Po październikowych
atakach Hamasu i następującej po nich operacji militarnej Izraela w strefie
Gazy wsparcie jednej lub drugiej ze stron okazało się problematyczne. Masakry i
gwałty dokonane przez Hamas znacznie przekroczyły skalę dotychczasowych ataków
terrorystycznych. Oburzała również brutalność izraelskiej ofensywy na jednym z
najgęściej zaludnionych obszarów na ziemi: bombardowanie szpitali i obozów dla
uchodźców, a do tego jeszcze odcięcie wody, elektryczności i łączności
telefonicznej. Wiele osób uznało, że skoro nie można jednoznacznie wesprzeć
żadnej ze stron, to lepiej po prostu nie zawracać sobie tym głowy. Tłuką się
tam na Bliskim Wschodzie od dawna i tłuc będą. Na szczęście daleko i nie nasza
sprawa.
Otóż jednak nasza. Bo
tak się składa, że to właśnie Zachód odpowiedzialny jest za trwającą od
kilkudziesięciu lat przemoc i jedynie Zachód ma możliwość skutecznego
wywierania presji, by ją zakończyć. Co zresztą powinien zrobić także w swoim
własnym interesie. Ale po kolei.
Na początek trzeba
wyraźnie stwierdzić, że państwo Izrael powstało na fundamencie fizycznej przemocy
oraz grabieży ziemi. I to Zachód był za to odpowiedzialny. Przede wszystkim, to
wielowiekowa dyskryminacja przeplatana pogromami, której kulminacją był
Holokaust, sprawiła, że europejscy Żydzi uznali, że niezbędne jest im własne
państwo.
Założenie go w
Palestynie nie byłoby możliwe bez przyzwolenia Zachodu. Po klęsce Imperium
Osmańskiego w pierwszej wojnie światowej potęgi kolonialne, Wielka Brytania i
Francja, podzieliły miedzy siebie jego tereny. Palestyna przypadła
Brytyjczykom, dlatego to o ich protekcję zabiegali działacze syjonistyczni.
Skutecznie: 2 listopada 1917 roku minister spraw zagranicznych Arthur Balfour obiecał
Lordowi Rothschildowi wsparcie dla utworzenia w Palestynie „narodowego domu”
dla Żydów.
Owszem, jak potem
wielokrotnie wskazywano, deklaracja Balfoura celowo nie zawierała słowa
„państwo”, była to jednak wystarczająca podstawa dla rozwoju żydowskiego
osadnictwa w Palestynie. I nawet jeśli przychylność Brytyjczyków okazała się
ambiwalentna i parokrotnie pod naciskiem organizacji arabskich nakładali różne
ograniczenia na wielotysięczną imigrację, nie ma najmniejszych wątpliwości, że los
Arabów nie obchodził ich ani odrobinę.
Tym, którzy oburzają
się na terrorystyczne akty Hamasu, warto przypomnieć, że syjonistyczni
bojownicy nie cofali się przed przemocą na znacznie większą skalę. Nakba
– tym słowem oznaczającym „katastrofę” Palestyńczycy określają powstanie
państwa Izrael – oznaczała nie tylko wysiedlenie lub ucieczkę 700.000
Palestynek i Palestyńczyków, ale też brutalne masakry całych wiosek, w których
w sumie zginęło 13 tys. osób.
Ofiarami
syjonistycznych organizacji terrorystycznych byli zresztą nie tylko Arabowie. W
przeprowadzonym przez Irgun zamachu na hotel King David w Jerozolimie, gdzie
mieściła się siedziba brytyjskich władz w Palestynie, zginęło 91 osób, a 45
zostało rannych. Natomiast Lechi zamordowało szwedzkiego mediatora w konflikcie
arabsko-izraelskim, Folke Bernadotte, który – o ironio! – był wcześniej również
negocjatorem i kierownikiem akcji ratowania skandynawskich więźniów, w tym
Żydów, z nazistowskich obozów koncentracyjnych.
