czwartek, 21 maja 2026

Wybitna kobieta? Opluć i wymazać!


 

W artykule zatytułowanym „Broniła zwierząt czy im szkodziła?” Regina Skibińska pisze we wstępie: „Im więcej lat mija od śmierci Simony Kossak w roku 2007, tym jej legenda jest większa. Na ile jednak informacje o niej są prawdziwe?”

Jej tekst pozycjonuje się zatem jako bezstronne poszukiwanie prawdy. Nie będę ukrywać, że w mojej opinii kompletnie tego zadania nie spełnia – ta teza zawarta jest w tytule. Zanim jednak ją uzasadnię, przyjrzyjmy się dokładnie temu, co Skibińska pisze i jak to robi. Dla jasności jej główne zarzuty wobec Kossak wypunktuję, a następnie omówię. 

Krytyczną analizę wspomnianego artykułu przedstawił już Jacek Podsiadło w obszernym tekście. Jest on jednak – trzeba przyznać – chwilami nieco przegadany, zaś specyficzny, prześmiewczy styl autora ułatwia zadanie tym, którzy oskarżają go o bezpardonowy atak na Skibińską. Ta ostatnia ma bowiem liczne grono obrońców, którzy przedstawiają Podsiadłę jako nawiedzonego furiata, lub w najlepszym razie: emocjonalnie zaślepionego wyznawcę mitu Simony Kossak, który nie jest w stanie przyjąć do wiadomości żadnej krytyki uwielbianej przez siebie postaci.

Dlatego postaram się przeanalizować tezy Skibińskiej maksymalnie chłodno i rzeczowo. A uważam, że warto to zrobić nie tylko ze względu na Simonę Kossak, której autorka wyrządza moim zdaniem ogromną krzywdę, lecz także dlatego, że jej działania wpisują się w pewien ogólny wzorzec dyskredytowania i wymazywania wybitnych kobiet.

1) „Wojna Simony z naukowcami”

W latach 90. grupa naukowców prowadziła w Puszczy Białowieskiej badania telemetryczne polegające na śledzeniu wilków i rysi za pomocą nadajników umieszczonych w obrożach. Kluczowy problem polegał jednak na tym, jak taką obrożę dzikiemu zwierzęciu założyć. Na początku zastosowano w celu odłowu pułapki traperskie używane w Ameryce do ochrony zwierząt domowych przed drapieżnikami.

Simona Kossak zarzucała badaczom, że metody te są okrutne, a ich stosowanie wobec zwierząt chronionych jest niedopuszczalne, gdyż może doprowadzić do znacznego zmniejszenia ich populacji. Jej zdaniem, jak mówi jej siostrzenica Joanna: „każdy z odłowionych w potrzask wilków miał trwale zmiażdżoną łapę i średnio trzy miesiące życia przed sobą”.

Sprawa była głośna medialnie, trafiła również do sądu, który wydał zakaz stosowania potrzasków. Kolejna metoda opracowana przez grupę „telemetrystów” również została uznana przez prof. Kossak za okrutną i szkodliwą dla zwierząt. Nie jest jasne z artykułu, czy została ona potem zmodyfikowana, wydaje się jednak, że owszem, gdyż Joanna Kossak stwierdza: „Batalia z bezwzględnymi »metodami badawczymi« trwała kilka lat. Simona ostatecznie wygrała ją w imieniu zwierząt, ale okupiła to ciężką traumą i frustracją”. Przy czym zdania te nie zostały zamieszczone w artykule, a objawiły się dopiero w efekcie (niezbyt skutecznego) odpierania przez Skibińską zarzutów Podsiadły.

Nie ma natomiast wątpliwości, że badania były kontynuowane: dziennikarka zamieszcza w swoim artykule obszerne wypowiedzi naukowców, którzy opisują płynące z nich pożytki dla ochrony zwierząt.

Tak wyglądają w skrócie fakty – starałam się przedstawić je jak najbardziej bezstronnie. O bezstronności nie ma jednak absolutnie mowy w przypadku artykułu Reginy Skibińskiej. Wypunktujmy.

