czwartek, 19 marca 2026

Skąd wziąć suwerenność?

 

Kluczowym słowem, które stale przewijało się w dyskusjach nad programem SAFE była suwerenność. Zastanawia jednak, że dla prawicowych polityków przywołujących to pojęcie, zagrożenie dla suwerenności stanowi wyłącznie zależność od Unii Europejskiej, zaś od Stanów Zjednoczonych już nie.

Czy to dlatego, że USA jest bardziej godnym zaufania, rzetelnym i wiarygodnym sojusznikiem? Że po partnersku traktuje słabszych od siebie sprzymierzeńców szanując ich odrębność i autonomię? No jasne! Czy już wszyscy się śmieją?

Trzeba być niespełna rozumu, by w coś takiego wierzyć po próbach przejęcia Grenlandii oraz wyrażanych wprost zamiarach uczynienia z Kanady kolejnego stanu. Albo po tym, jak Donald Trump obraził żołnierzy walczących w Iraku i Afganistanie.

Nie zmniejsza to jednak ani trochę uwielbienia polskiej prawicy dla Ameryki oraz jej obecnego prezydenta. Przeciwnie! Prawicowy komentariat pełen jest podziwu dla jego siły i zdecydowania! Czytałam wywody, że oddanie Grenlandii USA jest zwyczajnie racjonalne, bo przecież w razie zagrożenia Dania nie jest w stanie jej obronić. Ale dlaczego miałaby jej bronić sama, skoro jest w NATO? Czyżby autorzy tych argumentów sugerowali, że na sojusznikach amerykańskich nie ma co polegać?

Ciekawe, czy gdyby Donald Trump zażyczył sobie, by mu sprezentowano terytorium położone strategicznie między Rosją a Niemcami, polska prawica przyklasnęłaby mu równie ochoczo? Taka ewentualność nie pojawia się jednak w ich wyobraźni, bo przecież Karol kumpluje się z Donaldem, który tyle razy powtarzał, że jesteśmy „great people”. Takich rzeczy nie robi się kolegom, prawda? Prawda?

Zastanawiam się, czy politycy PiS, którzy zwołali pompatyczną konferencję denuncjującą zdrajcę Czarzastego, serio uważają, że Donald Trump zasługuje na pokojową Nagrodę Nobla? Czy może po prostu sądzą, że trzeba mu we wszystkim potakiwać, by się nie obraził, jak dobrze wiemy, że lubi i potrafi? Ale jeśli tak, to jest to naprawdę przedziwne rozumienie partnerskich relacji. Oraz oczywiście suwerenności.

Polski czołobitny podziw dla Ameryki ma swe źródła w czasach, gdy dobry Wielki Brat zza oceanu miał nam pomóc wyzwolić się od złego Wielkiego Brata zza miedzy. W jaskrawym kontraście do sowieckiego zamordyzmu Ameryka – to był wolny świat! Wolny i bogaty do tego! To był cel, do którego aspirowaliśmy, reformowaliśmy i nadrabialiśmy cywilizacyjne zapóźnienia.

Sęk w tym, że wolność i demokratyczne ideały, które Stany Zjednoczone dumnie niosły na sztandarach, były zasłoną dymną dla imperializmu i grabieży. W Polsce zaczęliśmy to dostrzegać dopiero za czasów Donalda Trumpa, który w swej nieujarzmionej bezpośredniości zerwał z tradycją machania zasłonami z wartości.

Dla wielu osób był to naprawdę szok, gdy okazało się, że w zamian za wsparcie bohatersko broniącej się Ukrainy Ameryka zamierza ograbić ją z zasobów naturalnych. Gdy Donald Trump publicznie upokorzył Zełenskiego, przed Putinem natomiast rozwinął czerwony dywan. Ale jak to?! Przecież miało być starcie światła z ciemnością! To tak ma wyglądać walka o demokrację i wolność?