Powstanie państwa
Izrael oparte było zatem na nagiej przemocy i na czysto kolonialnej logice,
zgodnie z którą pewne ludy kompletnie się nie liczą, dlatego ich ziemia jest
niczyja i można ją sobie po prostu wziąć. Nawet więcej: należy! W ten sposób
bowiem niesie się „dzikusom” kaganek oświaty. Tego rodzaju założenia są wciąż obecne
w dyskursie przedstawiającym Izrael jako „jedyną demokrację na Bliskim
Wschodzie”. Chociaż fundamentaliści judaistyczni są takimi samymi mizoginami, jak
islamistyczni, a sam islam jest zjawiskiem niezwykle różnorodnym (owszem,
istnieją również islamskie feministki), to Izrael kojarzony jest z europejską
postępowością, a islam w całości zrównywany z fanatykami. Wprawdzie w Europie
Żydzi byli obywatelami drugiej kategorii, w Izraelu jednak postrzegani są jako
pionierscy krzewiciele „naszych” wartości na jakże niegościnnym arabskim
gruncie.
Czy możemy sobie
wyobrazić, że Żydzi uznaliby, że zakładają własne państwo na terenie Polski? W
końcu mieszkają tu od kilku stuleci, więc czemu nie mieliby mieć prawa do tych
ziem co najmniej takiego samego, jeśli nie większego, jak do Palestyny? Czy
możemy sobie wyobrazić, że gdy Polacy protestują, ONZ-owski komitet do spraw
konfliktu polsko-izraelskiego uznaje, że należy przyznać 53% naszego terytorium
Izraelowi? A gdy nie zgadzamy się na to i stwierdzamy, że ów komitet nie ma w
ogóle prawa wydawać takich decyzji, Izraelczycy biorą sprawy we własne ręce i
wyniku następującej wojny przypada im już 78% Polski? Przy czym nowe – jakże
dzielne i wojownicze! – państwo zostaje uznane na arenie międzynarodowej, a nam
się mówi, żebyśmy nie byli takimi antysemitami i jakoś się jednak dogadali? Izraelczycy
po prostu potrzebują własnego państwa, a my przecież zawsze możemy przenieść się
na Słowację! No naprawdę, w czym problem?
Brzmi jak
niewyobrażalny koszmar? Owszem, a nie doszłam przecież jeszcze w tym porównaniu
do Wojny Sześciodniowej i następującej po niej okupacji całości ziem Palestyny.
Okupacji wprawdzie potępianej przez społeczność międzynarodową, lecz na tyle
mało energicznie, by mogła sobie bez przeszkód trwać latami. Tak, to właśnie
spotkało Palestyńczyków. I to pokazuje, jak wielka jest różnica w pozycji Europejczyków
oraz Arabów we współczesnym świecie.
Założycielom Izraela
wydawało się, że owszem, może na początku będą musieli przelać nieco krwi, lecz
jak już wywalczą własne państwo, będą sobie żyć długo i szczęśliwie. Nic z tych
rzeczy. Jak pisałam,
kolonizacja podobna jest do zbrodni Makbeta, który uległ złudzeniu, że od
korony dzieli go wyłącznie jedno „morderstwo doskonałe”. Jednak zamiast
spokojnej konsumpcji fruktów płynących z władzy czekał go potem ciągły strach,
że zbrodnia wyjdzie na jaw i zostanie ukarana. Strach wzmagany jedynie przez
kolejne morderstwa mające uciszyć ewentualnych świadków i tych, którzy mogliby
coś podejrzewać. Morze krwi, które koniec końców pochłania zbrodniarza.
Podobnie też
kolonizatorzy muszą stale żyć z lękiem, że ci, których ziemię sobie przywłaszczyli, będą
chcieli ją jednak odzyskać. Nawet jeśli wybije się ich prawie całkowicie, tak jak
zrobili to Europejczycy w Ameryce Północnej, oczy kolonizowanych przypominają,
że ziemia ta nie była zawsze nasza, komuś ją odebraliśmy. To dlatego w Kanadzie
wprowadzono zbrodniczy program „edukacji” dzieci z rdzennych społeczności,
która polegała na przymusowym odbieraniu ich rodzicom i umieszczaniu w
placówkach, gdzie były głodzone, bite i wykorzystywane seksualnie.
Tak, jeśli chce się zniszczyć daną społeczność, najlepiej uderzyć właśnie w
dzieci będące jej przyszłością. Myślę, że to nie przypadek, że Izrael z taką
zaciekłością bombarduje Gazę, w której połowę populacji stanowią dzieci.