Simona Kossak ukazana jest jako agresywna („atakowała, wykorzystała, piętnowała”), natomiast grupa badaczy stosujących kontrowersyjne metody zostaje przedstawiona jako ofiary tejże agresji („żal do Simony Kossak jest ciągle żywy”).

→ Ona ukazana jest jako emocjonalna, oni zaś – racjonalni, co wzmacniane jest przez sformułowania w rodzaju „wojna Simony z naukowcami”, które sprawiają, że czytelnik nieświadomie umieszcza prof. Kossak poza grupą, z którą toczyła „wojnę”. A przecież ona sama też była naukowczynią – miała już wtedy habilitację.

→ Wprawdzie argumenty prof. Kossak przeciwko pułapkom zostają przytoczone, więc czytelniczka może sama ocenić, czy faktycznie mogły one być nieszkodliwe, jednak stwierdzenia „telemetrystów” zostają przedstawione jako w pełni obiektywne i rozstrzygające. Niepostrzeżenie ze strony sporu zmieniają się oni w bezstronnych sędziów. Czytamy na przykład: „Badacze dementują informacje o krzywdzeniu zwierząt.” „Zaprzeczają” brzmiałoby zupełnie inaczej, czyż nie?

Przypomina to taką wymianę zdań:

‒ X mówi, że pan mu ukradł samochód. Czy to prawda?

‒ Ależ skąd! Dementuję: to był prezent.

‒ Ach no tak, w takim razie przepraszam.

Zwróćmy jednak uwagę, że taki dialog brzmi jakby mniej bezsensownie i jakoś tak znajomo:

‒ X mówi, że pan ją zgwałcił. Czy to prawda?

‒ Ależ skąd! Dementuję: sama chciała.

‒ Ach no tak, w takim razie przepraszam.

→ Skibińska pomija fakt, że w efekcie działań Simony Kossak potrzaski zostały sądowo zakazane. Napisanie o tym podważyłoby tezę, że były one całkowicie nieszkodliwe. Zakwestionowałoby także pozycję bezstronnych sędziów, jaką autorka nadaje „telemetrystom”.

→ W artykule fałszywie twierdzi się, iż Simona Kossak sprzeciwiała się badaniom jako takim, a nie samym metodom odłowu. To fałszywe twierdzenie ma uzasadniać tezę, że prof. Kossak szkodziła zwierzętom.

Pożytki z badań przedstawione są jako argument za szkodliwością działań prof. Kossak, a przecież skoro badania były kontynuowane, to naukowczyni nie pozbawiła zwierząt tych pożytków, a zatem nie zaszkodziła im w ten sposób.

→ Całkowicie pominięta jest w artykule szkodliwość działań „telemetrystów” oraz fakt, że zastosowanie okrutnych metod nie było konieczne, skoro zostały one potem zmodyfikowane. Skibińska bezkrytycznie powtarza zapewnienia, że „żadnemu wilkowi nie zmiażdżono łapy”. Natomiast opisując historię wilka, który uciekł z pułapką na nodze, pisze, że jego „dalsze losy nie są znane”. Gdyby napisała, że prawdopodobnie zmarł niedługo potem w męczarniach, czytelniczka mogłaby zacząć mieć wątpliwości, kto tutaj szkodził zwierzętom.

→ No i wisienka na torcie: prof. Kossak zostaje oskarżona o to, że efektem jej „ataków” było niepowodzenie starań o objęcie całej Puszczy Białowieskiej statusem parku narodowego. Cała odpowiedzialność za „wojnę” zostaje przypisana jej. A przecież gdyby „telemetryści” od razu opracowali maksymalnie nieszkodliwe metody odłowu lub przynajmniej potraktowali poważnie argumenty swojej koleżanki, nie byłoby żadnej sądowo-medialnej walki.