Zaskoczenie było jednak ograniczone do naszej części świata. Gdzie indziej od dawna nie było żadnych złudzeń co do celów i metod Stanów Zjednoczonych. Trudno na przykład oczekiwać, by Irańczycy wierzyli, że Amerykanie przyniosą im demokrację, skoro już raz im ją odebrali: w 1953 roku CIA na spółkę z MI6 obaliło demokratycznie wybranego premiera Mosadddegha i ustanowiło marionetkowy rząd całkowicie zależny od Zachodu. Dało to dyktatorską władzę szachowi, który brutalnie tępił wszelką opozycję. Tak, oczywiście chodziło o ropę: Mosadddegh znacjonalizował Angielsko-Irańską Kompanię Naftową.

Podobnie USA poczynało sobie w krajach Ameryki Południowej i Środkowej obalając lewicowe demokratyczne rządy, zaś w ich miejsce instalując prawicowe krwawe dyktatury. Ich zbrodnie nie przeszkadzały w niczym „ojczyźnie wolności”, dopóki posłusznie dbały o jej interesy ekonomiczne. Niedawno widzieliśmy ten sam schemat w Wenezueli, gdzie Stany Zjednoczone bezceremonialnie wymieniły jeden niedemokratyczny reżim na inny, który już grzecznie dzieli się zyskami z ropy. Prawa i wolność Wenezuelek naprawdę nikogo tu nie obchodziły.

Nie wiedzieliśmy o tym? Po prostu nie chcieliśmy wiedzieć. Bardzo potrzebowaliśmy wierzyć, że istnieje przeciwwaga dla niewolącego nas mocarstwa. Im bardziej Związek Radziecki był ciemnością, tym bardziej Stany Zjednoczone musiały być światłem.

Świat, w którym mniejsze państwa są między młotem a kowadłem dwóch mocarstw i jedyną obroną przed tym, które stanowi bardziej bezpośrednie zagrożenie, jest udanie się pod „opiekę” drugiego – to bardzo ponure miejsce, w którym nie ma szans na realne poczucie bezpieczeństwa. I oczywiście żadnych perspektyw na suwerenność.

Na szczęście nie jest to jedyny możliwy świat. Żeby jednak móc działać na rzecz stworzenia innego, musimy radykalnie zmienić nasze pojęcie suwerenności. Całkowita niezależność i pełna autonomia w podejmowaniu decyzji nie są możliwe w zglobalizowanym świecie, w którym wszyscy jesteśmy od siebie nawzajem zależni.

Tylko że to „nawzajem” jest tutaj kluczowe. Jeśli ograniczenia dla naszej suwerenności ze strony innych są równoważone tym, że my także mamy wpływ na ich decyzje, to wtedy możemy wypracowywać cząstkową suwerenność dla nas wszystkich.

Przy swoich różnych wadach Unia Europejska zdecydowanie bardziej przypomina taki układ wzajemnych zależności. Tam mamy prawo głosu, natomiast nasza możliwość oddziaływania na Stany Zjednoczone jest praktycznie zerowa. Jakkolwiek by Donald nie poklepywał po plecach Karola, nie jesteśmy i nie będziemy dla Amerykanów równorzędnym partnerem. Dlatego nasza zależność od nich znacznie bardziej ogranicza naszą suwerenność niż unijne traktaty czy regulacje.

W globalnym układzie sił Unia nie jest nam jednak w stanie zapewnić bezpieczeństwa, dlatego potrzebujemy także sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. Musimy jednak przestać je idealizować i przyjąć do wiadomości ten przykry fakt, że nasz największy sojusznik nie tylko nie jest wzniosłą ojczyzną wolności, lecz że pewnym ludom tę wolność odbierał. Co więcej, wcale nie przestał. Nieustannie też bogaci się na grabieży cudzych zasobów.

Stany Zjednoczone nazywano wielokrotnie globalnym policjantem, ale Ameryka nie uznaje przecież międzynarodowych trybunałów, a policjant bez sądu jest jedynie zbirem. Konstatacja ta nie powinna nas jednak prowadzić do szukania ratunku u innych zbirów. Rosja nie staje się dobra, ponieważ Ameryka jest zła – a takie odwrócenie zimnowojennej naiwności możemy znaleźć u niektórych lewicowych komentatorów. Podobnie też zbrodnie reżimu irańskiego nie zostają wymazane przez stwierdzenie faktu, że został on całkowicie bezprawnie zaatakowany przez USA i Izrael.

