czwartek, 19 grudnia 2024

Make męczyznę great again

 

Co pewien czas słyszymy, że feminizm jest już niepotrzebny. Nikt już przecież kobietom niczego nie zabrania, mamy pełną równość, a właściwie to nawet kobiety mają lepiej! 

Spójrzmy na przykład na wybory prezydenckie w USA: już drugi raz w ciągu ponad stu lat od uzyskania przez kobiety prawa głosu jedna z dwóch liczących się partii wystawiła jako swojego kandydata kobietę! Czy to nie przesada? Jak mają się z tym poczuć mężczyźni?!

Tak, problem ten został oczywiście dostrzeżony przez sztab Kamali Harris, dlatego przygotowano specjalny spot reklamowy, w którym na tle obrazów pól i traktorów jakiś twardziel zachęca: „Bądź mężczyzną, głosuj na kobietę!”

Nie na wiele się to jednak zdało. Oliver Hall, który pracując przy kampanii Harris odbył dziesiątki rozmów telefonicznych, pisze, że kwestia płci stale się w nich pojawiała. Wyborcy (w tym także wyborczynie!) twierdzili, że Ameryka nie jest gotowa na prezydentkę, poza tym kobieta po prostu nie byłaby w stanie skutecznie rządzić. Nie, zwyczajnie nie widzą jej w tej roli. Pewna rozmówczyni powiedziała, że nie zagłosuje na Harris, ponieważ jakoś nie widziała, by kobiety budowały wieżowce.

Donald Trump ze swej męskości tłumaczyć się oczywiście nie potrzebował. Przeciwnie: mógł ją do woli podkreślać. Podczas konwencji Republikanów wyszedł na scenę przy dźwiękach piosenki „It’s a Man’s Man’s Man’s World” („To męski, męski, męski świat”), a przywitał go na niej niejaki Dana White, prezes największej na świecie organizacji MMA, znany między innymi z tego, że publicznie spoliczkował swoją żonę. Prezydent elekt, którego o różnego rodzaju napaści seksualne – od gwałtu po wtargnięcie do szatni nastolatek – publicznie oskarżyło co najmniej 26 kobiet, również jest mocnym zawodnikiem w tej sekcji jakże godnych i szlachetnych sztuk walki.

Nie dziwne zatem, że poparło go wielu internetowych twórców narzekających na upadek męskości w dzisiejszych skandalicznie sfeminizowanych czasach. Badacze wskazywali, że seksizm oraz poparcie dla tzw. „tradycyjnych męskich wartości” były czynnikami najsilniej powiązanymi statystycznie z głosowaniem na Trumpa.

Jego zwycięstwo wywołało euforię w manosferze, gdzie furorę zrobiła fraza „twoje ciało, mój wybór” powiązana z nawoływaniem do gwałtów. Co gorsza, hasło to wyszło poza internet: nastoletni chłopcy zaczęli skandować je w twarz koleżankom. Natomiast niejaki Andrew Tate, influencer znany z jadowicie mizoginicznych wypowiedzi, przeciwko któremu toczy się śledztwo w sprawie napaści seksualnych oraz handlu ludźmi, napisał na X: „Widziałem kobietę przechodzącą przez jezdnię, ale nie zdjąłem nogi z gazu. Prawo pierwszeństwa na drodze? Nie macie już żadnych praw.”

Wydaje się zatem, że prawa kobiet faktycznie są już mocno passe. Wiele osób uważa, że wystarczy – trzeba się w końcu zająć prawami mężczyzn! Pomóc im odnaleźć się w świecie, w którym kobieta ma realną szansę zostać prezydentką najpotężniejszego kraju na ziemi. W którym kobiety częściej niż oni mają wyższe wykształcenie i okazuje się, że wielofunkcyjna obsługa żony przestaje im już z automatu przysługiwać. W którym seksualny użytek, jaki zwykli czynić z kobiecych ciał, może czasem nawet zaprowadzić ich do więzienia! Donald Trump z jego dumnie bezkarnym „łapaniem za cipki” był zatem idealnym kandydatem dla tych, którzy marzą, by przywrócić męczyznę do dawnej świetności.

Nie, to nie literówka. Celowo odróżniam męczyznę od mężczyzny. Męczyzna to istota całkowicie zależna od kobiety, która jednak kurczowo trzyma się iluzji własnej absolutnej niezależności. Ową iluzję podtrzymuje męcząc kobiety oraz jednocześnie przyjmując pozę męczeńsko umęczonego, gdy nie wpisują się one idealnie w pisane dla nich scenariusze.

Bo przecież jak się tak przyjrzeć, okazuje się, że cała retoryka męczyzn kręci się wokół kobiet. Choć pilnie słuchają porad internetowych guru, którzy tłumaczą im, że muszą jeść dużo mięsa, żeby mieć wilcze kły i niedźwiedzią muskulaturę, nie ustawiają się wcale w kolejce do walki na gołe klaty z rzeczonymi niedźwiedziami, lecz męczą, by dać im kobietę.

Męczyzna po prostu nie istnieje bez kobiety – dopiero jej posiadanie czyni go w pełni męczyzną. To dlatego incele domagają się, by prawo do własnej kobiety przysługiwało każdemu męczyźnie. Jak pisałam, nie chodzi im jednak bynajmniej o miłość, ani nawet nie o seks, lecz właśnie o posiadanie. Incel po prostu chce być Chadem, czyli wyobrażoną figurą samca alfa, któremu żadna nie odmówi. Chad jak chce, to bierze, a jak jakaś wstrętna zniesławiaczka krzyczy, że nie chciała, to nikt nie ma wątpliwości, że kłamie, bo która mogłaby takiego nie chcieć? Konsekwencje karne może zatem ponieść jedynie ona.