2) Nie była dobrą naukowczynią

Regina Skibińska pisze, że „choć dorobek naukowy [Simony Kossak] obejmuje ogółem ponad 140 oryginalnych opracowań, naukowcy ostrożnie podchodzą do jej naukowych osiągnięć. Zdaniem prof. Rafała Kowalczyka wśród tych opracowań jest niewiele prac opublikowanych w czasopismach naukowych o światowym zasięgu i dziś ten dorobek nie wystarczyłby nawet na uzyskanie stopnia doktora habilitowanego, nie wspominając o profesurze.”

→ W latach 90. polska nauka dopiero zaczynała się integrować z zachodnią i jeszcze na początku XXI wieku niewiele osób publikowało w czasopismach anglojęzycznych. Simona Kossak otrzymała tytuł profesora w 1997 roku, zaś zmarła w 2007 roku. Zatem jeśli w jej imponującym liczbowo dorobku jest choćby kilka procent prac w czasopismach o światowym zasięgu, oznacza to, że była w ówczesnej badawczej czołówce.

→ W patriarchacie dokonania kobiet osądzane są według ostrzejszych kryteriów. Badania wykazywały np., że ten sam tekst oceniany jest jako lepszy, gdy podpisze się go męskim nazwiskiem. Taryfę ulgową mogłaby uzyskać kobieta układna i niesprawiająca problemów – na pewno nie osoba tak niezależna i bezkompromisowa jak prof. Kossak. Dlatego jeśli uzyskała stopnie naukowe, nie ma wątpliwości, że z naddatkiem spełniła niezbędne wymagania.

→ Ocena czyjegoś dorobku naukowego jest zadaniem złożonym wymagającym uwzględnienia wielu czynników, gdyż ani liczba prac, ani nawet ich cytowania nie są tu w pełni rozstrzygającymi wyznacznikami. Skwitowanie osiągnięć prof. Kossak dwoma zdaniami, które do tego oceniają ją wedle współczesnych kryteriów, pokazuje nierzetelność autorki artykułu oraz dokonującego takiej oceny profesora.

→ Pozostaje pytanie, jaki jest cel zamieszczenia takiej oceny w artykule, który w zamierzeniu ma zbadać, czy prof. Kossak szkodziła zwierzętom. Wydaje się, że mogło tu chodzić wyłącznie o dalszą dyskredytację jej osoby, którą omówiłam już w poprzednim punkcie.

3) Nie była „jedyną badaczką w męskim gronie”

→ Ta teza jest niewątpliwie prawdziwa, nie wiadomo jednak, kto twierdził przeciwnie i dlaczego autorka artykułu poświęca dwa akapity na jej obalenie.

4) Chociaż sama nie zabijała, jednak „decydowała o zabijaniu zwierząt”

Regina Skibińska przywołuje wypowiedzi Simony Kossak potępiające myślistwo, pyta jednak: „jak te słowa miały się do czynów?” Stwierdzenie to jest wytłuszczone w tekście, zatem zawarta w nim sugestia, że czyny słowom zaprzeczały, rzuca się w oczy nawet przy pobieżnej lekturze.

Uzasadniając tę tezę autorka przytacza trzy konkretne zdarzenia oraz jeden ogólny zarzut dotyczący raportów prof. Kossak dla Lasów Państwowych. Przedstawię je w podpunktach w innej kolejności niż w artykule. Każdy podpunkt zaczyna się od fragmentu artykułu Reginy Skibińskiej.

4a) Jenot

„— Po ojcu miała starą strzelbę, zamkniętą na kłódkę w stalowej szafce. Kiedyś jest taka sytuacja, latem na podwórku pojawia się wściekły jenot w ostatnim stadium choroby, praktycznie się wywraca. Wybucha Armagedon – jeśli by stwierdzono wściekliznę na Dziedzince, to wszystkie zwierzęta musiałyby zostać zabite. I Lech się drze do Simony, żeby natychmiast przyniosła strzelbę, że trzeba go zastrzelić. I co robi Simona? Simona mówi, że ona nie będzie strzelać do żadnego zwierzęcia, w ogóle nie ma takiej opcji. Na to Lechu mówi, żeby jemu dała strzelbę, a Simona, że nie, bo to jest wbrew przepisom, była niesamowitą formalistką — wspomina Joanna.