Świadomość, że dobry Wujaszek Sam nie obroni nas przed zbirami tego świata, gdyż sam jest jednym z nich, jest niewątpliwie wielce nieprzyjemna. Jest ona jednak niezbędna, by móc zachować maksimum suwerenności, na jakie ma szanse niezbyt duży kraj w świecie rządzonym przez mocarstwa.

Bo nawet jeśli taktycznie udajemy się pod amerykańskie skrzydła, uznając, że to jednak mniejsze zagrożenie niż rosyjski zbir zza miedzy, możemy dzięki temu zachować krytycyzm i nie pchać się w imperialne awantury z takim entuzjazmem, jak robiliśmy to na przykład w przypadku wojen w Iraku i Afganistanie. Skoro Hiszpania ma czelność odmówić Amerykanom dostępu do swoich baz w wojnie przeciwko Iranowi, a Giorgia Meloni stwierdza bez ogródek, że stanowi ona ewidentne pogwałcenie prawa międzynarodowego – to może nas kiedyś też byłoby stać na podobne gesty?

Wbrew pozorom mogą one być naprawdę skutecznym narzędziem nacisku. Podstawą amerykańskiej dominacji była bowiem ideologiczna marka ostoi wolności i demokracji, którą USA przez lata wytrwale budowało i podtrzymywało, zaś Donald Trump beztrosko pogruchotał. Jego otwarcie imperialna polityka ma jednak tę zaletę, że otwiera nam oczy na brzydką rzeczywistość świata zdominowanego przez zbirów.

W naszym interesie leży nazywanie tej rzeczywistości po imieniu oraz wzmacnianie międzynarodowych instytucji uniemożliwiających dominację silnych nad słabszymi. Dlatego to relacje z Europą muszą być priorytetem, jeśli chcemy naprawdę zatroszczyć się o naszą suwerenność. W tym celu trzeba jednak zrozumieć, że nie polega ona na braku żadnych ograniczeń, lecz na wzajemności i partnerstwie. Może to niestety być trudne dla tych, którzy karmią swoje sny o potędze pożyczoną od większego kolegi „epicką furią”.

czwartek, 8 stycznia 2026

Pielucha (opowiadanie)

 


Nie wiem, jak to się stało, że oto siedzę obok wymuskanego Hipolita Wyszyńskiego w jego wymuskanym mercedesie sprzed pół wieku. To znaczy, jasne, wiem, ale wciąż nie mogę w to uwierzyć. Tak, coś jednak jeszcze wiem. To pewne osiągnięcie. Muszę to sobie co jakiś czas powtarzać, żeby tu nie zwariować. Nie dać się wciągnąć w wir unoszących się wokół cudacznych oparów nierealności.

Miałam wracać z tej konferencji z Kaśką, ale jak już się wszyscy zbierali, żegnali i wymieniali ostatnie uwagi, nagle dzwoni jej mama, że ojciec miał udar. Zamiast do Warszawy, Kaśka musiała więc natychmiast jechać do Lublina.

To było totalne odludzie. Jakiś stary dworek przerobiony na kameralny hotel z salą konferencyjną. W sumie nawet ślicznie klimatycznie, tylko że nic tu nie jeździ. Jedno z tych miejsc, gdzie samochód jest towarem absolutnie pierwszej potrzeby, bo inaczej grzęźniesz pozbawiona kontaktu ze światem. Na szczęście mieszkając w Warszawie nie musiałam sobie odejmować od ust, by kupić jakiegokolwiek rzęcha z mego sowitego stypendium doktoranckiego. Mogłam mieć inne priorytety.

Więc mama Kaśki dzwoni. Szok i współczucie dla niej, ściętej nagle panicznym lękiem. Ale zanim zdołałam się ogarnąć, zanim zaczęłam w ogóle pytać, kto jeszcze ma miejsce w aucie – kolejny szok, chyba nawet cięższy. Bo oto Hipolit stojąc akurat obok i słysząc naszą rozmowę, zaproponował, że mnie zabierze! Tak, ten nadęty goguś, Hipcio!