Oczywiście kobieta, którą się tak ot, wedle uznania bierze, nie może być człowiekiem. W komentarzach pod wspomnianym wyżej tekstem pisano mi, że żądanie, by incele traktowali kobiety jak ludzi, jest kompletnie nierealistyczne. Po prostu nie ma takiej opcji! Jak można stawiać im tak nieziemsko wygórowane wymagania?

Nie znaczy to jednak w żadnym wypadku, że zadowoliliby się dmuchaną lalą. Skoro nie stawia oporu, jaka to przyjemność? Nie wykażesz jej, że panem jesteś i twoje potrzeby są wszystkim, a jej niczym. Męczyzną w ten sposób nie zostaniesz! Spoliczkujesz ją, to tylko ręka cię rozboli – żadne męczyństwo nie może w ten sposób się zrealizować.

Prawdziwy męczyzna musi być głową rodziny. To ona jest naturalnym gruntem, na którym bezkarnie – bo z miłością! – może męczyć oraz delektować się własnym męczyństwem. Stadko dzieci jest namacalnym dowodem jego jurności. Plemniki jednak na spodeczku nie zakiełkują, musi więc być w stanie dopilnować, by ta wredna harpia, w której macicę swoje cenne nasionka posiał, nie usuwała ich, lecz przykładnie dbała o ich rozwój, a po narodzinach przez co najmniej kilkanaście lat oporządzała. To właśnie dlatego prawicowcy mogą być skrajnymi indywidualistami w kwestiach gospodarki, lecz pomyślność i dobro rodziny nie schodzą im z ust – w sferze prywatnej dziwnym trafem zmieniają się w radykalnych kolektywistów.

Chociaż Donald Trump lubi fotografować się na tle gromadki własnych dzieci i wnucząt, ten element walki o odnowę męczyństwa był w kampanii przede wszystkim domeną wiceprezydenta elekta. JD Vance grzmiał, że kobiety, które stawiają karierę ponad rodziną czeka czarna rozpacz, zgorzknienie, frustracja i ogólna niedola, a także kpił, że polityczki Demokratów to „bezdzietne kociary”. Jak kobieta, która nie ma dzieci, może być dobrą prezydentką? Oczywiście gdyby miała, zamiast bawić się w politykę, powinna zajmować się nimi, gdy zaś dorosną – wnukami. Taka jest jego zdaniem funkcja „pomenopauzalnej samicy”.

Swój kamyczek dorzucił tutaj również Elon Musk, który zaproponował Taylor Swift, że ją zapłodni, by nie musiała już być taką żałosną kociarą. Jestem przekonana, że serio uważał swoją ofertę za dowód szczerej łaski. Czyż to nie zaszczyt, by móc nosić w sobie, a potem wychowywać nasionko tak potężnego geniusza? Gdyby miała choć odrobinę rozumu, na pewno skorzystałaby z takiej szczodrobliwości!

Męczyzna zna ten świat od podszewki i mówi, jak jest. Widać to wyraźnie w przypadku Donalda Trumpa, którego skąpy zasób wiedzy i ograniczone zdolności wyciągania wniosków nigdy przenigdy nie powstrzymują od wyrażania zdecydowanych opinii na każdy temat.

Nie każdy jednak może być samcem alfa, dlatego męczyzna nie może być w pełni męczyzną bez kobiety, której objaśnia świat, po ojcowsku ją pouczając. Napotkanie bezczelnej zarazy, która wyciąga jakieś własne dyplomy czy argumenty zamiast z pokornym uśmiechem chłonąć jego mądrości, sprawia, że męczyzna po prostu rozpada się na kawałki, a jako pierwszy odpada mu oczywiście penis.

Aby być męczyzną, męczyzna potrzebuje, by świat kobiety kręcił się wokół niego. Jego potrzeby powinny zostać zaspokojone, zanim je wypowie, jego męczyńskie strapienia wysłuchane i zaopiekowane! Męczyzna jest jak nastoletni syn mojej sąsiadki, który najpierw się na nią wydziera i protekcjonalnie poucza („Nic nie rozumiesz, KOBIETO!”), by chwilę potem wołać bezradnie „Mama! Maaama!” Gdy zaś ona w końcu przyjdzie (jak śmiała rozmawiać z kimś przez telefon?), jęczy zdławionym głosem: „Głowa mnie boli…” Paracetamol się przecież sam nie zaaplikuje!

Dlatego nie ma w tym absolutnie nic dziwnego, że gdy męczyźni zaczynają się czuć nieswojo w świecie, w którym kobiety zrzucają odrobinę jarzmo swojej podległości, domagają się od tychże kobiet, by zajęły się ich bólem. Ich poodpadanymi penisami. I one niestety stanowczo za często w poczuciu winy ruszają ratować nieszczęśników!

Nie ma wątpliwości, że żyjemy w czasach intensywnego backlashu, czyli próby odebrania kobietom tego, co wywalczyły sobie w ostatnich latach. Chociaż oczywiście nie była to jedyna przyczyna porażki Kamali Harris, próba cofnięcia zdobyczy feminizmu z pewnością odegrała tu istotną rolę.

