Nie wiem, jak to się
stało, że oto siedzę obok wymuskanego Hipolita Wyszyńskiego w jego wymuskanym
mercedesie sprzed pół wieku. To znaczy, jasne, wiem, ale wciąż nie mogę w to uwierzyć.
Tak, coś jednak jeszcze wiem. To pewne osiągnięcie. Muszę to sobie co jakiś
czas powtarzać, żeby tu nie zwariować. Nie dać się wciągnąć w wir unoszących
się wokół cudacznych oparów nierealności.
Miałam wracać z tej
konferencji z Kaśką, ale jak już się wszyscy zbierali, żegnali i wymieniali
ostatnie uwagi, nagle dzwoni jej mama, że ojciec miał udar. Zamiast do Warszawy,
Kaśka musiała więc natychmiast jechać do Lublina.
To było totalne
odludzie. Jakiś stary dworek przerobiony na kameralny hotel z salą konferencyjną.
W sumie nawet ślicznie klimatycznie, tylko że nic tu nie jeździ. Jedno z tych
miejsc, gdzie samochód jest towarem absolutnie pierwszej potrzeby, bo inaczej
grzęźniesz pozbawiona kontaktu ze światem. Na szczęście mieszkając w Warszawie
nie musiałam sobie odejmować od ust, by kupić jakiegokolwiek rzęcha z mego
sowitego stypendium doktoranckiego. Mogłam mieć inne priorytety.
Więc mama Kaśki
dzwoni. Szok i współczucie dla niej, ściętej nagle panicznym lękiem. Ale zanim
zdołałam się ogarnąć, zanim zaczęłam w ogóle pytać, kto jeszcze ma miejsce w
aucie – kolejny szok, chyba nawet cięższy. Bo oto Hipolit stojąc akurat obok i
słysząc naszą rozmowę, zaproponował, że mnie zabierze! Tak, ten nadęty goguś,
Hipcio!
Ciągle się z niego podśmiewałyśmy.
Oczywiście wyłącznie na boku, bo przecież miał w instytucie plecy potężne
niczym sam Pudzian. Zawsze nienagannie ubrany w stylu przedwojennego
dżentelmena z delikatną nutką fantazyjnej ekstrawagancji sygnalizującej, że
mamy oto do czynienia z niebanalnym umysłem. Do tego starannie dobrane
akcesoria i dopracowany w każdym szczególe enigmatyczny uśmiech, w którym melancholia
mędrca zgłębiającego najskrytsze tajemnice ludzkiej duszy przełamana była zachowywaną
na przekór wszystkiemu pogodą ducha.
Profesorki były nim
zauroczone. Młodsze pracownice instytutu albo się w nim podkochiwały, albo też uważały
go za rozbrajająco czarującego dziwaka. Na mężczyzn działały natomiast jego mgliste
półsłówka sugerujące sekretne porozumienie między wybrańcami sięgającymi
niedostępnych dla profanów otchłani. Ech, między nami myślicielami!… Znacznie
skuteczniejsze od prostackiego pochlebstwa. Dzięki temu czuli, że ich wywody są
głębsze niż kiedykolwiek śmieli przypuszczać.
Dlaczego on mi w ogóle
tę podwózkę zaproponował? Nie jestem przecież nikim ważnym w tych ich
akademicko-towarzyskich hierarchiach. Nie ma żadnego powodu, by zabiegał o moją
przychylność. Nic mu nie mogę załatwić ani też w żaden sposób zaszkodzić. Jezu,
żeby tylko nie zaczął mnie podrywać! Może jakoś wyczuwa, że my z Kaśką nie
uległyśmy jego pieczołowicie wypracowanemu urokowi i nie życzy sobie, by w
instytucie pozostała choć malutka Asteriksowa wioska nie podległa imperatywom
jego czaru? Może podejrzewa, że się z niego nabijamy? Czyżby szykowała się zemsta?