Ciągle się z niego podśmiewałyśmy. Oczywiście wyłącznie na boku, bo przecież miał w instytucie plecy potężne niczym sam Pudzian. Zawsze nienagannie ubrany w stylu przedwojennego dżentelmena z delikatną nutką fantazyjnej ekstrawagancji sygnalizującej, że mamy oto do czynienia z niebanalnym umysłem. Do tego starannie dobrane akcesoria i dopracowany w każdym szczególe enigmatyczny uśmiech, w którym melancholia mędrca zgłębiającego najskrytsze tajemnice ludzkiej duszy przełamana była zachowywaną na przekór wszystkiemu pogodą ducha.

Profesorki były nim zauroczone. Młodsze pracownice instytutu albo się w nim podkochiwały, albo też uważały go za rozbrajająco czarującego dziwaka. Na mężczyzn działały natomiast jego mgliste półsłówka sugerujące sekretne porozumienie między wybrańcami sięgającymi niedostępnych dla profanów otchłani. Ech, między nami myślicielami!… Znacznie skuteczniejsze od prostackiego pochlebstwa. Dzięki temu czuli, że ich wywody są głębsze niż kiedykolwiek śmieli przypuszczać.

Dlaczego on mi w ogóle tę podwózkę zaproponował? Nie jestem przecież nikim ważnym w tych ich akademicko-towarzyskich hierarchiach. Nie ma żadnego powodu, by zabiegał o moją przychylność. Nic mu nie mogę załatwić ani też w żaden sposób zaszkodzić. Jezu, żeby tylko nie zaczął mnie podrywać! Może jakoś wyczuwa, że my z Kaśką nie uległyśmy jego pieczołowicie wypracowanemu urokowi i nie życzy sobie, by w instytucie pozostała choć malutka Asteriksowa wioska nie podległa imperatywom jego czaru? Może podejrzewa, że się z niego nabijamy? Czyżby szykowała się zemsta?

Pluję sobie w brodę, że nie wymyśliłam jakiejś wymówki, by odmówić. No ale niestety, podwójny szok spowolnił moje reakcje. Stało się i siedzę tu teraz słuchając wykładu o zabytkowych samochodach. Ten, którym jedziemy, został wyprodukowany w 1972 roku. Swoim radiowym głosem z lekkim nosowym przydęciem Hipolit snuje opowieść o silnikach, osiągach, tapicerkach i liniach nadwozia. Kompletnie mnie to nie interesuje, lecz uśmiecham się z uprzejmym zaciekawieniem, bo jednak te jego plecy…

A poza tym przecież mnie wiezie. Czuję, że powinnam być wdzięczna, że tak uprzejmie mnie zaprosił. Przede wszystkim jednak pamiętam o żelaznej zasadzie: w żadnym wypadku nie denerwować kierowcy. Moje zdrowie i życie leży wszak teraz w jego rękach spoczywających na kilkudziesięcioletniej kierownicy. Ładna jest, trzeba przyznać. Minimalistycznie elegancka. Czy latach siedemdziesiątych byli lepsi projektanci, czy to wyłącznie czar tego, co minęło?

Tak, ten samochód ma niezaprzeczalny styl. Mogłabym w sumie taki mieć. Gdybym kiedyś wygrała w totka, w którego nie gram. Bo nie ma wątpliwości, że kosztował fortunę. Ciekawe skąd Hipcio ma taką kasę? Nie z pensyjki adiunkta przecież. I do tego utrzymanie! To chyba jakiś specjalnie wykwalifikowany mechanik musi naprawiać?

Często się psuje? pytam i od razu widzę, że popełniłam błąd. Hipolit jest wyraźnie zirytowany tym niewydarzonym wtrętem, który brutalnie wyrywa go z wzniosłej sfery piękna, mistrzowskiego rzemiosła oraz ponadczasowej klasy. Na jego twarzy maluje się zdecydowana niezgoda, by wprowadzać tu na scenę jakieś bezwstydnie przyziemne kwestie szwankujących ze starości maszyn. Czysta idea sprowadzona do smaru i rdzy! Pęknięć i dziur! Niepokojących gruchotów i klekotów!