Jednak jak starałam się tutaj pokazać, męczyzna jest mocno żenującą istotą. Dlatego zamiast starać się uczynić go „great again”, co może jedynie ową żenującość pogłębić, można by spróbować przekształcić go w mężczyznę.

Mężczyzna zdaje sobie sprawę, że jak wszyscy ludzie nie jest istotą w pełni niezależną. I właśnie dzięki temu nie jest tak żałośnie zależny od kobiety, bo nie musi jej stale męczyć i dominować, by z uporem maniaka trzymać się iluzji własnej niezależności.

Jak każdy człowiek, mężczyzna potrzebuje czasem pomocy i troski, wie jednak, że musi się ona opierać na zasadzie wzajemności. Dlatego umie ją nie tylko brać, ale też dawać i nie oczekuje, by wszystko kręciło się wokół jego potrzeb. Mężczyzna buduje swoje poczucie wartości na własnych osiągnięciach, a nie na dewaluowaniu sukcesów kobiet. Nie musi być zawsze i we wszystkim najmądrzejszy, dlatego inteligentna kobieta nie jest dla niego zagrożeniem. Więcej nawet: potrafi ją wspierać w jej rozwoju! Dlatego mężczyzna ma znacznie większe szanse niż męczyzna, że kobieta będzie chciała budować z nim długoterminową relację.

Mężczyzna rozumie, że seks, miłość czy założenie rodziny to sprawy, do których potrzeba dwojga. Interesują go wyłącznie relacje oparte na obopólnej zgodzie, bo tylko wtedy wie, że jest naprawdę chciany. Gdy jednak okazuje się, że nie jest, potrafi to zaakceptować, nawet jeśli jest mu z tym bardzo smutno.

Dla mężczyzny to oczywiste, że kobieta jest człowiekiem tak samo jak on, co oznacza, że może mieć potrzeby, które wchodzą w konflikt z jego potrzebami. Może podejmować decyzje, które nie będą mu się podobały. Relacja z odrębną osobą bez prób wymuszania i kontroli, wymaga jednak znacznie więcej odwagi, niż wyimaginowane walki z niedźwiedziami. To dlatego męczyźnie tak trudno zostać mężczyzną.


sobota, 6 stycznia 2024

Izraelski Makbet i odpowiedzialność Zachodu

 

Po październikowych atakach Hamasu i następującej po nich operacji militarnej Izraela w strefie Gazy wsparcie jednej lub drugiej ze stron okazało się problematyczne. Masakry i gwałty dokonane przez Hamas znacznie przekroczyły skalę dotychczasowych ataków terrorystycznych. Oburzała również brutalność izraelskiej ofensywy na jednym z najgęściej zaludnionych obszarów na ziemi: bombardowanie szpitali i obozów dla uchodźców, a do tego jeszcze odcięcie wody, elektryczności i łączności telefonicznej. Wiele osób uznało, że skoro nie można jednoznacznie wesprzeć żadnej ze stron, to lepiej po prostu nie zawracać sobie tym głowy. Tłuką się tam na Bliskim Wschodzie od dawna i tłuc będą. Na szczęście daleko i nie nasza sprawa.

Otóż jednak nasza. Bo tak się składa, że to właśnie Zachód odpowiedzialny jest za trwającą od kilkudziesięciu lat przemoc i jedynie Zachód ma możliwość skutecznego wywierania presji, by ją zakończyć. Co zresztą powinien zrobić także w swoim własnym interesie. Ale po kolei.

Na początek trzeba wyraźnie stwierdzić, że państwo Izrael powstało na fundamencie fizycznej przemocy oraz grabieży ziemi. I to Zachód był za to odpowiedzialny. Przede wszystkim, to wielowiekowa dyskryminacja przeplatana pogromami, której kulminacją był Holokaust, sprawiła, że europejscy Żydzi uznali, że niezbędne jest im własne państwo.

Założenie go w Palestynie nie byłoby możliwe bez przyzwolenia Zachodu. Po klęsce Imperium Osmańskiego w pierwszej wojnie światowej potęgi kolonialne, Wielka Brytania i Francja, podzieliły miedzy siebie jego tereny. Palestyna przypadła Brytyjczykom, dlatego to o ich protekcję zabiegali działacze syjonistyczni. Skutecznie: 2 listopada 1917 roku minister spraw zagranicznych Arthur Balfour obiecał Lordowi Rothschildowi wsparcie dla utworzenia w Palestynie „narodowego domu” dla Żydów.

Owszem, jak potem wielokrotnie wskazywano, deklaracja Balfoura celowo nie zawierała słowa „państwo”, była to jednak wystarczająca podstawa dla rozwoju żydowskiego osadnictwa w Palestynie. I nawet jeśli przychylność Brytyjczyków okazała się ambiwalentna i parokrotnie pod naciskiem organizacji arabskich nakładali różne ograniczenia na wielotysięczną imigrację, nie ma najmniejszych wątpliwości, że los Arabów nie obchodził ich ani odrobinę.

Tym, którzy oburzają się na terrorystyczne akty Hamasu, warto przypomnieć, że syjonistyczni bojownicy nie cofali się przed przemocą na znacznie większą skalę. Nakba – tym słowem oznaczającym „katastrofę” Palestyńczycy określają powstanie państwa Izrael – oznaczała nie tylko wysiedlenie lub ucieczkę 700.000 Palestynek i Palestyńczyków, ale też brutalne masakry całych wiosek, w których w sumie zginęło 13 tys. osób.

