środa, 26 grudnia 2018

Redakcyjne folwarki


Rafał Woś zaproponował, żeby wzorując się na akcji #metoo ujawniać przypadki mobbingu i niesprawiedliwego traktowania przez pracodawców używając hasztagu #przemocwpracy. Inicjatywa ta jest z pewnością bardzo potrzebna. Chciałabym się w nią włączyć przedstawiając dwie historie z mojej pracy publicystki usiłującej zarobić cokolwiek na pisaniu lewicowych tekstów.

Mój przypadek nie jest typowy i można by powiedzieć, że w ogóle nie podpada pod tę akcję, ponieważ nie byłam zatrudniona w żadnej z redakcji, o których chcę napisać. Jeśli jednak pisanie tekstów jest pracą, a podmiotami płacącymi za nią są redakcje, to mamy tu do czynienia ze stosunkiem pracy, który niewątpliwie ma miejsce, gdy umowa o dzieło zostanie już podpisana. Co jednak z sytuacją, gdy tekst zostaje odrzucony? Trudno wymagać, by redakcje akceptowały wszystkie wysyłane im teksty, ich przyjmowanie do druku powinno jednakowoż podlegać pewnym zasadom: jeśli tekst jest dobry i zgodny z profilem ideowym danego pisma, to powinien zostać przez nie opublikowany.

Oczywiście ocena jakości tekstu jest w dużej mierze kwestią subiektywną, podobnie też jego zbieżność z polityczną linią i tematycznym profilem danej redakcji. Duża dowolność kryteriów daje osobom decydującym o publikacji ogromną władzę, co otwiera pole do nadużyć: uznaniowego publikowania kiepskich tekstów znajomych, albo też stosowania różnego rodzaju dyskryminacji. Wielokrotnie wykazywano, że nawet osoby deklaratywnie opowiadające się za równością płci, nieświadomie stosują inne standardy przy ocenie tekstów podpisanych męskim i kobiecym nazwiskiem. Redaktorzy nie muszą jednak chować się za poprawnością polityczną: mają możliwość celowego wycinania zbyt dobrych lub niewygodnych autorek, gdyż właściwie nie istnieje możliwość wykazania, że kierowali się seksizmem.

Praktycznie niekontrolowana władza redaktorów wzmacniana jest dodatkowo przez sytuację na rynku medialnym, na którym nawet dużym graczom trudno jest się utrzymać, honoraria systematycznie spadają, a chętnych do pisania przybywa. W coraz lepiej wykształconym społeczeństwie brakuje pracy zgodnej z aspiracjami absolwentów, a przecież wielu z nich ma dużo do powiedzenia o współczesnym świecie. Bądź co bądź demokracja ma się przecież opierać na publicznych debatach, dlatego możliwość dotarcia ze swoimi przemyśleniami do szerszej publiki sprawia, że czujemy się uznani jako pełnoprawni obywatele. Jeśli natomiast pewne perspektywy nie mogą zaistnieć w sferze publicznej, to takie osoby czy grupy mogą słusznie skarżyć się na wykluczenie z demokratycznej wymiany opinii.

Od arbitralnych decyzji redaktorów zależy zatem ekonomiczny byt zarabiających grosze i żyjących w stałej niepewności jutra piszących, mają one także wpływ na kształt naszej politycznej wspólnoty, na to, kto się w niej liczy i jakie poglądy czy doświadczenia uznawane są za godne dyskusji. Stawka jest zatem naprawdę wysoka. Nic dziwnego, że przy braku przejrzystych kryteriów decyzji redakcje często zamieniają się w folwarki rządzone personalnymi układami i osobistymi animozjami. Nierzadko uznaje się za oczywiste, że aby publikować w danym medium, konieczne jest posiadanie odpowiednich znajomości – oryginalne pomysły oraz umiejętność przelania ich na papier w jasny i ciekawy sposób są czymś stanowczo drugorzędnym. Spotkałam się nawet z wyrażoną nie wprost opinią, że niechęć do zabiegania o względy i „wkręcania się” w środowiska powiązane z redakcjami świadczy o rozbuchanym indywidualizmie oraz braku umiejętności pracy zespołowej.