Pluję sobie w brodę,
że nie wymyśliłam jakiejś wymówki, by odmówić. No ale niestety, podwójny szok
spowolnił moje reakcje. Stało się i siedzę tu teraz słuchając wykładu o
zabytkowych samochodach. Ten, którym jedziemy, został wyprodukowany w 1972
roku. Swoim radiowym głosem z lekkim nosowym przydęciem Hipolit snuje opowieść
o silnikach, osiągach, tapicerkach i liniach nadwozia. Kompletnie mnie to nie
interesuje, lecz uśmiecham się z uprzejmym zaciekawieniem, bo jednak te jego
plecy…
A poza tym przecież mnie
wiezie. Czuję, że powinnam być wdzięczna, że tak uprzejmie mnie zaprosił. Przede
wszystkim jednak pamiętam o żelaznej zasadzie: w żadnym wypadku nie denerwować
kierowcy. Moje zdrowie i życie leży wszak teraz w jego rękach spoczywających na
kilkudziesięcioletniej kierownicy. Ładna jest, trzeba przyznać. Minimalistycznie
elegancka. Czy latach siedemdziesiątych byli lepsi projektanci, czy to
wyłącznie czar tego, co minęło?
Tak, ten samochód ma
niezaprzeczalny styl. Mogłabym w sumie taki mieć. Gdybym kiedyś wygrała w
totka, w którego nie gram. Bo nie ma wątpliwości, że kosztował fortunę. Ciekawe
skąd Hipcio ma taką kasę? Nie z pensyjki adiunkta przecież. I do tego utrzymanie!
To chyba jakiś specjalnie wykwalifikowany mechanik musi naprawiać?
‒ Często się psuje? ‒ pytam i od razu widzę, że popełniłam błąd.
Hipolit jest wyraźnie zirytowany tym niewydarzonym wtrętem, który brutalnie wyrywa
go z wzniosłej sfery piękna, mistrzowskiego rzemiosła oraz ponadczasowej klasy.
Na jego twarzy maluje się zdecydowana niezgoda, by wprowadzać tu na scenę
jakieś bezwstydnie przyziemne kwestie szwankujących ze starości maszyn. Czysta
idea sprowadzona do smaru i rdzy! Pęknięć i dziur! Niepokojących gruchotów i
klekotów!
‒ Wbrew pozorom nie aż tak często – odpowiada chłodno. Korci mnie, by
dopytać, co dla niego znaczy „nie aż tak często”, ale na szczęście gryzę się w
język. Coś tam bąkam zgaszona jego nieskrywanym fochem. Nie odpowiada. Ja też milczę.
Boję się, że znów coś palnę. Po dłuższej chwili gęstej ciszy decyduję się na
bezpieczne pochlebstwo i dostarczenie Hipolitowi kolejnego tematu do wykładu.
‒ Zaciekawił mnie twój
referat o Lacanie. Ja chyba nigdy go porządnie nie zrozumiałam, ale ty
przedstawiłeś to bardzo klarownie.
‒ Miło mi, bardzo ci dziękuję,
Aniu! Tak, Lacan z pewnością jest jednym z trudniejszych współczesnych
myślicieli. Nie wiem, czy w ogóle da się go, jak to ujęłaś, porządnie zrozumieć. Tak jak powtarzał
wielokrotnie, słowa nie są w stanie dotrzeć do sedna sprawy. Zawsze kryje się za
nimi niewyrażalne. Starałem się jednak te idee możliwie najjaśniej przybliżyć
tym, którzy mają mniej wprawy w tego rodzaju dociekaniach.