Ofiarami syjonistycznych organizacji terrorystycznych byli zresztą nie tylko Arabowie. W przeprowadzonym przez Irgun zamachu na hotel King David w Jerozolimie, gdzie mieściła się siedziba brytyjskich władz w Palestynie, zginęło 91 osób, a 45 zostało rannych. Natomiast Lechi zamordowało szwedzkiego mediatora w konflikcie arabsko-izraelskim, Folke Bernadotte, który – o ironio! – był wcześniej również negocjatorem i kierownikiem akcji ratowania skandynawskich więźniów, w tym Żydów, z nazistowskich obozów koncentracyjnych.

Powstanie państwa Izrael oparte było zatem na nagiej przemocy i na czysto kolonialnej logice, zgodnie z którą pewne ludy kompletnie się nie liczą, dlatego ich ziemia jest niczyja i można ją sobie po prostu wziąć. Nawet więcej: należy! W ten sposób bowiem niesie się „dzikusom” kaganek oświaty. Tego rodzaju założenia są wciąż obecne w dyskursie przedstawiającym Izrael jako „jedyną demokrację na Bliskim Wschodzie”. Chociaż fundamentaliści judaistyczni są takimi samymi mizoginami, jak islamistyczni, a sam islam jest zjawiskiem niezwykle różnorodnym (owszem, istnieją również islamskie feministki), to Izrael kojarzony jest z europejską postępowością, a islam w całości zrównywany z fanatykami. Wprawdzie w Europie Żydzi byli obywatelami drugiej kategorii, w Izraelu jednak postrzegani są jako pionierscy krzewiciele „naszych” wartości na jakże niegościnnym arabskim gruncie.

Czy możemy sobie wyobrazić, że Żydzi uznaliby, że zakładają własne państwo na terenie Polski? W końcu mieszkają tu od kilku stuleci, więc czemu nie mieliby mieć prawa do tych ziem co najmniej takiego samego, jeśli nie większego, jak do Palestyny? Czy możemy sobie wyobrazić, że gdy Polacy protestują, ONZ-owski komitet do spraw konfliktu polsko-izraelskiego uznaje, że należy przyznać 53% naszego terytorium Izraelowi? A gdy nie zgadzamy się na to i stwierdzamy, że ów komitet nie ma w ogóle prawa wydawać takich decyzji, Izraelczycy biorą sprawy we własne ręce i wyniku następującej wojny przypada im już 78% Polski? Przy czym nowe – jakże dzielne i wojownicze! – państwo zostaje uznane na arenie międzynarodowej, a nam się mówi, żebyśmy nie byli takimi antysemitami i jakoś się jednak dogadali? Izraelczycy po prostu potrzebują własnego państwa, a my przecież zawsze możemy przenieść się na Słowację! No naprawdę, w czym problem?

Brzmi jak niewyobrażalny koszmar? Owszem, a nie doszłam przecież jeszcze w tym porównaniu do Wojny Sześciodniowej i następującej po niej okupacji całości ziem Palestyny. Okupacji wprawdzie potępianej przez społeczność międzynarodową, lecz na tyle mało energicznie, by mogła sobie bez przeszkód trwać latami. Tak, to właśnie spotkało Palestyńczyków. I to pokazuje, jak wielka jest różnica w pozycji Europejczyków oraz Arabów we współczesnym świecie.

Założycielom Izraela wydawało się, że owszem, może na początku będą musieli przelać nieco krwi, lecz jak już wywalczą własne państwo, będą sobie żyć długo i szczęśliwie. Nic z tych rzeczy. Jak pisałam, kolonizacja podobna jest do zbrodni Makbeta, który uległ złudzeniu, że od korony dzieli go wyłącznie jedno „morderstwo doskonałe”. Jednak zamiast spokojnej konsumpcji fruktów płynących z władzy czekał go potem ciągły strach, że zbrodnia wyjdzie na jaw i zostanie ukarana. Strach wzmagany jedynie przez kolejne morderstwa mające uciszyć ewentualnych świadków i tych, którzy mogliby coś podejrzewać. Morze krwi, które koniec końców pochłania zbrodniarza.

Podobnie też kolonizatorzy muszą stale żyć z lękiem, że ci, których ziemię sobie przywłaszczyli, będą chcieli ją jednak odzyskać. Nawet jeśli wybije się ich prawie całkowicie, tak jak zrobili to Europejczycy w Ameryce Północnej, oczy kolonizowanych przypominają, że ziemia ta nie była zawsze nasza, komuś ją odebraliśmy. To dlatego w Kanadzie wprowadzono zbrodniczy program „edukacji” dzieci z rdzennych społeczności, która polegała na przymusowym odbieraniu ich rodzicom i umieszczaniu w placówkach, gdzie były głodzone, bite i wykorzystywane seksualnie. Tak, jeśli chce się zniszczyć daną społeczność, najlepiej uderzyć właśnie w dzieci będące jej przyszłością. Myślę, że to nie przypadek, że Izrael z taką zaciekłością bombarduje Gazę, w której połowę populacji stanowią dzieci.

Szekspirowskiego Makbeta oprócz lęku trawiły także potężne wyrzuty sumienia. W Izraelu są one tłumione przez narrację ofiary oraz osaczenia przez antysemicki, fundamentalistyczny islam. Trzeba jednak naprawdę solidnego zaślepienia, by serio twierdzić, że Holokaust dokonany przez Europejczyków usprawiedliwiał grabież ziemi, masakry i wypędzenia Arabów. Uzasadnienia dla przemocy rzadko jednak przejmują się logiką czy faktami. Jak wiadomo, domowi kaci czują się nękani przez przesoloną zupę, a księża są uwodzeni przez dzieci.