Osoby wchodzące w tego rodzaju wyścig po łaski i fawory muszą liczyć się z różnego rodzaju upokorzeniami. Jest to jednak szczególnie niebezpieczne dla kobiet, które w ten sposób stają się łatwym łupem dla przestępców seksualnych, albo też padają ofiarami emocjonalnych nadużyć i manipulacji, o czym pisała niedawno Joanna Stryjczyk. Napisanie tekstu przedstawiającego nowe spojrzenie na współczesne problemy czy proponującego oryginalne rozwiązania jest aktem politycznym, dlatego często spotyka się z kontrofensywą czujnych obrońców męskiej władzy objaśniania świata. W rezultacie także kobieta pozostająca poza układzikami, może boleśnie odczuć, jak wielką bezczelnością jest roszczenie sobie prawa do opisywania rzeczywistości, gdy nie urodziło się mężczyzną. #przemocwpracy niewątpliwie ma płeć, a mężczyźni często nawet nie zdają sobie sprawy, że #zycieniemeskie wygląda zupełnie inaczej, dlatego ten hasztag jest tu także niezbędny.*

Przejdźmy jednak do konkretnych historii. W początkach mojej pracy publicystki kilkakrotnie wysyłałam artykuły do pewnego lewicowego pisma nie otrzymując żadnej odpowiedzi – prawdopodobnie nikt nawet nie przeczytał tekstów podpisanych nieznanym kobiecym nazwiskiem. Zmieniło się to, gdy znajoma pisująca do tego pisma poleciła redakcji mój artykuł. W efekcie został on opublikowany, otrzymałam też niewielkie honorarium. Jednak gdy dwa miesiące później wysłałam im inny tekst, dostałam wiadomość, że chętnie wezmą, lecz tym razem nie zapłacą. Nie mogłam się na to zgodzić, bo parę miesięcy wcześniej, gdy pytałam znajomego współpracującego z tą redakcją, czy płacą tam honoraria, odpowiedział, że owszem, ale nie wie, czy wszystkim. Fakt, że człowiek o lewicowych poglądach, którego skądinąd bardzo szanowałam, nie widzi absolutnie żadnego problemu w tym, że płaci się tylko wybranym osobom, solidnie mnie wtedy przygnębił. Przytoczyłam redakcji tę rozmowę i napisałam, że nie zgadzam się być traktowana jak osoba gorszej kategorii i jeśli mam publikować tekst za darmo, to wolę to zrobić w miejscu, w którym autentycznie nie ma pieniędzy na honoraria dla nikogo. Artykuł koniec końców ukazał się na portalu Lewica.pl.

Potem jeszcze kilkakrotnie wysyłałam artykuły do tego pisma pytając wprost, czy redakcja jest zainteresowana publikacją i na jakie honorarium mogłabym liczyć. Za każdym razem otrzymywałam odpowiedź, że nie są zainteresowani. Przy czym w jednym przypadku wyszło mi to stanowczo na dobre, bo pomyślałam, że czemu nie spróbować w takim razie w Gazecie Wyborczej. I chociaż nie liczyłam specjalnie na sukces, tekst jednak został tam opublikowany. Honorarium było znacznie wyższe niż w owym piśmie, liczba czytelników prawdopodobnie też. Ponadto fakt, iż artykuł został przyjęty do druku w ogólnopolskim, poczytnym dzienniku świadczy o jego jakości i przemawia za tym, że decyzja o jego odrzuceniu nie była merytoryczna, lecz personalna, bo ideowo z pewnością był on zgodny z linią tego pisma. Czyżby redakcja tak bardzo nie chciała płacić osobie, która stoi nisko w towarzyskiej hierarchii i mimo to nie zamierza wkupiać się w niczyje łaski, za to bezczelnie domaga się równego traktowania? Cóż, po kilku nieudanych próbach przestałam im cokolwiek wysyłać.