Wbrew pozorom nie aż tak często – odpowiada chłodno. Korci mnie, by dopytać, co dla niego znaczy „nie aż tak często”, ale na szczęście gryzę się w język. Coś tam bąkam zgaszona jego nieskrywanym fochem. Nie odpowiada. Ja też milczę. Boję się, że znów coś palnę. Po dłuższej chwili gęstej ciszy decyduję się na bezpieczne pochlebstwo i dostarczenie Hipolitowi kolejnego tematu do wykładu.

‒ Zaciekawił mnie twój referat o Lacanie. Ja chyba nigdy go porządnie nie zrozumiałam, ale ty przedstawiłeś to bardzo klarownie.

‒ Miło mi, bardzo ci dziękuję, Aniu! Tak, Lacan z pewnością jest jednym z trudniejszych współczesnych myślicieli. Nie wiem, czy w ogóle da się go, jak to ujęłaś, porządnie zrozumieć. Tak jak powtarzał wielokrotnie, słowa nie są w stanie dotrzeć do sedna sprawy. Zawsze kryje się za nimi niewyrażalne. Starałem się jednak te idee możliwie najjaśniej przybliżyć tym, którzy mają mniej wprawy w tego rodzaju dociekaniach.

No super, myślę sobie, złapał haczyk. Wkrótce jednak zaczynam tego żałować. Hipolit wyraźnie ukontentowany wsiadł na ulubionego konika i ciasna przestrzeń samochodu wypełnia się oparami Wyobrażeniowego, Symbolicznego i Realnego. To ostatnie bynajmniej nie jest prostackim realnym empirystów! To ciemne i grząskie pokłady nieświadomości, gdzie czai się popęd śmierci oraz nieopanowane pożądanie wzbudzane przez tajemniczy, nieosiągalny obiekt małe a. Duszę się w tym. Czuję jakby lepkie macki kosmitów wślizgiwały mi się przez uszy i kolonizowały mózg. Hipolitowy potok słów przepala mi neuron za neuronem. Muszę gdzieś tu wybić okno i złapać haust powietrza, zanim mnie to całkiem zatopi.

Hipolit właśnie rozprawia o Imieniu Ojca stanowiącym bramę do porządku symbolicznego.

‒ Strasznie to patriarchalne, nie uważasz? ‒ rzucam.

Nieoczekiwanie wyrwany ze strumienia świadomości przez chwilę nie wie, co powiedzieć. Widać, że się nie spodziewał. Nie mieści mu się w głowie, że zamiast uważnie słuchać i starać się objąć te gęste zawiłości swym wątłym rozumkiem, ośmieliłam się przerwać. Ale żeby do tego jeszcze zmuszać go do polemiki z jakimiś wulgarnymi, feministycznymi sloganami? Widzę, że ma ochotę bezceremonialnie mnie usadzić. Walczy ze sobą. Przedwojenny dżentelmen jednak wygrywa.

‒ Cóż, to prosta konsekwencja faktu, że matka jest pierwszym obiektem dla dziecka. Nic na to nie poradzisz, natury nie oszukasz! ‒ Hipcio uśmiecha się dobrotliwie: ‒ To dlatego ojciec jest niezbędny, by rozerwać ich symbiotyczną jedność i wprowadzić konieczną dla kształtowania się języka Inność.

‒ Chcesz przez to powiedzieć, że porządek symboliczny jest pochodną natury? Biologii? Poza tym przecież wiele dzieci wychowuje się bez ojców, a mimo to opanowują język ‒ nie ustępuję.

‒ Przyjmujesz płytką optykę nauk empirycznych, które ufundowane są na porządku symbolicznym, chociaż oczywiście ze swej ograniczonej perspektywy nie są w stanie tego dostrzec. To, o czym mówię, to kwestie znacznie bardziej źródłowe, konstytutywne dla samej inteligibilności świata.

I jedzie dalej: Imię Ojca jako fundament religii, prawa i wszelkiej kultury. Pole mówienia kształtujące podmiotowość. Czuję, że faktycznie chodzi o same podstawy rzeczywistości. Stawką jest tu moje przetrwanie. Muszę natychmiast coś zrobić, bo inaczej brejowata maź Hipolitowej wymowy doszczętnie oblepi mi mózg. Podejmuję rękawicę.