— Na szczęście na Dziedzince byli też chłopcy z Technikum Leśnego, którzy dorabiali sobie, pomagając Lechowi w różnych pracach. I chłopaki, razem z Lechem, zaciukali szpadlami biednego jenota. I na tych łopatach, żeby go nie dotykać, zanieśli do ogniska i spalili razem z tymi łopatami — mówi siostrzenica Simony.”

Powstaje pytanie, dlaczego ta historia została zamieszczona w serii „może i nie zabijała, ale decydowała o zabijaniu”? Czy autorka artykułu uważa, że obciążający dla prof. Kossak jest fakt, iż jenot jednak został zabity, a ona się temu nie sprzeciwiła? Czy może fakt, że śmierć pod szpadlami była zapewne bardziej okrutna? Ale jeśli tak, to czy zdaniem Reginy Skibińskiej ma to być świadectwo sadyzmu Simony Kossak? Czy uważa, że była to jakaś podstępna perfidia z jej strony?

Warto byłoby to dopowiedzieć, bo w obecnej postaci historia ta pozostaje wyłącznie insynuacją, że „coś z nią było nie tak”, chociaż gdy się bliżej przyjrzeć, nie bardzo wiadomo co.

Owszem, nie ma wątpliwości, że jenota trzeba było zabić i że śmierć od kuli byłaby bardziej humanitarna. Odmowa zastrzelenia go była zatem bezsprzecznie złą decyzją. Zwróćmy jednak uwagę, że sytuacja była alarmowa i nie było czasu, by rozumowanie mogło przeważyć pierwszy impuls, jakim w przypadku Simony Kossak, było kategoryczne „nie zabijać”. Myślę, że gdyby mogła włączyć stop-klatkę i na spokojnie rozważyć tę sytuację, to wyciągnęłaby strzelbę. Prawdopodobnie jednak nie uchroniłoby jej to przed zarzutami, co pokazuje kolejna historia.

4b) Koziołek/jeleń

„Zdarzyło się raz, że Simona Kossak, mimo że własnymi rękami nie zabiła zwierzęcia, to zdecydowała o jego zastrzeleniu. Miało to miejsce wtedy, gdy prowadziła badania nad sarnami żyjącymi w zagrodzie. Jak opowiadała Miłka Malzahn w swoim podcaście, w stadzie był koziołek, który bronił stada, utrudniając badaczce pracę. Simona z bólem serca poprosiła tatę Miłki o odstrzelenie koziołka.

Fakt ten potwierdza Joanna Kossak, tylko zamiast o koziołku, mówi o jeleniu, który wskoczył do zagrody z sarnami i chcąc się z niej wydostać, zaczął rozwalać siatkę ogrodzeniową. Nie było możliwości wypłoszenia go na zewnątrz bez równoczesnego płoszenia saren, które w panice mogłyby porozbijać się o ogrodzenie. — Simona wybrała jedyne dostępne rozwiązanie. Poprosiła przyjaciela, Przemka Malzahna, żeby przyjechał i odstrzelił jelenia. Odbyło się to w ścisłej tajemnicy. Dostałam absolutny zakaz wspominania o tym komukolwiek, kiedykolwiek. Dzisiaj, po niemal pięćdziesięciu latach, ten zakaz złamałam — opowiada Joanna Kossak.”

Historia ma zatem dwa warianty. Wydaje się, że prawdziwa jest wersja przedstawiona przez siostrzenicę prof. Kossak, bo na agresywne koziołki miała ona sposoby. W książce Anny Kamińskiej Mirosław Waszkiewicz tak mówi o jej badaniach: „To była mordercza praca. Wchodziła do zagrody z sarnami zabezpieczona drewnianym kojcem, bo kozły ją czasem atakowały. Kozły miały poroże, mogły Simonę poturbować, zabić, musiała więc mieć zabezpieczenie. Czy czasami się bała? Nigdy nie słyszałem, żeby Simona obawiała się jakiegoś zwierzęcia albo zamykała się na cztery spusty. Nie bała się reagować na zło ani nikogo się nie bała, to był odważny człowiek.” (Cytuję za stroną Jacka Podsiadły.)