Dziwniejsza przygoda przytrafiła mi się z pewnym lewicowym portalem. Tekst został przyjęty do publikacji, dostałam informację, że został wrzucony na stronę, ale jak dopytałam o wysokość honorarium, dowiedziałam się, że naczelny wycenia publicystykę około dziesiątego każdego miesiąca, a był dwudziesty trzeci. Jeśli nie ma ustalonej z góry stawki, ani nawet orientacyjnych widełek, to – pomyślałam sobie – stwarza to okazję do tego, żeby uznaniowo płacić więcej swoim i premiować na przykład bycie mężczyzną. Ale cóż, uznałam, że poczekam. Wbrew temu, co pisała osoba pełniącą wtedy funkcję sekretarza redakcji, tekstu na stronie nie było, więc pomyślałam, że może postanowili jednak wstrzymać się z publikacją do czasu decyzji o wysokości honorarium, na wypadek gdybym nie była zadowolona z jego wysokości.

Wyczekiwany czas w końcu nadszedł, kwota była niższa niż się spodziewałam, a nie oczekiwałam kokosów, uznałam jednak, że niech i tak będzie, skoro już tyle to trwało. Tekstu wciąż nie było widać na stronie, więc napisałam w tej sprawie do sekretarz redakcji. Przysłała mi linka i wtedy zobaczyłam, że artykuł został opublikowany z datą naszej wcześniejszej rozmowy. Było to dziwne, bo od jej czasu szukałam go kilka razy na stronie i na pewno go tam nie było. Najwyraźniej po jego zamieszczeniu tekst został ukryty na portalu, a jego widoczność przywrócono dopiero ponad dwa tygodnie później, po ustaleniu honorarium. To oznaczało, że nie ukazał się na stronie głównej jak wszystkie nowe artykuły publicystyczne, a znaleźć go można było jedynie zaglądając głęboko do starszych artykułów z tego działu. Ponieważ nie został także udostępniony na facebookowym profilu portalu, więc zasadniczo nie miał żadnych szans dotrzeć do czytelniczek i czytelników. A biorąc pod uwagę symboliczną wysokość honorarium, to właśnie było jedynym sensem pracy włożonej w artykuł.

Napisałam o tym do sekretarz redakcji – przeprosiła, napisała, że najwyraźniej ktoś zrobił jakiś błąd i obiecała, że po weekendzie tekst zostanie zamieszczony na stronie głównej i na profilu fb. W poniedziałek jednak dostałam wiadomość, że naczelny zadecydował, że tak się nie stanie. Serio. Pan redaktor postanowił zapłacić (grosze, ale jednak) za artykuł opublikowany z datą dwa tygodnie wsteczną, którego nikt nie miał szansy z tego powodu przeczytać. Dlaczego tak zadecydował? Bo mógł. A ponieważ mógł jeszcze wiele innych rzeczy, więc inteligentna skądinąd osoba, jaką wydawała się być sekretarz redakcji, napisała mi, że nie rozumie, w czym problem, bo tekst jest przecież na stronie. Żeby przeżyć trzeba przecież wiedzieć, gdzie wolno widzieć problemy, a gdzie stanowczo ich nie ma. Ja ze swej strony mogę tylko spekulować, co spowodowało tę kuriozalną decyzję. Z korespondencji z sekretarz redakcji wynikało, że artykuł bardzo jej się spodobał, więc trudno było naczelnemu stwierdzić, że go odrzuca, bo kiepski. Ale skoro nadarzyła się okazja sprawienia, by przynajmniej nikt go nie przeczytał i utarcia w ten sposób nosa wrednej feministce, to jak można by nie skorzystać?