Szekspirowskiego
Makbeta oprócz lęku trawiły także potężne wyrzuty sumienia. W Izraelu są one tłumione
przez narrację ofiary oraz osaczenia przez antysemicki, fundamentalistyczny
islam. Trzeba jednak naprawdę solidnego zaślepienia, by serio twierdzić, że
Holokaust dokonany przez Europejczyków usprawiedliwiał grabież ziemi, masakry i
wypędzenia Arabów. Uzasadnienia dla przemocy rzadko jednak przejmują się logiką
czy faktami. Jak wiadomo, domowi kaci czują się nękani przez przesoloną zupę, a
księża są uwodzeni przez dzieci.
Obrońcy zbrodni
wojennych Izraela piszą, że odpowiedzialny jest za nie Hamas, który używa
cywilów jako żywych tarcz. W rzeczywistości jednak to Izrael używa Hamasu jako
tarczy-wymówki dla własnych zbrodni. Dla „przycinania trawnika”, jak w
izraelskim żargonie wojskowym określa się cykliczne operacje wojskowe w Gazie.
Oczywiście w żaden sposób nie osłabiają one Hamasu, lecz jedynie wytwarzają
kolejne straumatyzowane jednostki, które na przemoc odpowiadać będą przemocą.
Nie, nie taką samą jak Izrael. Mniejszą, ponieważ nie mają dostępu do
najnowocześniejszego amerykańskiego uzbrojenia.
Gdyby Hamasu nie było,
należałoby go wymyślić – albo raczej stworzyć – gdyż to właśnie on umożliwia
obecnie okupantowi odgrywanie roli ofiary i podtrzymywanie narracji oblężonej
twierdzy. I faktycznie: jak wykazuje The Intercept,
Izrael wspierał palestyńskich islamistów, by podzielić Palestyńczyków i osłabić
pozycję sekularnego Arafata. Stara amerykańska metoda stosowana na
przykład w Afganistanie. Pamiętacie ogólnoświatowe zdziwienie, że izraelski
wywiad nie miał żadnych informacji o październikowych atakach? Tak, też uważam,
że to dziwne.
Ustawienie w roli
wroga dokonujących bestialskich aktów terroru islamistów wspiera zachodnią
narrację przedstawiającą Izrael jako posiadające pełną legitymację demokratyczne
państwo, które niestety ma tego pecha, że otoczone jest przez wrogich sąsiadów,
którzy nie wiadomo z jakich przyczyn – prawdopodobnie z powodu jakiegoś
genetycznego antysemityzmu? – chcą owo państwo zniszczyć. W tej dogłębnie
kolonialnej narracji idea, że Arabowie mogliby zwyczajnie domagać się zwrotu
swojej ziemi, nikomu nawet nie przychodzi do głowy. Jak to swojej? Przecież
była pusta i niczyja!
Palestyńczycy nie
przestaną dążyć do tego, by odzyskać swoje domy i swój kraj. Nikogo nie powinno
to dziwić, a już na pewno nie w Polsce, która wywalczyła sobie niepodległość po
123 latach nieistnienia. Żeby poczuć się bezpiecznie, izraelski Makbet musiałby
wybić ich wszystkich. Minister dziedzictwa Izraela Amihaj Elijahu stwierdził w
wywiadzie, że użycie broni nuklearnej w Strefie Gazy jest sensowną opcją.
Wprawdzie został za to zawieszony (nie zdymisjonowany!) przez premiera Netanjahu,
który oświadczył, że armia Izraela działa zgodnie z międzynarodowymi
konwencjami, był to jednak oczywisty gest propagandowy. Nie ma najmniejszych
wątpliwości, że wielu Izraelczyków myśli tak jak Elijahu: na prawicowych
demonstracjach regularnie pojawiają się transparenty postulujące zabicie
wszystkich Arabów.