Jeśli zatem problemem był jeleń, który spanikowany próbował się wydostać przez ogrodzenie, mamy tu do czynienia z historią analogiczną do poprzedniej, w której jedno zwierzę stwarza zagrożenie dla innych. Tym razem prof. Kossak miała możliwość podjęcia przemyślanej decyzji i uznała, że śmierć jelenia jest mniejszym złem. Gdyby nie interweniowała i jeleń poraniłby się przy próbie ucieczki doprowadzając przy okazji do śmierci lub zranienia saren, zostałaby oskarżona o bezmyślne okrucieństwo.

Regina Skibińska zakłada jednak, że prawdziwa jest pierwsza wersja tej historii – śródtytuł głosi: „Koziołek przeszkadzał w badaniach”. Takie sformułowanie buduje obraz Simony Kossak jako bezwzględnej badaczki dążącej do celu po (koziołkowych) trupach.

Przyjmijmy jednak, że owszem, jakiś koziołek faktycznie okazał się tak agresywny, że żadne zabezpieczenia nie pomagały. Czy miała prawo zadecydować o jego śmierci?

Kluczowe pytanie brzmi: czy naprawdę wszystkie inne możliwości zostały wyczerpane i zabicie zwierzęcia było jedynym dostępnym rozwiązaniem? Nie wiem, bo nie znam szczegółów dotyczących tej sprawy. Wiemy natomiast z całą pewnością, że potrzaski raniące zwierzęta nie były jedyną dostępną metodą, a mimo to ich stosowanie nie wywołuje oburzenia Reginy Skibińskiej na „telemetrystów”.

No dobrze, zapytacie, ale dlaczego wszystko odbyło się w tajemnicy? Czyż nie świadczy to, że sprawa była jednak jakoś trefna? Nie. Kolejna historia pokazuje dlaczego.

4c) Rysica Agatka

Simona Kossak dostała do odchowania małą rysiczkę z ogrodu zoologicznego, która wcześniej zagrała w filmie. Jak opowiada Joanna Kossak, „Simona odleciała” i pokochała Agatkę naprawdę mocno. Mówiła wręcz, że jest to „najważniejsza istota na świecie, jaką w życiu miała”.

„— Był listopad, już nie mieszkałam w Dziedzince i Simona do mnie przyjeżdża, i mówi, że odwołuje Święta Bożego Narodzenia i zawiesza bezterminowo wszelkie kontakty, bo Agatka nie żyje. Co się okazało? Lech poszedł po drewno, Agatka brykała dookoła niego. I gdy Lechu z naręczem polan wchodził do domu, Agatka mu się gdzieś zaplątała pod nogi. Upuścił na nią polana. Agatka zniknęła. Lech zebrał polana i znalazł ja w pokoju obok, martwą — opowiada Joanna Kossak.”

Tutaj nie da się zachować chłodnej neutralności. Nie ma co pytać, jaki jest cel i co ma z tego wynikać. Trzeba stwierdzić wprost: zamieszczenie tej historii w sekcji „może i nie zabijała, ale decydowała o zabijaniu” to naprawdę odrażająca podłość. Joanna Kossak mówi w filmie dokumentalnym, że była to jedna z największych tragedii w życiu jej ciotki, bo nie tylko straciła ukochaną istotę, lecz dodatkowo sprawcą – nieumyślnym, ale jednak – był jej życiowy partner.

Wykorzystanie tej historii do oczerniania prof. Kossak ma jednak długą historię, bo już w 1994 roku zrobił to Adam Wajrak. Zestaw jego wypowiedzi skompilowany przez Jacka Podsiadłę pokazuje jednak także niezwykłą wielkoduszność Simony Kossak, która po paru latach zadzwoniła do Wajraka, by wznowić przyjacielskie relacje. Ja bym po czymś takim nigdy nie odezwała się do typa, a już na pewno nie robiłabym mu jajecznicy!