Obrońcy zbrodni wojennych Izraela piszą, że odpowiedzialny jest za nie Hamas, który używa cywilów jako żywych tarcz. W rzeczywistości jednak to Izrael używa Hamasu jako tarczy-wymówki dla własnych zbrodni. Dla „przycinania trawnika”, jak w izraelskim żargonie wojskowym określa się cykliczne operacje wojskowe w Gazie. Oczywiście w żaden sposób nie osłabiają one Hamasu, lecz jedynie wytwarzają kolejne straumatyzowane jednostki, które na przemoc odpowiadać będą przemocą. Nie, nie taką samą jak Izrael. Mniejszą, ponieważ nie mają dostępu do najnowocześniejszego amerykańskiego uzbrojenia.

Gdyby Hamasu nie było, należałoby go wymyślić – albo raczej stworzyć – gdyż to właśnie on umożliwia obecnie okupantowi odgrywanie roli ofiary i podtrzymywanie narracji oblężonej twierdzy. I faktycznie: jak wykazuje The Intercept, Izrael wspierał palestyńskich islamistów, by podzielić Palestyńczyków i osłabić pozycję sekularnego Arafata. Stara amerykańska metoda stosowana na przykład w Afganistanie. Pamiętacie ogólnoświatowe zdziwienie, że izraelski wywiad nie miał żadnych informacji o październikowych atakach? Tak, też uważam, że to dziwne.

Ustawienie w roli wroga dokonujących bestialskich aktów terroru islamistów wspiera zachodnią narrację przedstawiającą Izrael jako posiadające pełną legitymację demokratyczne państwo, które niestety ma tego pecha, że otoczone jest przez wrogich sąsiadów, którzy nie wiadomo z jakich przyczyn – prawdopodobnie z powodu jakiegoś genetycznego antysemityzmu? – chcą owo państwo zniszczyć. W tej dogłębnie kolonialnej narracji idea, że Arabowie mogliby zwyczajnie domagać się zwrotu swojej ziemi, nikomu nawet nie przychodzi do głowy. Jak to swojej? Przecież była pusta i niczyja!

Palestyńczycy nie przestaną dążyć do tego, by odzyskać swoje domy i swój kraj. Nikogo nie powinno to dziwić, a już na pewno nie w Polsce, która wywalczyła sobie niepodległość po 123 latach nieistnienia. Żeby poczuć się bezpiecznie, izraelski Makbet musiałby wybić ich wszystkich. Minister dziedzictwa Izraela Amihaj Elijahu stwierdził w wywiadzie, że użycie broni nuklearnej w Strefie Gazy jest sensowną opcją. Wprawdzie został za to zawieszony (nie zdymisjonowany!) przez premiera Netanjahu, który oświadczył, że armia Izraela działa zgodnie z międzynarodowymi konwencjami, był to jednak oczywisty gest propagandowy. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że wielu Izraelczyków myśli tak jak Elijahu: na prawicowych demonstracjach regularnie pojawiają się transparenty postulujące zabicie wszystkich Arabów.

Ale nawet gdyby Izrael wybił do nogi cały Hamas, w tym oczywiście wszystkich potencjalnych Hamasowców, jakimi są palestyńskie dzieci, oraz zapobiegawczo resztę Palestyńczyków, zostaje jeszcze palestyńska diaspora, która nie żyje wyłącznie w krajach arabskich. Zrzucanie bomby atomowej na Londyn czy Sztokholm mogłoby być nieco problematyczne, lecz nawet gdyby Mosadowi udało się to jakoś bardziej „chirurgicznie” załatwić, trzeba by się potem wziąć za tych, którzy te zbrodnie nagłaśniali i dokumentowali. Przemoc Makbeta stale wytwarza nowe zagrożenia, przed którymi trzeba się bronić. Czy da się zatrzymać to perpetuum mobile?

Jedyne, co może zrobić Makbet, żeby wyrwać się z pętli przemocy, to przestać uciekać przed krzywdą, jaką wyrządził. W przypadku Izraela mamy jednak do czynienia z istotną modyfikacją tej historii, ponieważ sam fakt krzywdy został wymazany przez heroiczną narrację zdobywania własnego państwa. To trochę tak jakby Makbet był święcie przekonany, że koronę bohatersko wydarł złemu smokowi, tylko źli ludzie twierdzą, że zabił prawowitego króla i czyhają na jego życie oraz legalnie zdobytą władzę. Tak, w „jedynej bliskowschodniej demokracji” istnieje prawo, które stanowi, że każda organizacja wspominająca choćby słowem o Nakbie traci państwowe fundusze.

W wymazywaniu palestyńskiej krzywdy Izrael dzielnie wspierają państwa Zachodu, dla których opisana wyżej narracja kolonialna wciąż jest przezroczysta jak powietrze. Z drugiej strony patrząc spoza oblężonej twierdzy trudno nie dostrzegać barbarzyństwa izraelskiej armii oraz codziennych szykan i upokorzeń serwowanych Palestynkom i Palestyńczykom w izraelskim apartheidzie. Efektem jest polityczna impotencja Zachodu, który kompletnie nie wie, co zrobić z problemem i najchętniej by o nim zapomniał. Dziennik „Suedwest Presse” z niemieckiego Ulm komentując politykę zagraniczną Niemiec w kwestii Bliskiego Wschodu napisał, że w morzu niewiadomych jest tam tylko jeden niekwestionowany punkt: „odpowiedzialność za prawo Izraela do istnienia”. Podobnie też Jürgen Habermas, jeden z czołowych niemieckich filozofów, stwierdza, że zobowiązanie, by bronić prawa Izraela do istnienia jest fundamentem niemieckiej polityki w świetle nazistowskich zbrodni.