Ale nawet gdyby Izrael
wybił do nogi cały Hamas, w tym oczywiście wszystkich potencjalnych Hamasowców,
jakimi są palestyńskie dzieci, oraz zapobiegawczo resztę Palestyńczyków,
zostaje jeszcze palestyńska diaspora, która nie żyje wyłącznie w krajach
arabskich. Zrzucanie bomby atomowej na Londyn czy Sztokholm mogłoby być nieco
problematyczne, lecz nawet gdyby Mosadowi udało się to jakoś bardziej
„chirurgicznie” załatwić, trzeba by się potem wziąć za tych, którzy te zbrodnie
nagłaśniali i dokumentowali. Przemoc Makbeta stale wytwarza nowe zagrożenia,
przed którymi trzeba się bronić. Czy da się zatrzymać to perpetuum mobile?
Jedyne, co może zrobić
Makbet, żeby wyrwać się z pętli przemocy, to przestać uciekać przed krzywdą,
jaką wyrządził. W przypadku Izraela mamy jednak do czynienia z istotną
modyfikacją tej historii, ponieważ sam fakt krzywdy został wymazany przez
heroiczną narrację zdobywania własnego państwa. To trochę tak jakby Makbet był
święcie przekonany, że koronę bohatersko wydarł złemu smokowi, tylko źli ludzie
twierdzą, że zabił prawowitego króla i czyhają na jego życie oraz legalnie
zdobytą władzę. Tak, w „jedynej bliskowschodniej demokracji” istnieje prawo, które stanowi, że każda organizacja wspominająca choćby słowem o Nakbie traci państwowe
fundusze.
W wymazywaniu
palestyńskiej krzywdy Izrael dzielnie wspierają państwa Zachodu, dla których opisana
wyżej narracja kolonialna wciąż jest przezroczysta jak powietrze. Z drugiej
strony patrząc spoza oblężonej twierdzy trudno nie dostrzegać barbarzyństwa
izraelskiej armii oraz codziennych szykan i upokorzeń serwowanych Palestynkom i
Palestyńczykom w izraelskim apartheidzie. Efektem jest polityczna impotencja
Zachodu, który kompletnie nie wie, co zrobić z problemem i najchętniej by o nim
zapomniał. Dziennik „Suedwest Presse” z niemieckiego Ulm komentując politykę
zagraniczną Niemiec w kwestii Bliskiego Wschodu napisał, że w morzu
niewiadomych jest tam tylko jeden niekwestionowany punkt: „odpowiedzialność za prawo
Izraela do istnienia”.
Podobnie też Jürgen Habermas, jeden z czołowych niemieckich filozofów,
stwierdza,
że zobowiązanie, by bronić prawa Izraela do istnienia jest fundamentem
niemieckiej polityki w świetle nazistowskich zbrodni.
Co jednak zrobić z
historycznymi faktami pokazującymi jednoznacznie, że państwo to zostało
zbudowane na fundamencie kolonialnej przemocy? Czy można jednocześnie
twierdzić, że Izrael ma prawo do istnienia i nie zamykać oczu na tę brutalną
prawdę, że nie miał prawa powstać?
Wbrew pozorom, tak.
Tutaj bowiem po raz kolejny pojawia się rozbieżność w analogii z szekspirowskim
Makbetem. Gdyby bohater dramatu zdecydował się przerwać lawinę przemocy, którą
uruchomiło jego morderstwo, z całą pewnością musiałby oddać koronę, ponieść karę
i w miarę możliwości zadośćuczynić skrzywdzonym przez siebie osobom. Izrael nie
jest jednak jednostką, lecz państwem, dlatego sprawa odpowiedzialności bardzo
się tu komplikuje. Większość ludzi żyjących w nim obecnie nie miała przecież nic
wspólnego z jego powstaniem. Owszem, mieszkając tam wszyscy, choćby w
niewielkim stopniu, biorą udział w podtrzymywaniu izraelskiego systemu
apartheidu. Służba wojskowa jest obowiązkowa także dla kobiet, wyłączeni są
z niej jedynie ortodoksi. Ale nawet ci, którzy aktywnie sprzeciwiają się
polityce swojego państwa i ponoszą za to wymierne konsekwencje, maja w nim
zupełnie inną pozycję niż prawie całkowicie pozbawieni praw Palestyńczycy.