‒ Przepraszam, że ci przerwę ‒ mówię z przemiłym uśmiechem – ale czy ja dobrze pamiętam, że mówienie jest, ujmując to może nieco łopatologicznie, wejściem na teren Innego? Że mówiący nie ma pełnej władzy nad swoimi słowami i dopiero słuchający nadaje im znaczenie? Tak samo jak psychoanalityk wyławia z potoku pustej mowy analizowanego te momenty, gdy zaczyna on dotykać Realnego?

Hipolit jest wyraźnie zdeprymowany. Że niby ja miałabym go tu analizować?! Widzę, jak jego palce zaciskają się na kierownicy. Na tym etapie żelazne zasady postępowania z kierowcami mam już jednak głęboko gdzieś. Dodaję kolejny cios.

‒ Ale to oczywiście prawda, że język kształtuje nas w ogromnym stopniu. Czy zauważyłeś, że tak zwani prawdziwi mężczyźni nigdy nie chodzą robić siku tylko szczać? Albo że nie śmieją się tylko brechtają?

Tak, wiem, to brutalne. Hipolit jest przecież dumny ze swej męskości, lecz prędzej by się, ekhem, zmoczył, niż poszedł szczać. Następuje dłuższa cisza i nagle auto wypełnia się straszliwym dźwiękiem: ułożony i doprasowany Hipcio zaczyna brechtać.

Boję się, autentycznie się boję. Brechtający Hipolit to porażająco upiorne zjawisko. Trzęsie się na siedzeniu tak, że cały samochód zaczyna dygotać. Jezusmaria, co ja zrobiłam?! Przerażona trzymam się kurczowo fotela. On w takim stanie nie powinien prowadzić! Boże, tu chyba nie ma poduszek powietrznych!

Nagle Hipolit hamuje z piskiem opon. Przejeżdżamy właśnie przez jakieś miasteczko, gdzie na rogu ulicy stoi przenośna toaleta. Parkuje przy krawężniku i wysiada wciąż brechtając jak opętany, wręcz dusząc się tym brechtem.

‒ Idę się wyszczać.

Nie wierzę własnym uszom! Świat stanął dęba! Gwiazdy spadają, rzeki wychodzą z brzegów! Zaś mercedes samoczynnie rusza do przodu. Hipolit dostrzega to, podbiega i wrzeszczy na cały głos:

‒ Hamuj! Hamuj, mówię!

Nie mam prawa jazdy. Nawet w zwykłym samochodzie miałabym problem z zaciągnięciem hamulca bezpieczeństwa, a tu naprawdę nie wiem, jak to się robi. Próbuję jakoś ciągnąć. Nie idzie.

‒ Hamuj, głupia pizdo! Hamuuuj!!!

Jego ryk zlewa się z kakofonią wgniatanej blachy i ogólnej demolki. Całe szczęście samochód zaparkowany przed nami ma mocny hamulec i wytrzymuje ciężar wbitego w jego bagażnik zabytkowego auta. Uff, nie ma efektu domina.

‒ Ty dupowata kretynko! Niedojebana idiotko!!! – Hipolit jest cały czerwony, a w oczach ma taki szał, że martwieję ze strachu. – Zniszczyłaś mi samochód! Czy ty wiesz, ile on kosztował?! W życiu takich pieniędzy na oczy nie widziałaś! Przecież to unikat! Nie myśl, że ci to ujdzie na sucho. Zapłacisz za to! W samych skarpetkach cię puszczę, kurwo! Choćbyś dzień i noc dupy dawała, do końca życia mi się nie wypłacisz! A o karierze akademickiej to już zapomnij! Zresztą i tak się przecież nie nadajesz! Co ty tam masz zamiast mózgu?! Jakiś śmierdzący składzik przegniłych feminaziolskich szmatławców! Brud, smród i robactwo! Larwy i barwy! Slogany, glany, węże i męże! I tłuste świnie!

Boże, jemu naprawdę solidnie odwaliło! Strach skręca mi jelita w twardy supeł. Na szczęście furia Hipolita pcha go gdzieś do przodu i typ odbiega w nieznanym kierunku zostawiając mnie z tym pasztetem.