No super, myślę sobie,
złapał haczyk. Wkrótce jednak zaczynam tego żałować. Hipolit wyraźnie ukontentowany
wsiadł na ulubionego konika i ciasna przestrzeń samochodu wypełnia się oparami Wyobrażeniowego,
Symbolicznego i Realnego. To ostatnie bynajmniej nie jest prostackim realnym
empirystów! To ciemne i grząskie pokłady nieświadomości, gdzie czai się popęd
śmierci oraz nieopanowane pożądanie wzbudzane przez tajemniczy, nieosiągalny
obiekt małe a. Duszę się w tym. Czuję jakby lepkie macki kosmitów wślizgiwały
mi się przez uszy i kolonizowały mózg. Hipolitowy potok słów przepala mi neuron
za neuronem. Muszę gdzieś tu wybić okno i złapać haust powietrza, zanim mnie to
całkiem zatopi.
Hipolit właśnie
rozprawia o Imieniu Ojca stanowiącym bramę do porządku symbolicznego.
‒ Strasznie to
patriarchalne, nie uważasz? ‒ rzucam.
Nieoczekiwanie wyrwany
ze strumienia świadomości przez chwilę nie wie, co powiedzieć. Widać, że się nie
spodziewał. Nie mieści mu się w głowie, że zamiast uważnie słuchać i starać się
objąć te gęste zawiłości swym wątłym rozumkiem, ośmieliłam się przerwać. Ale
żeby do tego jeszcze zmuszać go do polemiki z jakimiś wulgarnymi,
feministycznymi sloganami? Widzę, że ma ochotę bezceremonialnie mnie usadzić. Walczy
ze sobą. Przedwojenny dżentelmen jednak wygrywa.
‒ Cóż, to prosta
konsekwencja faktu, że matka jest pierwszym obiektem dla dziecka. Nic na to nie
poradzisz, natury nie oszukasz! ‒ Hipcio uśmiecha się dobrotliwie: ‒ To dlatego
ojciec jest niezbędny, by rozerwać ich symbiotyczną jedność i wprowadzić konieczną
dla kształtowania się języka Inność.
‒ Chcesz przez to
powiedzieć, że porządek symboliczny jest pochodną natury? Biologii? Poza tym
przecież wiele dzieci wychowuje się bez ojców, a mimo to opanowują język ‒ nie
ustępuję.
‒ Przyjmujesz płytką
optykę nauk empirycznych, które ufundowane są na porządku symbolicznym, chociaż
oczywiście ze swej ograniczonej perspektywy nie są w stanie tego dostrzec. To,
o czym mówię, to kwestie znacznie bardziej źródłowe, konstytutywne dla samej
inteligibilności świata.
I jedzie dalej: Imię
Ojca jako fundament religii, prawa i wszelkiej kultury. Pole mówienia
kształtujące podmiotowość. Czuję, że faktycznie chodzi o same podstawy
rzeczywistości. Stawką jest tu moje przetrwanie. Muszę natychmiast coś zrobić,
bo inaczej brejowata maź Hipolitowej wymowy doszczętnie oblepi mi mózg. Podejmuję
rękawicę.
‒ Przepraszam, że ci
przerwę ‒ mówię z przemiłym uśmiechem – ale czy ja dobrze pamiętam, że mówienie
jest, ujmując to może nieco łopatologicznie, wejściem na teren Innego? Że
mówiący nie ma pełnej władzy nad swoimi słowami i dopiero słuchający nadaje im
znaczenie? Tak samo jak psychoanalityk wyławia z potoku pustej mowy
analizowanego te momenty, gdy zaczyna on dotykać Realnego?
Hipolit jest wyraźnie
zdeprymowany. Że niby ja miałabym go tu analizować?! Widzę, jak jego palce
zaciskają się na kierownicy. Na tym etapie żelazne zasady postępowania z
kierowcami mam już jednak głęboko gdzieś. Dodaję kolejny cios.
‒ Ale to oczywiście
prawda, że język kształtuje nas w ogromnym stopniu. Czy zauważyłeś, że tak
zwani prawdziwi mężczyźni nigdy nie chodzą robić siku tylko szczać? Albo że nie
śmieją się tylko brechtają?