Nie zmienia to jednak
faktu, że gdyby teraz, po kilkudziesięciu latach istnienia, Izrael miał
przestać istnieć, oznaczałoby to zastosowanie całkowicie niemoralnej zasady
odpowiedzialności zbiorowej do ludzi, których wkład w powstanie tego państwa
często był żaden, a udział w stosowanej przez nie stale przemocy jest bardzo
zróżnicowany. Anihilacja Izraela byłaby odwróceniem Nakby i oznaczałaby ogromną
krzywdę milionów ludzi. A chociaż Stary Testament nakazuje, by odpłacać oko za
oko i ząb za ząb, odwet pozostaje jedynie replikacją przemocy i w żaden sposób
nie pozwala zatrzymać jej niszczącego koła. Co w takim razie pozostaje?
Aby proces pokojowy na
Bliskim Wschodzie miał jakiekolwiek szanse powodzenia, musi wyjść od
stwierdzenia tego bezspornego faktu, że powstanie Izraela było aktem
kolonialnej przemocy. Tak, paradoksalnie nie da się obstawać przy prawie
Izraela do istnienia bez wyraźnego podkreślenia, że powstał bezprawnie.
Izraelczycy muszą w końcu zmierzyć się z tą niewygodną prawdą. Muszą powiedzieć
Palestyńczykom coś w tym stylu: uciekaliśmy przed brutalnymi prześladowaniami, tu
była nasza ziemia wiele setek lat temu, więc uznaliśmy, że na niej zbudujemy
nasze państwo. Ulegliśmy zachodniej kolonialnej narracji, zgodnie z którą wasza
obecność na niej kompletnie się nie liczyła. Ulegliśmy złudzeniu, że wystarczy
siła oręża. Że państwo trzeba sobie po prostu wywalczyć, a później już można w
nim żyć bezpiecznie. Szukaliśmy domu i zamknęliśmy oczy na fakt, że w ten
sposób odbieramy go wam. A potem lawina przemocy ruszyła.
Jeśli w tym momencie
myślicie, że odleciałam gdzieś daleko od rzeczywistości, bo coś takiego z całą
pewnością nie może się zdarzyć, to przypominam, że na przykład w Republice
Południowej Afryki potomkowie białych kolonizatorów pokojowo przekazali władzę
czarnej większości. Że w Rwandzie pomimo niewyobrażalnych potworności
ludobójstwa dokonanego maczetami, Tutsi i Hutu żyją znów obok siebie. Że
przesiąknięte nazizmem Niemcy mogły po zbrodniach drugiej wojny światowej
założyć wraz z odwiecznymi wrogami wspólnotę, która dała początek Unii
Europejskiej.
Dotychczasowe negocjacje
pokojowe prowadzone były na zasadzie asymetrii wypływającej z fundamentalnej
nierównowagi sił między Palestyną a Izraelem, wspieranym militarnie,
gospodarczo i politycznie przez Zachód. To Izrael dyktował ich warunki i to
jego bezpieczeństwo było tam priorytetem. Jak jednak argumentowałam wyżej,
Makbet nigdy nie poczuje się w pełni bezpiecznie. I dokładnie z tego powodu
wcześniejsze negocjacje nie miały szans powodzenia. Na przykład, jak wykazywał
izraelski dziennikarz, Gideon Levy,
żądanie, by Palestyna była zdemilitaryzowana, pozbawia jej obywateli
elementarnego prawa do samoobrony. Chociaż wizja Izraela jako całkowicie
nieagresywnego państwa, które skrupulatnie przestrzega prawa międzynarodowego,
może budzić co najwyżej gorzki śmiech, zakłada się, że Palestyńczycy nie maja
zupełnie powodów obawiać się jego działań i powinni bez sprzeciwu zdać się na
jego łaskę i niełaskę.
Asymetria oparta na
potędze militarnej musi zatem zostać zastąpiona asymetrią wypływającą z
historycznych faktów i ich moralnej oceny: to Izrael jest w tej historii
agresorem i okupantem, państwem powstałym na grabieży ziemi i podtrzymującym
nieludzki system apartheidu. To Izrael musi zatem prosić o wybaczenie. Nie,
terrorystyczne ataki Hamasu, jakkolwiek barbarzyńskie, nie zmieniają tej
fundamentalnej asymetrii.