Co jednak zrobić z historycznymi faktami pokazującymi jednoznacznie, że państwo to zostało zbudowane na fundamencie kolonialnej przemocy? Czy można jednocześnie twierdzić, że Izrael ma prawo do istnienia i nie zamykać oczu na tę brutalną prawdę, że nie miał prawa powstać?

Wbrew pozorom, tak. Tutaj bowiem po raz kolejny pojawia się rozbieżność w analogii z szekspirowskim Makbetem. Gdyby bohater dramatu zdecydował się przerwać lawinę przemocy, którą uruchomiło jego morderstwo, z całą pewnością musiałby oddać koronę, ponieść karę i w miarę możliwości zadośćuczynić skrzywdzonym przez siebie osobom. Izrael nie jest jednak jednostką, lecz państwem, dlatego sprawa odpowiedzialności bardzo się tu komplikuje. Większość ludzi żyjących w nim obecnie nie miała przecież nic wspólnego z jego powstaniem. Owszem, mieszkając tam wszyscy, choćby w niewielkim stopniu, biorą udział w podtrzymywaniu izraelskiego systemu apartheidu. Służba wojskowa jest obowiązkowa także dla kobiet, wyłączeni są z niej jedynie ortodoksi. Ale nawet ci, którzy aktywnie sprzeciwiają się polityce swojego państwa i ponoszą za to wymierne konsekwencje, maja w nim zupełnie inną pozycję niż prawie całkowicie pozbawieni praw Palestyńczycy.

Nie zmienia to jednak faktu, że gdyby teraz, po kilkudziesięciu latach istnienia, Izrael miał przestać istnieć, oznaczałoby to zastosowanie całkowicie niemoralnej zasady odpowiedzialności zbiorowej do ludzi, których wkład w powstanie tego państwa często był żaden, a udział w stosowanej przez nie stale przemocy jest bardzo zróżnicowany. Anihilacja Izraela byłaby odwróceniem Nakby i oznaczałaby ogromną krzywdę milionów ludzi. A chociaż Stary Testament nakazuje, by odpłacać oko za oko i ząb za ząb, odwet pozostaje jedynie replikacją przemocy i w żaden sposób nie pozwala zatrzymać jej niszczącego koła. Co w takim razie pozostaje?

Aby proces pokojowy na Bliskim Wschodzie miał jakiekolwiek szanse powodzenia, musi wyjść od stwierdzenia tego bezspornego faktu, że powstanie Izraela było aktem kolonialnej przemocy. Tak, paradoksalnie nie da się obstawać przy prawie Izraela do istnienia bez wyraźnego podkreślenia, że powstał bezprawnie. Izraelczycy muszą w końcu zmierzyć się z tą niewygodną prawdą. Muszą powiedzieć Palestyńczykom coś w tym stylu: uciekaliśmy przed brutalnymi prześladowaniami, tu była nasza ziemia wiele setek lat temu, więc uznaliśmy, że na niej zbudujemy nasze państwo. Ulegliśmy zachodniej kolonialnej narracji, zgodnie z którą wasza obecność na niej kompletnie się nie liczyła. Ulegliśmy złudzeniu, że wystarczy siła oręża. Że państwo trzeba sobie po prostu wywalczyć, a później już można w nim żyć bezpiecznie. Szukaliśmy domu i zamknęliśmy oczy na fakt, że w ten sposób odbieramy go wam. A potem lawina przemocy ruszyła.

Jeśli w tym momencie myślicie, że odleciałam gdzieś daleko od rzeczywistości, bo coś takiego z całą pewnością nie może się zdarzyć, to przypominam, że na przykład w Republice Południowej Afryki potomkowie białych kolonizatorów pokojowo przekazali władzę czarnej większości. Że w Rwandzie pomimo niewyobrażalnych potworności ludobójstwa dokonanego maczetami, Tutsi i Hutu żyją znów obok siebie. Że przesiąknięte nazizmem Niemcy mogły po zbrodniach drugiej wojny światowej założyć wraz z odwiecznymi wrogami wspólnotę, która dała początek Unii Europejskiej.

Dotychczasowe negocjacje pokojowe prowadzone były na zasadzie asymetrii wypływającej z fundamentalnej nierównowagi sił między Palestyną a Izraelem, wspieranym militarnie, gospodarczo i politycznie przez Zachód. To Izrael dyktował ich warunki i to jego bezpieczeństwo było tam priorytetem. Jak jednak argumentowałam wyżej, Makbet nigdy nie poczuje się w pełni bezpiecznie. I dokładnie z tego powodu wcześniejsze negocjacje nie miały szans powodzenia. Na przykład, jak wykazywał izraelski dziennikarz, Gideon Levy, żądanie, by Palestyna była zdemilitaryzowana, pozbawia jej obywateli elementarnego prawa do samoobrony. Chociaż wizja Izraela jako całkowicie nieagresywnego państwa, które skrupulatnie przestrzega prawa międzynarodowego, może budzić co najwyżej gorzki śmiech, zakłada się, że Palestyńczycy nie maja zupełnie powodów obawiać się jego działań i powinni bez sprzeciwu zdać się na jego łaskę i niełaskę.