Muszę się stąd jak najszybciej wydostać. Zaraz ktoś tu przyjdzie. Może kolejny wściekły właściciel zniszczonego auta? Boję się, panicznie się boję. Ale tu jest już jakaś cywilizacja, coś tu przecież musi jeździć. W ostateczności złapię stopa. Nie będzie to na pewno bardziej niebezpieczne niż dalsza jazda z tym psycholem.

Już mam wysiadać, gdy nagle kątem oka łapię jakiś ruch za sobą. Jezusmaria! Tu jest dziecko! Jak to się stało, że wcześniej go nie zauważyłam? W foteliku za mną siedzi mniej więcej roczny bobas. Może starszy. Nie wiem, nie znam się na dzieciach. Koszulka w samochodziki, więc ani chybi chłopiec. Wgapia się we mnie wielkimi oczyma. Dziwne, że po tych wszystkich hałasach i krzykach ani trochę nie płacze.

Boże, nie mogę przecież zostawić dziecka samego! No jasne, a Hipcio mógł? – mówię sobie ze złością. Nie wiedziałam, że on ma dziecko! I na konferencję je wziął? Nie do wiary.

Nie no, kanał! Gdzieś chyba trzeba zadzwonić. Zastanawiam się, czy starać się dodzwonić do tego świra, czy od razu wzywać jakieś służby. Odblokowuję telefon. Kurde, coś tu zdecydowanie nie gra. Co to za dziwne ikonki? Gdzie jest książka telefoniczna? Rozwijam jakieś menu. Tu chyba była? Niestety rozdygotany palec nie trafia i klikam tuż obok.

Ekran wypełnia obraz mężczyzny w garniturze. Typ menedżera średniego szczebla. Widoczne oznaki władzy i statusu, lecz jeszcze bez kasy na kreatorów wizerunku, którzy zaleciliby zastąpić je pozornym równiactwem z metkami za grube tysiące. Jakiś tik-tok czy co? Dziwne, że takiemu ważniakowi chce się nagrywać głupie filmiki. Zbliżenie na twarz. Facet patrzy mi prosto w oczy i mówi:

‒ Nie chciałaś Fallusa Symbolicznego, cipo, to dostaniesz chuja.

Ściąga marynarkę, luzuje krawat i zaczyna zdejmować koszulę odsłaniając swoją zdecydowanie niesportową sylwetkę. Boże, jak to zamknąć? Dolny panel znikł. Nigdzie nie ma znajomego iksa. Patrzę na otłuszczony brzuch i pokaźne cycki typa, który już gmera przy rozporku. Jezu, nie! Zasłaniam palcem jego krocze i – pyk! Okazuje się, że tam był schowany wyłącznik.

Oddycham z ulgą. Dobra, dzwonimy. A to co znowu? Na ekranie pojawia się dokument z dużą ilością paragrafów i podpunktów. Odzywa się sztuczny głos bota:

‒ Prosimy o zaakceptowanie naszych warunków użytkowania.

‒ Nie no, bez sensu – mówię na głos – przecież mam ten telefon od dawna!

‒ Naprawdę cię to dziwi, niedouczona pizdo, że nie łapiesz sensu? ‒ odpyskuje telefon ‒ Imię Ojca! Podaj Imię Ojca!

Zatyka mnie. Gardło zaschnięte z przerażenia. Czy ja już zwariowałam?

‒ Imię Ojca, mówię! Oddawaj Imię Ojca, szmato! ‒ telefon drze się na mnie głosem Wyszyńskiego.

Chcę cisnąć go gdzieś w cholerę jak obrzydliwego, jadowitego robala, lecz rozsądek zwycięża. Nie jestem przecież tak bogata, by co chwilę kupować sobie nowe telefony. Ręce mi się trzęsą, ale udaje mi się go wyłączyć. W końcu cisza. Uspokój się, mówię do siebie. Nic takiego, po prostu ktoś zhakował ci telefon. Od tego są przecież fachowcy. W ostateczności trzeba będzie przywrócić do ustawień fabrycznych. Trudno, jakoś przeżyjesz.