O takich rzeczach nie pisze się publicznie, tylko co najwyżej opowiada zaufanym osobom na boku. Ja również zastanawiałam się, czy warto podawać nazwy opisanych wyżej redakcji, zdecydowałam jednak, że ryzyko jest zbyt duże. I nie chodzi nawet o to, że nie mogłabym już nic więcej tam opublikować, bo i tak nie zamierzałam przecież pisać dla pism, które w ten sposób traktują ludzi nie dość dla nich ważnych, bo pozbawionych towarzyskich koneksji. Jednak to, co najbardziej zagraża osobie ujawniającej takie przypadki, ma swoje źródło w środowiskowej mentalności. Zgodnie z nią brudy pierzemy w domu po kryjomu, zaś publiczne wyciąganie tego typu historii jest czymś niesmacznym, świadczącym o żenującej frustracji i kłótliwości takiej osoby, którą dla własnego towarzyskiego bezpieczeństwa należy omijać szerokim łukiem.

Problem leży w tym, że znam wiele osób współpracujących z tymi redakcjami, które jednocześnie cenią sobie lewicowe wartości równości i sprawiedliwości. Teoretycznie wynikałoby z tego, że jeśli ujawnię postępowanie sprzeczne z tymi wartościami, to otrzymam wsparcie. Niestety w praktyce często działa to dokładnie na odwrót i jeśli osoba o niskiej pozycji społecznej oskarża kogoś ustosunkowanego, to spotyka ją powszechna niechęć. Rafał Woś pisał niedawno, że to właśnie dystans, a nawet otwarta wrogość koleżanek i kolegów z pracy jest najtrudniejsza do zniesienia dla osób ujawniających mobbing. I nie jest to tylko kwestia naszego chorego rynku pracy. Niedawno wyszło na jaw, że wielokrotnie nagradzany dziennikarz, gwiazda renomowanego tygodnika „Der Spiegel” zmyślił znaczną część swoich reportaży, a kolega, który wpadł na trop jego fałszerstw, „przez trzy-cztery tygodnie […] przechodził piekło, ponieważ jego koledzy i przełożeni nie wierzyli w jego oskarżenia”.

Władza korumpuje – zwłaszcza jeśli nie musi się bać, że jej praktyki zostaną ujawnione. Często ludzie boją się jej przeciwstawić, ponieważ skutkiem może być koniec kariery i utrata środków do życia. Ale powodem braku reakcji oraz zapobiegawczego dystansu do osób zgłaszających nieprawidłowości bywa też po prostu chęć zachowania świętego spokoju. Bo wyobraźmy sobie, że piszemy do jednego ze wspomnianych wyżej pism i dowiadujemy się, że jego redakcja źle potraktowała naszą znajomą łamiąc wartości, które głosi i które nam również są drogie. Co powinniśmy zrobić? Protestować? Zerwać współpracę? Niszczyć nasze dobre relacje z ludźmi, których być może autentycznie lubimy? Nawet jeśli ich władza nad nami jest znikoma, bo mamy niezależne źródło utrzymania a publikować możemy też gdzieś indziej, to i tak wchodzenie w konflikty jest stresujące i zwyczajnie nieprzyjemne. I jeśli osoba oskarżająca nie jest naszą bliską przyjaciółką, a jej pozycja towarzyska jest niska, czy można się dziwić, że nie chce nam się w coś takiego pakować? A ponieważ brak reakcji oznacza akceptację dla naruszenia wyznawanych przez nas zasad, więc żeby móc bez problemu spojrzeć sobie w oczy w lustrze, trzeba uznać, że sygnalistka to po prostu kłótliwa, czepiająca się wszystkiego osoba, która zresztą na pewno wszystko zmyśliła, bo przecież nasi przyjaciele nie mogliby się tak zachować!

Przyjemniej jest żyć w sprawiedliwym świecie, a osoby zgłaszające nieprawidłowości nam to uniemożliwiają. Ujawnianie nadużyć uznawane jest w naszej kulturze za donosicielstwo i od najmłodszych lat jesteśmy uczeni, że z przemocą czy nękaniem powinniśmy sobie radzić sami, a bycie ofiarą jest czymś wstydliwym, co świadczy o naszej gorszości i niedostosowaniu. Normalnym ludziom to się po prostu nie zdarza. Normalni ludzie potrafią sobie wyegzekwować szacunek, nikt by się nie ośmielił potraktować ich tak jak ciebie, cieniasie, nikt by im nie zaproponował, żeby pracowali za darmo, frajerko!