Asymetria oparta na potędze militarnej musi zatem zostać zastąpiona asymetrią wypływającą z historycznych faktów i ich moralnej oceny: to Izrael jest w tej historii agresorem i okupantem, państwem powstałym na grabieży ziemi i podtrzymującym nieludzki system apartheidu. To Izrael musi zatem prosić o wybaczenie. Nie, terrorystyczne ataki Hamasu, jakkolwiek barbarzyńskie, nie zmieniają tej fundamentalnej asymetrii.

Różnego rodzaju organizacje dążące do dialogu między Izraelczykami i Palestyńczykami działają od dawna. Jednak, jak mówi aktywista Sami Awad, także tam obecna była symboliczna dominacja Izraela: „nasz ruch pokojowy, jego kształt był konsekwencją porozumień w Oslo. Teraz uświadomiliśmy sobie, że działaliśmy w jakimś krzywym partnerstwie, że nasze, palestyńskie głosy musiały być akceptowane, autoryzowane przez Izraelczyków. Nie byliśmy partnerskimi stronami, nie mieliśmy takiego samego głosu, takiego samego wpływu na decyzję. Nie mówiąc o tym, że może nasze zdanie powinno w sprawie palestyńskiej ważyć więcej. Umiesz sobie wyobrazić, że do Martina Luthera Kinga przychodzą biali i mówią mu: tak w porządku, ale nam się nie podoba wasze podejście w tej sprawie?”

Dla Izraelczyków biorących udział w tego rodzaju działaniach są one jedynie pewnego rodzaju hobby, które daje poczucie, że szlachetnie służy się dobrej sprawie. W każdej chwili jednak mogą się z tego wypisać i zająć czymś innym. Dla Palestyńczyków jest to natomiast kwestia codziennej przemocy: „My na Zachodnim Brzegu słyszymy, wiemy o mordowanych ludziach w każdym tygodniu. Te informacje nie zakłócają dobrostanu mentalnego Izraelczyków. Oni tylko są uspokajani propagandą izraelską, że armia zabiła kolejnego terrorystę. A my wiemy, że to był chłopak z sąsiedztwa, który rzucił kamieniem. Więc Izraelczyk wraca spokojnie do swoich zajęć, a my idziemy na kolejny pogrzeb.”

Jednak nawet mówiąc o systematycznie powtarzających się morderstwach Awad podkreśla, że to wyłącznie „z naszej perspektywy.” Przytakuje również, gdy prowadząca wywiad przypomina mu, że „chodzi o uczucia, obawy, o lęki ludzi, którym w ich zbiorowym doświadczeniu przeszłości zapisano zagładę narodu.” Czytając tę rozmowę miałam nieodparte poczucie jakbym słuchała bitej i gwałconej kobiety, która dogłębnie zinternalizowała wbijany jej do głowy nakaz wczuwania się w potrzeby swojego kata. Do której dopiero powoli zaczyna docierać, że nie jest stroną wzajemnego „konfliktu”, lecz ofiarą przemocy.

Nie wiem, czy na terenie okupowanym przez Izrael powinno powstać jedno żydowsko-palestyńskie państwo, czy raczej dwa oddzielne państwa. Nie wiem, czy i na ile da się osądzić wszystkich odpowiedzialnych za zbrodnie wojenne, za nielegalne odbieranie Palestyńczykom ziemi, wyburzenia domów, przetrzymywanie (także dzieci!) latami w areszcie bez postawienia zarzutów, za codzienną fizyczną przemoc izraelskiej armii, policji i osadników. Nie wiem, na ile możliwe jest uznanie palestyńskiego prawa do powrotu do zagrabionych domów i ziemi. Być może konieczne byłyby tu jakieś „grube kreski”. Jednak symboliczne uznanie kolonialnej przemocy leżącej u początków Izraela jest niewątpliwie podstawą jakichkolwiek negocjacji, które miałyby mieć szanse powodzenia.

Czy to możliwe, by Izrael zgodził się uznać własny grzech pierworodny? Sam z siebie raczej nie. Jednak jego zależność od wsparcia Zachodu, zwłaszcza Stanów Zjednoczonych, sprawia, że gdyby zaistniała wola polityczna, znalazłyby się też z pewnością środki, by przekonać Izrael, że leży to w jego interesie. By wesprzeć tych Izraelczyków, którzy już teraz starają się szukać pokojowych rozwiązań. Dlatego to na nas – na kolektywnie rozumianym Zachodzie – spoczywa odpowiedzialność za zakończenie tej wieloletniej przemocy. Ostrzał Gazy wciąż trwa i pochłonął już ponad 20 tysięcy istnień ludzkich, w tym, jak się szacuje, około 8 tysięcy dzieci.

W latach 2018-19 co piątek miały miejsce pokojowe demonstracje pod murem ogradzającym Strefę Gazy. Izraelskie siły zabiły wtedy 214 osoby, w tym 46 dzieci, ale znacznie większa była liczba rannych: przekroczyła 36 tysięcy. Społeczność międzynarodowa niespecjalnie przejęła się tym, że żołnierze „jedynej bliskowschodniej demokracji” strzelają do nieuzbrojonych demonstrantów celując głównie w kończyny. Rezultatem była ogromna liczba amputacji. Prawdopodobnie to tamta obojętność sprawiła, że Hamas uznał, że nie da się wstrząsnąć światem, jeśli nie zginą setki tych, których śmierć się w tym świecie liczy. Jak mówi Abu Marzouk, jeden z liderów tej organizacji, wśród głównych celów październikowych ataków było właśnie sprawienie, by świat w końcu zajął się sprawą Palestyny. Bo obecna sytuacja jest zwyczajnie nie do zniesienia.