Tak, wiem, to brutalne.
Hipolit jest przecież dumny ze swej męskości, lecz prędzej by się, ekhem,
zmoczył, niż poszedł szczać. Następuje dłuższa cisza i nagle auto wypełnia się straszliwym
dźwiękiem: ułożony i doprasowany Hipcio zaczyna brechtać.
Boję się, autentycznie
się boję. Brechtający Hipolit to porażająco upiorne zjawisko. Trzęsie się na
siedzeniu tak, że cały samochód zaczyna dygotać. Jezusmaria, co ja zrobiłam?!
Przerażona trzymam się kurczowo fotela. On w takim stanie nie powinien prowadzić!
Boże, tu chyba nie ma poduszek powietrznych!
Nagle Hipolit hamuje z
piskiem opon. Przejeżdżamy właśnie przez jakieś miasteczko, gdzie na rogu ulicy
stoi przenośna toaleta. Parkuje przy krawężniku i wysiada wciąż brechtając jak
opętany, wręcz dusząc się tym brechtem.
‒ Idę się wyszczać.
Nie wierzę własnym
uszom! Świat stanął dęba! Gwiazdy spadają, rzeki wychodzą z brzegów! Zaś mercedes
samoczynnie rusza do przodu. Hipolit dostrzega to, podbiega i wrzeszczy na cały
głos:
‒ Hamuj! Hamuj, mówię!
Nie mam prawa jazdy.
Nawet w zwykłym samochodzie miałabym problem z zaciągnięciem hamulca
bezpieczeństwa, a tu naprawdę nie wiem, jak to się robi. Próbuję jakoś ciągnąć.
Nie idzie.
‒ Hamuj, głupia pizdo!
Hamuuuj!!!
Jego ryk zlewa się z
kakofonią wgniatanej blachy i ogólnej demolki. Całe szczęście samochód
zaparkowany przed nami ma mocny hamulec i wytrzymuje ciężar wbitego w jego
bagażnik zabytkowego auta. Uff, nie ma efektu domina.
‒ Ty dupowata kretynko!
Niedojebana idiotko!!! – Hipolit jest cały czerwony, a w oczach ma taki szał,
że martwieję ze strachu. – Zniszczyłaś mi samochód! Czy ty wiesz, ile on
kosztował?! W życiu takich pieniędzy na oczy nie widziałaś! Przecież to unikat!
Nie myśl, że ci to ujdzie na sucho. Zapłacisz za to! W samych skarpetkach cię
puszczę, kurwo! Choćbyś dzień i noc dupy dawała, do końca życia mi się nie
wypłacisz! A o karierze akademickiej to już zapomnij! Zresztą i tak się
przecież nie nadajesz! Co ty tam masz zamiast mózgu?! Jakiś śmierdzący składzik
przegniłych feminaziolskich szmatławców! Brud, smród i robactwo! Larwy i barwy!
Slogany, glany, węże i męże! I tłuste świnie!
Boże, jemu naprawdę
solidnie odwaliło! Strach skręca mi jelita w twardy supeł. Na szczęście furia
Hipolita pcha go gdzieś do przodu i typ odbiega w nieznanym kierunku
zostawiając mnie z tym pasztetem.
Muszę się stąd jak
najszybciej wydostać. Zaraz ktoś tu przyjdzie. Może kolejny wściekły właściciel
zniszczonego auta? Boję się, panicznie się boję. Ale tu jest już jakaś
cywilizacja, coś tu przecież musi jeździć. W ostateczności złapię stopa. Nie
będzie to na pewno bardziej niebezpieczne niż dalsza jazda z tym psycholem.
Już mam wysiadać, gdy
nagle kątem oka łapię jakiś ruch za sobą. Jezusmaria! Tu jest dziecko! Jak to
się stało, że wcześniej go nie zauważyłam? W foteliku za mną siedzi mniej
więcej roczny bobas. Może starszy. Nie wiem, nie znam się na dzieciach. Koszulka
w samochodziki, więc ani chybi chłopiec. Wgapia się we mnie wielkimi oczyma. Dziwne,
że po tych wszystkich hałasach i krzykach ani trochę nie płacze.