Akcja #metoo wywróciła te założenia do góry nogami. Miliony kobiet wściekłych za lata cierpień w ukryciu uznały, że już dłużej nie będą milczeć. Nie, to nie my mamy się wstydzić, lecz gwałciciele i molestatorzy ujawniani bez najmniejszej troski o ich reputację zasłużonych obywateli, ojców rodzin czy dobrze zapowiadających się młodych zdolnych. W ten sposób obalone zostało przeświadczenie, że silni mogą krzywdzić słabszych, bo publiczne ujawnienie ich nadużyć zaszkodzi wyłącznie ujawniającym. Fala opisów kobiecego cierpienia zaszokowała wielu mężczyzn, którzy nie byli świadomi skali problemu. I chociaż oczywiście nie obyło się bez reakcji ze strony kultury gwałtu, coraz mniej wypada twierdzić, że o pewnych rzeczach nie należy mówić publicznie, bo przynosi to wstyd opowiadającej. Coraz częściej z potępieniem spotyka się zamykanie oczu na krzywdę dziejącą się tuż pod naszym nosem i dyskredytowanie świadectw tych, którzy jej doznali.

Społeczne oburzenie na przemoc seksualną było tak duże, ponieważ niewątpliwie jest to jeden z najbardziej niszczących rodzajów przemocy. Przytoczone przeze mnie zdarzenia to znacznie mniejszy kaliber. Czy to znaczy, że nic się nie stało i nie należy takimi bzdurami zawracać ludziom głowy niszcząc spójność i tak już podzielonego środowiska? Poza tym przecież opisane przeze mnie redakcje robią dużo dobrego, z większością publikowanych przez nie tekstów się zgadzam – czy warto dostarczać amunicji znacznie silniejszej prawej stronie pisząc publicznie, że lewica nie przestrzega głoszonych przez siebie zasad? Wszyscy byliśmy socjalizowani, aby bagatelizować niesprawiedliwe traktowanie kobiet i oczekiwać, że będą poświęcać się dla dobra ogółu, mamy więc skłonność do takiego myślenia. Nie chodzi tu jednak tylko o jednostkową krzywdę, ani też o pryncypialne założenie, że należy przestrzegać zasad, które się głosi – chociaż niewątpliwie warto to robić, żeby ich nie kompromitować.

W tym przypadku stawka jest jednak większa, ponieważ opieranie naszych wspólnot na sitwiarskich powiązaniach towarzyskich, w których za ujawnianie nadużyć płaci się wysoką cenę, uniemożliwia budowanie równego i sprawiedliwego świata, o jaki przecież walczymy. Jeśli sprzeciwiamy się dyskryminacji ze względu na płeć, rasę czy orientację seksualną, nie możemy jednocześnie uznawać, że nie ma nic złego w tym, że znajomym płacimy – a pozostałym nie. Dyskryminacja ze względu na (nie)przynależność towarzyską nie jest wcale mniej bolesna niż gorsze traktowanie z powodu któregoś z listy atrybutów stanowiących podstawę systemowych wykluczeń. Niższe stawki są taką samą przemocą ekonomiczną w każdym przypadku.

Równość nie jest tylko kwestią sprawiedliwych przepisów i inkluzywnych instytucji, bo nawet w społeczeństwie, w którym nie byłoby już seksizmu, rasizmu, klasizmu czy homofobii zawsze może się zdarzyć, że ktoś będzie miał przewagę nad inną osobą – i postanowi ją wykorzystać. Dlatego możliwość zgłaszania nadużyć jest konieczna dla kontroli władzy na wszelkich jej poziomach: od instytucjonalnych po relacje personalnych zależności. Bez sygnalistek niemożliwe jest równe społeczeństwo, dlatego ich odwaga sprzeciwienia się silniejszym musi spotykać się z solidarnym wsparciem. Bo jeśli reakcją będą różnego rodzaju sankcje, a w najlepszym razie zdystansowana obojętność, to nigdy nie zbudujemy równego społeczeństwa. Żeby pokonać opisaną przez Wosia Rzeczpospolitą Mobberską, potrzebujemy Rzeczpospolitej Sprzeciwu i Solidarności.