Simona Kossak nie mogła zatem mieć złudzeń co do tego, wśród jakich ludzi żyje. Wiedziała, że cokolwiek zrobi w przypadku jelenia w zagrodzie, zostanie to wykorzystane przeciwko niej. Dlatego nie może nas dziwić chęć zachowania sprawy w tajemnicy.

4d) Plany łowieckie

„Jednym z obowiązków zawodowych Simony Kossak było opracowywanie corocznych raportów dla Lasów Państwowych z informacją, ile zwierząt można wybić. Plany łowieckie przez nią rekomendowane nie były dla zwierząt kopytnych oszczędne. Np. w czasopiśmie „Sylwan” nr 8 z 1995 r. postulowała zwiększenie odstrzału jeleni i saren. Zdaniem prof. Kowalczyka populacja saren do dzisiaj się nie podniosła, a badania IBS PAN pokazały, że przeżywalność kociąt rysi spadła drastycznie, bo te duże drapieżniki nie miały wystarczającej liczby ofiar, by wykarmić młode. Czemu zatem Simona Kossak podejmowała takie rekomendacje? Prawdopodobnie dlatego, że wówczas zwracano uwagę przede wszystkim na gospodarkę leśną i stan lasu, nie brano pod uwagę wpływu tej decyzji na populacje rysi.” – pisze Regina Skibińska.

W poście na swoim profilu dziennikarka podaje link do rzeczonego artykułu. Wydaje się jednak, że nikt z jej czytelników i czytelniczek w niego nie kliknął, bo gdyby tak się stało, to zwrócono by jej chyba uwagę, że link kieruje do błędnego numeru czasopisma. Pomimo tej zmyłki, znalazłam artykuł Simony Kossak i zasadniczo polecam: jak na tekst fachowy napisany jest zrozumiale, a we wstępie i podsumowaniu możemy znaleźć opis jej problemów badawczych i stawianych sobie celów. Możemy również oczywiście zweryfikować stwierdzenia Reginy Skibińskiej.

→ Jej teza w odniesieniu do jeleni jest manipulacją, gdyż zalecane zwiększenie było powrotem do wcześniejszego poziomu po obniżonym odstrzale w roku poprzedzającym raport. Prof. Kossak uzasadnia również szczegółowo konieczność tego powrotu pisząc o szkodach wyrządzanych przez jelenie w drzewostanie.

→ Natomiast w przypadku saren stwierdzenie Skibińskiej jest kłamstwem, gdyż prof. Kossak zaleca zmniejszenie ich odstrzału. Co ciekawe, dziennikarka zamieszcza na swoim profilu tabelkę, w której prof. Kossak rekomenduje całkowite wstrzymanie odstrzału w nadleśnictwie Białowieża, oraz w sąsiadującym z Parkiem Narodowym obwodzie Narewka, natomiast w pozostałych obszarach puszczy postuluje utrzymanie odstrzału na poziomie z poprzedniego roku.

→ Co więcej, swoje rekomendacje wstrzymania odstrzału saren na terenach graniczących z Parkiem Narodowym prof. Kossak uzasadnia dokładnie potrzebą zapewnienia pokarmu dla bytujących w puszczy wilków i rysi. Zatem wytłuszczony w artykule Skibińskiej śródtytuł „Rysie wtedy nie były ważne” jest zwyczajnie kłamliwy.

→ We wspomnianym wyżej poście Regina Skibińska pisze, że postanowiła „oddać głos bohaterce swojego tekstu” i zamieszcza kilka wycinków z rzeczonego artykułu prof. Kossak. Na tej podstawie zarzuca jej, iż pisząc o zwierzętach używa słowa „sztuki” a nie „osobniki”, co zdaniem dziennikarki ma być elementem „myśliwskiego języka”. Udostępnione przez nią fragmenty pokazują jednak, że prof. Kossak używała tych wyrażeń zamiennie.