Boże, nie mogę
przecież zostawić dziecka samego! No jasne, a Hipcio mógł? – mówię sobie ze
złością. Nie wiedziałam, że on ma dziecko! I na konferencję je wziął? Nie do
wiary.
Nie no, kanał! Gdzieś
chyba trzeba zadzwonić. Zastanawiam się, czy starać się dodzwonić do tego
świra, czy od razu wzywać jakieś służby. Odblokowuję telefon. Kurde, coś tu
zdecydowanie nie gra. Co to za dziwne ikonki? Gdzie jest książka telefoniczna?
Rozwijam jakieś menu. Tu chyba była? Niestety rozdygotany palec nie trafia i
klikam tuż obok.
Ekran wypełnia obraz
mężczyzny w garniturze. Typ menedżera średniego szczebla. Widoczne oznaki
władzy i statusu, lecz jeszcze bez kasy na kreatorów wizerunku, którzy zaleciliby
zastąpić je pozornym równiactwem z metkami za grube tysiące. Jakiś tik-tok czy
co? Dziwne, że takiemu ważniakowi chce się nagrywać głupie filmiki. Zbliżenie
na twarz. Facet patrzy mi prosto w oczy i mówi:
‒ Nie chciałaś Fallusa
Symbolicznego, cipo, to dostaniesz chuja.
Ściąga marynarkę,
luzuje krawat i zaczyna zdejmować koszulę odsłaniając swoją zdecydowanie niesportową
sylwetkę. Boże, jak to zamknąć? Dolny panel znikł. Nigdzie nie ma znajomego
iksa. Patrzę na otłuszczony brzuch i pokaźne cycki typa, który już gmera przy
rozporku. Jezu, nie! Zasłaniam palcem jego krocze i – pyk! Okazuje się, że tam
był schowany wyłącznik.
Oddycham z ulgą. Dobra,
dzwonimy. A to co znowu? Na ekranie pojawia się dokument z dużą ilością
paragrafów i podpunktów. Odzywa się sztuczny głos bota:
‒ Prosimy o
zaakceptowanie naszych warunków użytkowania.
‒ Nie no, bez sensu –
mówię na głos – przecież mam ten telefon od dawna!
‒ Naprawdę cię to
dziwi, niedouczona pizdo, że nie łapiesz sensu? ‒ odpyskuje telefon ‒ Imię
Ojca! Podaj Imię Ojca!
Zatyka mnie. Gardło
zaschnięte z przerażenia. Czy ja już zwariowałam?
‒ Imię Ojca, mówię!
Oddawaj Imię Ojca, szmato! ‒ telefon drze się na mnie głosem Wyszyńskiego.
Chcę cisnąć go gdzieś w
cholerę jak obrzydliwego, jadowitego robala, lecz rozsądek zwycięża. Nie jestem
przecież tak bogata, by co chwilę kupować sobie nowe telefony. Ręce mi się
trzęsą, ale udaje mi się go wyłączyć. W końcu cisza. Uspokój się, mówię do
siebie. Nic takiego, po prostu ktoś zhakował ci telefon. Od tego są przecież
fachowcy. W ostateczności trzeba będzie przywrócić do ustawień fabrycznych. Trudno,
jakoś przeżyjesz.
Zaraz! Przecież ja
wzięłam instrukcję! Ha, ale przezorna jestem! Wygrzebuję ją z plecaka. Format
A4 i chyba ze 150 stron. Zawsze taka wielka była? Jakoś sobie nie przypominam. Boże,
jak tu cokolwiek znaleźć? Jak wyłowić potrzebne informacje z gąszczu
bezużytecznych słów? Wertuję nerwowo kartki. Gdzie tu jest jakiś indeks czy
spis treści?