Jeśli nic z tym nie zrobimy, będziemy współodpowiedzialni za osuwanie się izraelskiego Makbeta coraz głębiej w otchłań moralnego zdziczenia, o którym pisał niedawno Michael Sfard, izraelski prawnik broniący praw Palestyńczyków, a prywatnie wnuk Zygmunta Baumana. Nie wiem, czy to, co się obecnie dzieje w Gazie, już wyczerpuje znamiona ludobójstwa. Ale nawet jeśli jeszcze nie, to trzeba przyznać, że Izraelowi niewiele brakuje, by upodobnić się do tych, przed którymi uciekali jego założyciele.

Przemoc nakierowana jest oczywiście także na „wroga wewnętrznego”, czyli wszystkich Izraelczyków mających odwagę sprzeciwiać się polityce swojego państwa. Prawicowe bojówki regularnie atakują demonstracje antywojenne, a policji dziwnym trafem nie udaje się złapać sprawców, nawet gdy mają nagrania z dobrze widocznymi twarzami. Z tłumu, który w październiku wtargnął do szpitala Sheba opluwając personel oraz krzycząc „śmierć Arabom”, udało się aresztować jedynie trzy osoby. Atak spowodowany był pogłoską, że w szpitalu udziela się pomocy także Palestyńczykom. Gdy dziennikarz Israel Frey zamieścił w sieci film, na którym odmawia kadysz za wszystkie ofiary wojny, w tym dzieci i kobiety z Gazy, został prawie zlinczowany przez agresywną tłuszczę. Policja nie była w stanie zapewnić mu bezpieczeństwa we własnym domu i zaoferowała jedynie eskortę do samochodu, którym dalej już musiał sam uciekać przed napastnikami.

Wiele osób w Izraelu dostrzega, że ich kraj coraz bardziej osuwa się w przepaść barbarzyństwa. Co ciekawe, wśród aktywistów działających na rzecz pokoju jest też wielu byłych żołnierzy, którzy na własnej skórze doświadczyli potworności wojny i wiedzą, jak bardzo niemoralne rozkazy kazano im wykonywać. Temat regularnie podejmują też artyści, czy to w literaturze (Etgar Keret), czy w filmie (nagradzany „Walc z Baszirem”). Oczywiście łatwiej jest krzyczeć „śmierć Arabom” i ustawiać się w pozycji ofiary. Dużo trudniejsze jest zmierzenie się z faktem, że Izrael powstał na fundamencie bezprawnej, kolonialnej przemocy. Trzeba to jednak zrobić po prostu dlatego, że taka jest rzeczywistość. Uciekanie od niej możliwe jest jedynie kosztem coraz większych ludzkich krzywd, które koniec końców utopią izraelskiego Makbeta w morzu krwi.

Obecnie większość dawnych kolonii uzyskała już niepodległość: żyjemy w świecie, w którym teoretycznie rządzi prawo narodów do samostanowienia, chociaż w rzeczywistości jest ono mocno ograniczone przez pozostałości kolonialnej dominacji w sferze ekonomicznej i militarnej. Izrael jest chyba ostatnim przypadkiem kraju, który silni tego świata postanowili zbudować na „niczyjej” ziemi. Kraju, który notorycznie łamie prawo międzynarodowe – i uchodzi mu to na sucho dzięki wsparciu Zachodu, dla którego prawo Izraela do istnienia jest kamieniem węgielnym porządku światowego, a prawa Palestynek i Palestyńczyków są gdzieś na szarym końcu listy priorytetów. Dlatego nie powinno nikogo dziwić, że istnienie Izraela uznawane jest wśród słabych tego świata za wołający o pomstę do nieba gwałt. Za najjaskrawszy symbol zachodniej dominacji i postkolonialnego odbierania praw tym, którzy wciąż w międzynarodowych hierarchiach mają pozycję gorszych. Nieistotnych.

Jesteśmy w obozie silnych, wydaje się więc, że nie musimy się tym przejmować. Historia uczy jednak, że imperia wcześniej czy później upadają i to samo może spotkać również Amerykę oraz resztę Zachodu. Słabi tego świata mogą stanąć po stronie Rosji lub Chin nie dlatego, że tak bardzo nienawidzą demokratycznych wartości, lecz dlatego, że Zachód stosuje je wybiórczo, w sposób utrwalający jego dominację. Przyznanie, że Izrael powstał bezprawnie i wyegzekwowanie realnego procesu pokojowego, pokazałoby, że głoszone przez nas szumne zasady samostanowienia i wolności dotyczą też Palestynek i Palestyńczyków. Byłby to pierwszy krok w stronę osłabienia światowej polaryzacji. Jeśli tego nie zrobimy, „wyklęte ludy ziemi” zemszczą się przy pierwszej okazji i, jak pokazują działania Hamasu, prawdopodobnie nie będą przebierać w środkach.

Profesor Barbara Skarga, filozofka, która spędziła 11 lat w sowieckich więzieniach i łagrach, powtarzała, że cierpienie nie uszlachetnia. Izrael jest tego niezwykle dobitnym przykładem.