→ Powstaje pytanie, dlaczego za najlepszy sposób „oddania głosu" bohaterce swojego tekstu dziennikarka uznała zamieszczenie wyrwanych z kontekstu kilkuzdaniowych urywków, a nie na przykład większych fragmentów z podsumowania?

→ Prof. Kossak poświęca sporo miejsca trudnościom związanym z określeniem liczby zwierząt bytujących w puszczy. Krytykuje metodologię stosowaną m.in. przez prof. Jędrzejewskiego i argumentuje, że z rozmiaru szkód wyrządzonych przez jelenie można wywnioskować, że wcześniejsze wyliczenia zaniżyły ich liczbę. Dlatego postuluje przywrócenie poziomu odstrzału do tego z lat wcześniejszych.

→ Nie mam kompetencji, by ocenić, czy jej wyliczenia i wyciągnięte z nich wnioski były poprawne. Jeśli jednak jej zalecenia były szkodliwe dla puszczańskiej zwierzyny, powstaje pytanie, dlaczego „telemetryści” nie protestowali? Mówimy przecież o połowie lat 90., gdy trwała „wojna o potrzaski”. Skoro można było w niej użyć śmierci Agatki, to czemu nie przytoczono argumentów dotyczących wysokości odstrzałów? A zakładam, że nie przytoczono, bo gdyby tak się stało, Regina Skibińska nie pominęłaby chyba tej informacji?

Podsumowując: tekst Reginy Skibińskiej pełen jest przekłamań, manipulacji i insynuacji, nie może zatem w żadnym razie zostać uznany za rzetelny. Chociaż autorka twierdzi, że jej celem było jedynie podważenie „legendy” Simony Kossak i zniuansowanie społecznego postrzegania tej postaci, jej artykuł jest w rzeczywistości serią oszczerstw i pomówień. Wyłania się z niego obraz badaczki jako furiatki atakującej naukowców stosujących „całkowicie nieszkodliwe” pułapki, dziesiątkującej puszczańską zwierzynę, skazującej jenota na śmierć pod szpadlami, bezwzględnie pozbywającej się koziołka „przeszkadzającego w badaniach”, a może i nawet podobno tak ukochanej rysiczki?

Trzeba na koniec zadać pytanie: dlaczego po prawie dwudziestu latach od śmierci prof. Kossak wyciąga się wydarzenia sprzed trzydziestu lat, o których ledwo kto już pamięta? Wbrew tytułowi artykułu, który stwierdza, że „kontrowersje wokół Simony Kossak nie gasną”, jej postać od dawna nie budzi żadnych kontrowersji. Przeciwnie: jest powszechnie szanowana i podziwiana.

O Simonie Kossak powstały dwa filmy dokumentalne i jeden fabularny. Wydano trzy książki biograficzne, w tym jedną dla dzieci. Jej imieniem nazwano dwie ulice (w Białowieży i w Białymstoku), cztery szkoły i jedno przedszkole. Do tego jeszcze ten mural w Hajnówce! Dlatego „ciągle żywy żal” „telemetrystów” podlany jest zapewne piekącą zazdrością.

Pokazuje to możliwe źródła inspiracji Reginy Skibińskiej, nie wyjaśnia jednak, dlaczego jej tekst przekonał spore grono odbiorców. Owszem, jest ona zręczną manipulatorką, lecz bywa też, że wywraca się o własne nogi nie czytając na przykład zamieszczonych przez siebie wycinków. Dlaczego wielu wykształconym i inteligentnym ludziom tak trudno dostrzec jej stronniczość?

Częściowym wyjaśnieniem mogą być układy towarzysko-środowiskowe. W czasach zalewu informacji nie mamy czasu sprawdzać źródeł, czytamy pobieżnie, a lajkując czy udostępniając po prostu wierzymy „swoim”. To jednak nie wyjaśnia, dlaczego różni panowie z tak zaciekłą kategorycznością powtarzają w kolejnych komentarzach, jaką to słabą naukowczynią była prof. Kossak. Żeby na pewno wszystkim się wbiło w pamięć i utrwaliło!