Zaraz! Przecież ja wzięłam instrukcję! Ha, ale przezorna jestem! Wygrzebuję ją z plecaka. Format A4 i chyba ze 150 stron. Zawsze taka wielka była? Jakoś sobie nie przypominam. Boże, jak tu cokolwiek znaleźć? Jak wyłowić potrzebne informacje z gąszczu bezużytecznych słów? Wertuję nerwowo kartki. Gdzie tu jest jakiś indeks czy spis treści?

Nagle czuję pociągnięcie za włosy. Krzyk zamiera mi w gardle. Przerażona zmuszam się, by mimo wszystko spojrzeć w twarz napastnikowi.

Ach, to tylko ten bachor! Jak on wylazł z fotelika? Stoi na krawędzi siedzenia oparty o mój fotel i gmera mi we włosach. Twarz pełna napięcia. Boże, co tu mnie jeszcze czeka?

Po chwili buzia chłopca rozluźnia się i rozpromienia od ciężko zapracowanej satysfakcji. Samochód wypełnia zdrowy, ekologiczny smród. Nie! Nikt mnie nie zmusi, żebym zmieniała obcemu dziecku pieluchę! Tego już naprawdę za wiele! Niech ktoś mnie stąd zabierze! Niech to się w końcu rozwieje jak zły sen! Teraz, zaraz, natychmiast!

Zamykam oczy. Otwieram. No, nie pomogło. Wciąż tu jestem. Muszę się jakoś wygrzebać z tego bagna. Ulice puste, ale jak poszukam, może znajdę kogoś, kto pomoże? Nie będę odchodzić daleko. Dziecku na pewno nic się nie stanie.

Kładę rękę na klamce, ale w tym samym momencie na horyzoncie pojawia się Wyszyński. Tężeję ze strachu. Za późno, by uciec. Zobaczy mnie. Jest coraz bliżej. Spinam się jak do walki. Gdy podchodzi, widzę jednak, że to znów dawny Hipolit. W jego powściągliwym głosie z nosowym przydęciem brzmi wszakże wyraźny wyrzut.

‒ Zdenerwowałaś mnie. Nie rób tego więcej. Nie przypuszczałem, że możesz być tak agresywna i nieodpowiedzialna. Ale spokojnie, nie zamierzam z tym iść do sądu.

Odejmuje mi mowę ze zdumienia. Że niby kto tu był agresywny i nieodpowiedzialny?! Wiem, że pomysł pozywania mnie za to, że nie zabezpieczył swojego samochodu, jest totalnym absurdem, ale i tak czuję ulgę. Czyli jednak wmusił mi, drań, poczucie winy! I teraz łaskawie wybacza! A przecież powinien mnie przepraszać za cały ten monstrualny stres, jaki mi zafundował! Za wrzaski, groźby, wyzwiska!

‒ Chyba jednak zniszczenia nie są tak duże, jak mi się wydawało. Sprawdzę, czy reflektory działają. Jeśli tak, to możemy jechać dalej ‒ kontynuuje Hipolit.

A potem odwraca się do mnie i dodaje konfidencjonalnym tonem, uśmiechając się jak czterolatek, który właśnie zdradza swój najsekretniejszy sekret:

­‒ Jak byłem mały, mamusia mówiła na mnie Hipuś Pipuś.

Nie. Po prostu nie. To się nie dzieje. To się nie może dziać. Rozbrajający uśmiech Hipusia Pipusia uporczywie wisi jednak w powietrzu i odsłania przede mną czeluść jakiegoś Realnego. Nie ma mowy, nie zamierzam w nią zaglądać.

‒ Nie jadę z tobą dalej – mówię najbardziej stanowczo, jak tylko potrafię, chociaż nie udaje mi się w pełni opanować drżenia głosu.

Oczy Hipolita wybałuszają się jak piłeczki pingpongowe. Zanim zdąży ochłonąć, wysiadam i rzucam przez ramię:

‒ Zmień pieluchę, bo śmierdzi.

 

------------------------------------------

Jeśli się podobało, wstrząsnęło czy zaintrygowało, napiwki można słać tu:

https://patronite.pl/wjadrodyskursu

https://suppi.pl/wjadrodyskursu