Powiedzmy to wprost: jeśli w naszej społeczności zgłaszanie nadużyć kończy się źle dla zgłaszających, jeśli pewne osoby są nietykalne, bo grupa zniszczy każdą i każdego, kto ośmieli się zrobić rysę na ich idealnym wizerunku – to nie jest to grupa lewicowa. Tak samo też nie można nazwać tak społeczności, do której dołączyć można wyłącznie poprzez „wkręcanie się”, zabieganie o względy i płacenie „frycowego”, gdyż samo podzielanie wartości i celów oraz chęć pracy na rzecz ich realizacji nie wystarczy. Tego typu grupy nigdy nie uciekną od łatki „lewicy kawiorowej”, a ich wykluczający elitaryzm nie tylko uniemożliwia walkę o głoszone przez nie równościowe ideały, ale też napędza zwolenników populistycznej prawicy.

W przypadku redakcji taka postawa prowadzi też dodatkowo do ogłupiania społeczeństwa, ponieważ zamknięty krąg znajomych nie jest w stanie wyjść poza swoją ograniczoną perspektywę, a niezależne myślenie paraliżowane jest przez lęk przed towarzyskim odrzuceniem. Takie media stają się coraz bardziej oderwane od rzeczywistości i coraz słabsze wzbudzając w odbiorcach poczucie, że są karmieni propagandową papką. Brak godnych zaufania źródeł informacji czyni ludzi podatnymi na manipulacje ruchów, których siła przekonywania oparta jest na stawianiu się w kontrze do zakłamanych mediów, czego typowym przykładem są antyszczepionkowcy.

W demokracji każdy ma jeden głos, jednak równość ta jest tylko teoretyczna. Nasze opinie nie mają jednakowej siły przebicia w publicznej debacie, a to właśnie ten rodzaj głosu decyduje o możliwości wpływania na rzeczywistość. Czwarta władza nie jest władzą ogółu – jest ściśle powiązana z władzą ekonomiczną, polityczną oraz środowiskową. Pisanie jest ciężką i czasochłonną pracą i jeśli dana osoba nie ma niezależnych źródeł utrzymania, odmowa płacenia honorariów albo zaniżanie stawek jest bardzo skutecznym sposobem zamknięcia jej ust. Ale nawet jeśli zaciśniemy pasa i z determinacją będziemy pisać kosztem czasu wolnego, to i tak pozostaje jeszcze kwestia dotarcia z napisanymi tekstami do czytelniczek i czytelników. Nie posiadając dostępu do poczytnych mediów można założyć sobie bloga, jednak jego promowanie również zależne jest od zasobów finansowych i towarzyskich. Pomimo negatywnych doświadczeń takich jak opisane wyżej, staram się nie poddawać i jestem niezmiernie wdzięczna wszystkim, którzy mnie do tej pory wspierali dobrym słowem, udostępnieniami, a także pieniężnie. Jeśli uważacie, że teksty, jakie piszę, powinny powstawać i być czytane, będę bardzo zobowiązana za dzielenie się nimi ze znajomymi, a także, jeśli macie takie możliwości, za wsparcie finansowe. Regularnych wpłat można dokonywać przez portal patronite, można też jednorazowo wrzucić coś do kapelusza.