Bo celem tej kampanii nie jest żadna zniuansowana krytyka, lecz wymazanie. Ktokolwiek w przyszłości powoła się na Simonę Kossak i jej dokonania, może spodziewać się najazdu internetowych moralistów, którzy z oburzeniem potępią propagowanie skompromitowanej dręczycielki zwierząt, która nie dość, że puszczę przetrzebiła, jenota szpadlem zatłukła, to jeszcze posługiwała się myśliwskim językiem! Większość ludzi nie będzie miała czasu sprawdzać faktów i szukać uzasadnień, lecz z lęku przed środowiskową anatemą czy też po prostu dla świętego spokoju uzna, że lepiej się z tą Kossak nie afiszować.

Niedawno przy okazji wystawy „Kwestia kobieca” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej poszerzyłam moją wiedzę o dawnych malarkach. Wydawało mi się wcześniej, że owszem, istniały, lecz te, którym udało się zdobyć odpowiednie umiejętności pomimo patriarchalnych zasieków, tworzyły na marginesie ówczesnego artystycznego świata, niedoceniane i wykluczane z oficjalnego obiegu. Że dopiero teraz zyskują należne im uznanie.

Ze zdumieniem dowiedziałam się, że to nieprawda. Istniało wiele malarek, które za życia osiągnęły naprawdę wszystko, co się dało: były słynne, świetnie opłacane, a ich prace zamawiali monarchowie. Angelika Kauffmann była tak popularna, że mówiono wręcz o „angelikomanii”. Zachwycony jej pracami był Goethe, a Herder napisał, że jest „prawdopodobnie najbardziej oświeconą kobietą w Europie”. Élisabeth-Louise Vigée Le Brun, przez współczesnych nazywana Madame Rubens, była portrecistką Marii Antoniny, malowała też innych wielkich tego świata, na przykład Stanisława Augusta Poniatowskiego. Natomiast August II miał w swojej drezdeńskiej rezydencji specjalny pokój nazwany na cześć Rosalby Carriery, w którym przechowywał pokaźną kolekcję jej pasteli.

One wszystkie zostały wymazane dopiero po śmierci. Umierały spełnione i przekonane, że zyskały wieczną sławę. Nie doceniły jednak tego, jak wielkim zagrożeniem dla patriarchalnego porządku władzy są wybitne kobiety. Samym swoim istnieniem podważają one przecież „naturalną” męską wyższość i sprawiają, że różnym panom więdnie i odpada. Oburzone tym bestialskim atakiem na najwrażliwsze podstawy porządku świata strażniczki patriarchatu biegną im na ratunek. To właśnie taka mizoginia leży u podstaw obecnej kampanii próbującej zniszczyć dziedzictwo Simony Kossak.

Sofonisba Anguissola mogła w błyskotliwy sposób wyśmiać zarzuty, że nie jest autorką swoich prac malując portret swojego nauczyciela jak maluje… jej własny portret! Nie mogła jednak nic poradzić na to, że po śmierci będą przypisywać jej prace Tycjanowi lub Leonardowi da Vinci. Tak, była artystką właśnie takiego formatu. Artemisia Gentileschi, za życia uznana za malarkę genialną, dała radę przetrwać gwałt oraz tortury na procesie (musieli przecież jakoś udowodnić, że nie kłamie!), ale nic już nie mogła zrobić, gdy kilka stuleci później różni „znawcy” kategorycznie oświadczyli, że takich płócien nie mogła stworzyć kobieta. Po prostu nie mogła i już!

Simona Kossak również była przetrwanką: o jej różnych traumach opowiada jej siostrzenica w filmie, który można obejrzeć w sieci za niewielką kwotę [9]. Ale to od nas zależy, czy przetrwa obecną kampanię oczerniania i wymazywania.