Nagle czuję
pociągnięcie za włosy. Krzyk zamiera mi w gardle. Przerażona zmuszam się, by mimo
wszystko spojrzeć w twarz napastnikowi.
Ach, to tylko ten
bachor! Jak on wylazł z fotelika? Stoi na krawędzi siedzenia oparty o mój fotel
i gmera mi we włosach. Twarz pełna napięcia. Boże, co tu mnie jeszcze czeka?
Po chwili buzia
chłopca rozluźnia się i rozpromienia od ciężko zapracowanej satysfakcji. Samochód
wypełnia zdrowy, ekologiczny smród. Nie! Nikt mnie nie zmusi, żebym zmieniała
obcemu dziecku pieluchę! Tego już naprawdę za wiele! Niech ktoś mnie stąd
zabierze! Niech to się w końcu rozwieje jak zły sen! Teraz, zaraz, natychmiast!
Zamykam oczy.
Otwieram. No, nie pomogło. Wciąż tu jestem. Muszę się jakoś wygrzebać z tego bagna.
Ulice puste, ale jak poszukam, może znajdę kogoś, kto pomoże? Nie będę
odchodzić daleko. Dziecku na pewno nic się nie stanie.
Kładę rękę na klamce, ale w tym samym momencie na horyzoncie pojawia się Wyszyński. Tężeję ze strachu. Za
późno, by uciec. Zobaczy mnie. Jest coraz bliżej. Spinam się jak do walki. Gdy
podchodzi, widzę jednak, że to znów dawny Hipolit. W jego powściągliwym głosie
z nosowym przydęciem brzmi wszakże wyraźny wyrzut.
‒ Zdenerwowałaś mnie. Nie
rób tego więcej. Nie przypuszczałem, że możesz być tak agresywna i
nieodpowiedzialna. Ale spokojnie, nie zamierzam z tym iść do sądu.
Odejmuje mi mowę ze
zdumienia. Że niby kto tu był agresywny i nieodpowiedzialny?! Wiem, że pomysł
pozywania mnie za to, że nie zabezpieczył swojego samochodu, jest totalnym
absurdem, ale i tak czuję ulgę. Czyli jednak wmusił mi, drań, poczucie winy! I
teraz łaskawie wybacza! A przecież powinien mnie przepraszać za cały ten monstrualny
stres, jaki mi zafundował! Za wrzaski, groźby, wyzwiska!
‒ Chyba jednak zniszczenia
nie są tak duże, jak mi się wydawało. Sprawdzę, czy reflektory działają. Jeśli
tak, to możemy jechać dalej ‒ kontynuuje Hipolit.
A potem odwraca się do
mnie i dodaje konfidencjonalnym tonem, uśmiechając się jak czterolatek, który
właśnie zdradza swój najsekretniejszy sekret:
‒ Jak byłem mały,
mamusia mówiła na mnie Hipuś Pipuś.
Nie. Po prostu nie. To
się nie dzieje. To się nie może dziać. Rozbrajający uśmiech Hipusia Pipusia
uporczywie wisi jednak w powietrzu i odsłania przede mną czeluść jakiegoś
Realnego. Nie ma mowy, nie zamierzam w nią zaglądać.
‒ Nie jadę z tobą
dalej – mówię najbardziej stanowczo, jak tylko potrafię, chociaż nie udaje mi
się w pełni opanować drżenia głosu.
Oczy Hipolita wybałuszają
się jak piłeczki pingpongowe. Zanim zdąży ochłonąć, wysiadam i rzucam przez
ramię:
‒ Zmień pieluchę, bo
śmierdzi.
------------------------------------------
Jeśli się podobało, wstrząsnęło czy zaintrygowało, napiwki można słać tu:
https://patronite.pl/wjadrodyskursu
https://suppi.pl/wjadrodyskursu