyle razy powtarzał, że jesteśmy „great people”. Takich rzeczy nie robi się kolegom, prawda? Prawda?

Zastanawiam się, czy politycy PiS, którzy zwołali pompatyczną konferencję denuncjującą zdrajcę Czarzastego, serio uważają, że Donald Trump zasługuje na pokojową Nagrodę Nobla? Czy może po prostu sądzą, że trzeba mu we wszystkim potakiwać, by się nie obraził, jak dobrze wiemy, że lubi i potrafi? Ale jeśli tak, to jest to naprawdę przedziwne rozumienie partnerskich relacji. Oraz oczywiście suwerenności.

Polski czołobitny podziw dla Ameryki ma swe źródła w czasach, gdy dobry Wielki Brat zza oceanu miał nam pomóc wyzwolić się od złego Wielkiego Brata zza miedzy. W jaskrawym kontraście do sowieckiego zamordyzmu Ameryka – to był wolny świat! Wolny i bogaty do tego! To był cel, do którego aspirowaliśmy, reformowaliśmy i nadrabialiśmy cywilizacyjne zapóźnienia.

Sęk w tym, że wolność i demokratyczne ideały, które Stany Zjednoczone dumnie niosły na sztandarach, były zasłoną dymną dla imperializmu i grabieży. W Polsce zaczęliśmy to dostrzegać dopiero za czasów Donalda Trumpa, który w swej nieujarzmionej bezpośredniości zerwał z tradycją machania zasłonami z wartości.

Dla wielu osób był to naprawdę szok, gdy okazało się, że w zamian za wsparcie bohatersko broniącej się Ukrainy Ameryka zamierza ograbić ją z zasobów naturalnych. Gdy Donald Trump publicznie upokorzył Zełenskiego, przed Putinem natomiast rozwinął czerwony dywan. Ale jak to?! Przecież miało być starcie światła z ciemnością! To tak ma wyglądać walka o demokrację i wolność?

Zaskoczenie było jednak ograniczone do naszej części świata. Gdzie indziej od dawna nie było żadnych złudzeń co do celów i metod Stanów Zjednoczonych. Trudno na przykład oczekiwać, by Irańczycy wierzyli, że Amerykanie przyniosą im demokrację, skoro już raz im ją odebrali: w 1953 roku CIA na spółkę z MI6 obaliło demokratycznie wybranego premiera Mosadddegha i ustanowiło marionetkowy rząd całkowicie zależny od Zachodu. Dało to dyktatorską władzę szachowi, który brutalnie tępił wszelką opozycję. Tak, oczywiście chodziło o ropę: Mosadddegh znacjonalizował Angielsko-Irańską Kompanię Naftową.

Podobnie USA poczynało sobie w krajach Ameryki Południowej i Środkowej obalając lewicowe demokratyczne rządy, zaś w ich miejsce instalując prawicowe krwawe dyktatury. Ich zbrodnie nie przeszkadzały w niczym „ojczyźnie wolności”, dopóki posłusznie dbały o jej interesy ekonomiczne. Niedawno widzieliśmy ten sam schemat w Wenezueli, gdzie Stany Zjednoczone bezceremonialnie wymieniły jeden niedemokratyczny reżim na inny, który już grzecznie dzieli się zyskami z ropy. Prawa i wolność Wenezuelek naprawdę nikogo tu nie obchodziły.

Nie wiedzieliśmy o tym? Po prostu nie chcieliśmy wiedzieć. Bardzo potrzebowaliśmy wierzyć, że istnieje przeciwwaga dla niewolącego nas mocarstwa. Im bardziej Związek Radziecki był ciemnością, tym bardziej Stany Zjednoczone musiały być światłem.

Świat, w którym mniejsze państwa są między młotem a kowadłem dwóch mocarstw i jedyną obroną przed tym, które stanowi bardziej bezpośrednie zagrożenie, jest udanie się pod „opiekę” drugiego – to bardzo ponure miejsce, w którym nie ma szans na realne poczucie bezpieczeństwa. I oczywiście żadnych perspektyw na suwerenność.

Na szczęście nie jest to jedyny możliwy świat. Żeby jednak móc działać na rzecz stworzenia innego, musimy radykalnie zmienić nasze pojęcie suwerenności. Całkowita niezależność i pełna autonomia w podejmowaniu decyzji nie są możliwe w zglobalizowanym świecie, w którym wszyscy jesteśmy od siebie nawzajem zależni.