Różnego rodzaju
organizacje dążące do dialogu między Izraelczykami i Palestyńczykami działają
od dawna. Jednak, jak mówi aktywista Sami Awad,
także tam obecna była symboliczna dominacja Izraela: „nasz ruch pokojowy, jego
kształt był konsekwencją porozumień w Oslo. Teraz uświadomiliśmy sobie, że
działaliśmy w jakimś krzywym partnerstwie, że nasze, palestyńskie głosy musiały
być akceptowane, autoryzowane przez Izraelczyków. Nie byliśmy partnerskimi
stronami, nie mieliśmy takiego samego głosu, takiego samego wpływu na decyzję.
Nie mówiąc o tym, że może nasze zdanie powinno w sprawie palestyńskiej ważyć
więcej. Umiesz sobie wyobrazić, że do Martina Luthera Kinga przychodzą biali i
mówią mu: tak w porządku, ale nam się nie podoba wasze podejście w tej
sprawie?”
Dla Izraelczyków
biorących udział w tego rodzaju działaniach są one jedynie pewnego rodzaju
hobby, które daje poczucie, że szlachetnie służy się dobrej sprawie. W
każdej chwili jednak mogą się z tego wypisać i zająć czymś innym. Dla
Palestyńczyków jest to natomiast kwestia codziennej przemocy: „My na Zachodnim
Brzegu słyszymy, wiemy o mordowanych ludziach w każdym tygodniu. Te informacje
nie zakłócają dobrostanu mentalnego Izraelczyków. Oni tylko są uspokajani propagandą
izraelską, że armia zabiła kolejnego terrorystę. A my wiemy, że to był chłopak
z sąsiedztwa, który rzucił kamieniem. Więc Izraelczyk wraca spokojnie do swoich
zajęć, a my idziemy na kolejny pogrzeb.”
Jednak nawet mówiąc o
systematycznie powtarzających się morderstwach Awad podkreśla, że to wyłącznie
„z naszej perspektywy.” Przytakuje również, gdy prowadząca wywiad przypomina
mu, że „chodzi o uczucia, obawy, o lęki ludzi, którym w ich zbiorowym
doświadczeniu przeszłości zapisano zagładę narodu.” Czytając tę rozmowę miałam
nieodparte poczucie jakbym słuchała bitej i gwałconej kobiety, która dogłębnie
zinternalizowała wbijany jej do głowy nakaz wczuwania się w potrzeby swojego kata. Do której dopiero powoli zaczyna docierać, że nie jest
stroną wzajemnego „konfliktu”, lecz ofiarą przemocy.
Nie wiem, czy na
terenie okupowanym przez Izrael powinno powstać jedno żydowsko-palestyńskie
państwo, czy raczej dwa oddzielne państwa. Nie wiem, czy i na ile da się
osądzić wszystkich odpowiedzialnych za zbrodnie wojenne, za nielegalne
odbieranie Palestyńczykom ziemi, wyburzenia domów, przetrzymywanie (także
dzieci!) latami w areszcie bez postawienia zarzutów, za codzienną fizyczną
przemoc izraelskiej armii, policji i osadników. Nie wiem, na ile możliwe jest
uznanie palestyńskiego prawa do powrotu do zagrabionych domów i ziemi. Być może
konieczne byłyby tu jakieś „grube kreski”. Jednak symboliczne uznanie
kolonialnej przemocy leżącej u początków Izraela jest niewątpliwie podstawą
jakichkolwiek negocjacji, które miałyby mieć szanse powodzenia.
Czy to możliwe, by Izrael zgodził się uznać własny grzech pierworodny? Sam z siebie raczej nie.
Jednak jego zależność od wsparcia Zachodu, zwłaszcza Stanów Zjednoczonych,
sprawia, że gdyby zaistniała wola polityczna, znalazłyby się też z pewnością
środki, by przekonać Izrael, że leży to w jego interesie. By wesprzeć tych Izraelczyków, którzy już
teraz starają się szukać pokojowych rozwiązań. Dlatego to na nas – na
kolektywnie rozumianym Zachodzie – spoczywa odpowiedzialność za zakończenie tej
wieloletniej przemocy. Ostrzał Gazy wciąż trwa i pochłonął już ponad 20 tysięcy
istnień ludzkich, w tym, jak się szacuje, około 8 tysięcy dzieci.