Niewątpliwie jednak potrzebne są zmiany systemowe: zarówno na poziomie regulacji instytucjonalnych, jak i powszechnie akceptowanych norm. Słyszeliśmy setki razy zapewnienia o niezależności tych czy innych mediów, bo bez niej z pewnością nie ma rzetelnej informacji. Umiejętności dziennikarskie czy analityczne nie przydadzą się na nic, jeśli z przyczyn ekonomicznych czy środowiskowych trzeba pisać tekst wbrew najlepszym regułom sztuki. Dlatego żeby nasze media mogły naprawdę stać się sferą merytorycznej dyskusji, na jakiej opiera się demokracja, konieczna jest rewolucja w ich finansowaniu. Jak pisałam, jedną z przyczyn redakcyjnych patologii jest trudna sytuacja ekonomiczna większości mediów. Jednak nawet jeśli kwoty do podziału pomiędzy piszących nie będą już tak żenująco niskie, to pokusa przeznaczania większej części tortu dla swoich nie zniknie sama przez się. Jedynym sposobem ukrócenia dyskryminacji jest stworzenie jasnego i publicznie dostępnego systemu stawek honorariów. Oczywiście dana redakcja ma prawo zadecydować na przykład, że reportaże wyceniane są wyżej niż analizy pisane zza biurka, a najmniej płaci się za recenzje, ale różnica stawki może zależeć wyłącznie od tekstu a nie od tego, kto go napisał. Przejrzystość finansowa powinna być podstawą dla równościowych organizacji, jednak jak na razie o czymś takim można jedynie pomarzyć. Na przykład we wskazówkach dla nowych autorek redakcja Krytyki Politycznej pisze: „Warunki publikacji tekstu przyjętego każdorazowo omawiamy z autorkami / autorami przed publikacją.”

Jednak oprócz zmian na płaszczyźnie ekonomicznej konieczna jest także radykalna przebudowa naszej mentalności tak, aby środowiskowa solidarność i towarzyskie wykluczenia przestały być czymś normalnym i akceptowalnym. Jeśli chcemy budować autentycznie równościowy świat, musimy mieć świadomość, że obrona uciskanych nie polega tylko na walce ze „złymi onymi”, bo często wykluczeń i niesprawiedliwości dokonują też „dobrzy nasi”. I jeśli nie zdobędziemy się na odwagę, żeby zaprotestować przeciwko takim sytuacjom, to jedną ręką niszczymy to, co usiłujemy budować drugą. Nie da się stworzyć sprawiedliwego świata bez solidarności z tymi, które wydobywają na światło dzienne różnego rodzaju nadużycia. I podkreślmy, że to solidarne wsparcie jest obowiązkiem przede wszystkim tych, którzy w obecnym systemie stoją na uprzywilejowanej pozycji i dołączając do sprzeciwu mogą stracić niewiele więcej niż święty spokój. 

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
* Pierwotna wersja tego wpisu zawierała hasztag #zyciebezpenisa. Nina Kuta z TransGrysy​ napisała mi, że takim hasztagiem nie mogłaby posłużyć się transkobieta, aby opowiedzieć o swoim doświadczeniu mobbingu czy dyskryminacji.

Użyłam utożsamienia męskości z penisem, żeby sprowadzić do absurdu myślenie typu "jest mądrzejszy, bo jest mężczyzną", "powinien zarabiać więcej/zostać szefem, bo jest mężczyzną". Takie argumenty wciąż brzmią przekonująco dla wielu ludzi, a inni wprawdzie nie wypowiedzieliby ich wprost, ale posługują się nimi w swoich decyzjach i ocenach. Jeśli zamiast "bo jest mężczyzną" napiszemy "bo ma penisa", widać, jak bardzo jest to głupie.

Ale chociaż takie utożsamienie jest użyteczne retorycznie i było wykorzystywane wcześniej np. w akcji "przyczep sobie ptaszka", to niewykluczanie osób spotykających się z wieloraką dyskryminacją oczywiście jest ważniejsze, a płeć na pewno nie jest ani binarna, ani determinowana przez biologię.

Nowy hasztag ma dodatkowo tę zaletę, że odwołuje się do obecnego w naszej kulturze ujmowania męskości jako pewnego ideału - niemęskie są kobiety i osoby niebinarne, ale także niektórzy mężczyźni, którzy z tego powodu też bywają gorzej traktowani.