Tylko że to „nawzajem” jest tutaj kluczowe. Jeśli ograniczenia dla naszej suwerenności ze strony innych są równoważone tym, że my także mamy wpływ na ich decyzje, to wtedy możemy wypracowywać cząstkową suwerenność dla nas wszystkich.

Przy swoich różnych wadach Unia Europejska zdecydowanie bardziej przypomina taki układ wzajemnych zależności. Tam mamy prawo głosu, natomiast nasza możliwość oddziaływania na Stany Zjednoczone jest praktycznie zerowa. Jakkolwiek by Donald nie poklepywał po plecach Karola, nie jesteśmy i nie będziemy dla Amerykanów równorzędnym partnerem. Dlatego nasza zależność od nich znacznie bardziej ogranicza naszą suwerenność niż unijne traktaty czy regulacje.

W globalnym układzie sił Unia nie jest nam jednak w stanie zapewnić bezpieczeństwa, dlatego potrzebujemy także sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. Musimy jednak przestać je idealizować i przyjąć do wiadomości ten przykry fakt, że nasz największy sojusznik nie tylko nie jest wzniosłą ojczyzną wolności, lecz że pewnym ludom tę wolność odbierał. Co więcej, wcale nie przestał. Nieustannie też bogaci się na grabieży cudzych zasobów.

Stany Zjednoczone nazywano wielokrotnie globalnym policjantem, ale Ameryka nie uznaje przecież międzynarodowych trybunałów, a policjant bez sądu jest jedynie zbirem. Konstatacja ta nie powinna nas jednak prowadzić do szukania ratunku u innych zbirów. Rosja nie staje się dobra, ponieważ Ameryka jest zła – a takie odwrócenie zimnowojennej naiwności możemy znaleźć u niektórych lewicowych komentatorów. Podobnie też zbrodnie reżimu irańskiego nie zostają wymazane przez stwierdzenie faktu, że został on całkowicie bezprawnie zaatakowany przez USA i Izrael.

Świadomość, że dobry Wujaszek Sam nie obroni nas przed zbirami tego świata, gdyż sam jest jednym z nich, jest niewątpliwie wielce nieprzyjemna. Jest ona jednak niezbędna, by móc zachować maksimum suwerenności, na jakie ma szanse niezbyt duży kraj w świecie rządzonym przez mocarstwa.

Bo nawet jeśli taktycznie udajemy się pod amerykańskie skrzydła, uznając, że to jednak mniejsze zagrożenie niż rosyjski zbir zza miedzy, możemy dzięki temu zachować krytycyzm i nie pchać się w imperialne awantury z takim entuzjazmem, jak robiliśmy to na przykład w przypadku wojen w Iraku i Afganistanie. Skoro Hiszpania ma czelność odmówić Amerykanom dostępu do swoich baz w wojnie przeciwko Iranowi, a Giorgia Meloni stwierdza bez ogródek, że stanowi ona ewidentne pogwałcenie prawa międzynarodowego – to może nas kiedyś też byłoby stać na podobne gesty?

Wbrew pozorom mogą one być naprawdę skutecznym narzędziem nacisku. Podstawą amerykańskiej dominacji była bowiem ideologiczna marka ostoi wolności i demokracji, którą USA przez lata wytrwale budowało i podtrzymywało, zaś Donald Trump beztrosko pogruchotał. Jego otwarcie imperialna polityka ma jednak tę zaletę, że otwiera nam oczy na brzydką rzeczywistość świata zdominowanego przez zbirów.

W naszym interesie leży nazywanie tej rzeczywistości po imieniu oraz wzmacnianie międzynarodowych instytucji uniemożliwiających dominację silnych nad słabszymi. Dlatego to relacje z Europą muszą być priorytetem, jeśli chcemy naprawdę zatroszczyć się o naszą suwerenność. W tym celu trzeba jednak zrozumieć, że nie polega ona na braku żadnych ograniczeń, lecz na wzajemności i partnerstwie. Może to niestety być trudne dla tych, którzy karmią swoje sny o potędze pożyczoną od większego kolegi „epicką furią”.