W latach 2018-19 co
piątek miały miejsce pokojowe demonstracje pod murem ogradzającym Strefę Gazy.
Izraelskie siły zabiły wtedy 214 osoby, w tym 46 dzieci, ale znacznie większa
była liczba rannych: przekroczyła 36 tysięcy.
Społeczność międzynarodowa niespecjalnie przejęła się tym, że żołnierze
„jedynej bliskowschodniej demokracji” strzelają do nieuzbrojonych demonstrantów
celując głównie w kończyny. Rezultatem była ogromna liczba amputacji.
Prawdopodobnie to tamta obojętność sprawiła, że Hamas uznał, że nie da się
wstrząsnąć światem, jeśli nie zginą setki tych, których śmierć się w
tym świecie liczy. Jak mówi Abu Marzouk,
jeden z liderów tej organizacji, wśród głównych celów październikowych ataków
było właśnie sprawienie, by świat w końcu zajął się sprawą Palestyny. Bo obecna
sytuacja jest zwyczajnie nie do zniesienia.
Jeśli nic z tym nie
zrobimy, będziemy współodpowiedzialni za osuwanie się izraelskiego Makbeta
coraz głębiej w otchłań moralnego zdziczenia, o którym pisał niedawno Michael Sfard, izraelski prawnik broniący praw Palestyńczyków, a prywatnie wnuk
Zygmunta Baumana.
Nie wiem, czy to, co się obecnie dzieje w Gazie, już wyczerpuje znamiona
ludobójstwa. Ale nawet jeśli jeszcze nie, to trzeba przyznać, że Izraelowi
niewiele brakuje, by upodobnić się do tych, przed którymi uciekali jego
założyciele.
Przemoc nakierowana
jest oczywiście także na „wroga wewnętrznego”, czyli wszystkich Izraelczyków
mających odwagę sprzeciwiać się polityce swojego państwa.
Prawicowe bojówki regularnie atakują demonstracje antywojenne, a policji dziwnym
trafem nie udaje się złapać sprawców, nawet gdy mają nagrania z dobrze
widocznymi twarzami. Z tłumu, który w październiku wtargnął do szpitala Sheba
opluwając personel oraz krzycząc „śmierć Arabom”, udało się aresztować jedynie
trzy osoby. Atak spowodowany był pogłoską, że w szpitalu udziela się pomocy
także Palestyńczykom. Gdy dziennikarz Israel Frey zamieścił w sieci film, na
którym odmawia kadysz za wszystkie ofiary wojny, w tym dzieci i kobiety z Gazy,
został prawie zlinczowany przez agresywną tłuszczę. Policja nie była w stanie
zapewnić mu bezpieczeństwa we własnym domu i zaoferowała jedynie eskortę do
samochodu, którym dalej już musiał sam uciekać przed napastnikami.
Wiele osób w Izraelu dostrzega,
że ich kraj coraz bardziej osuwa się w przepaść barbarzyństwa. Co ciekawe,
wśród aktywistów działających na rzecz pokoju jest też wielu byłych żołnierzy,
którzy na własnej skórze doświadczyli potworności wojny i wiedzą, jak bardzo niemoralne
rozkazy kazano im wykonywać. Temat regularnie podejmują też artyści, czy to w
literaturze (Etgar Keret), czy w filmie (nagradzany „Walc z Baszirem”).
Oczywiście łatwiej jest krzyczeć „śmierć Arabom” i ustawiać się w pozycji ofiary. Dużo trudniejsze jest zmierzenie się z faktem, że Izrael powstał na fundamencie
bezprawnej, kolonialnej przemocy. Trzeba to jednak zrobić po prostu dlatego, że
taka jest rzeczywistość. Uciekanie od niej możliwe jest jedynie kosztem coraz
większych ludzkich krzywd, które koniec końców utopią izraelskiego Makbeta w
morzu krwi.
Obecnie większość
dawnych kolonii uzyskała już niepodległość: żyjemy w świecie, w którym
teoretycznie rządzi prawo narodów do samostanowienia, chociaż w rzeczywistości jest ono
mocno ograniczone przez pozostałości kolonialnej dominacji w sferze ekonomicznej
i militarnej. Izrael jest chyba ostatnim przypadkiem kraju, który silni tego
świata postanowili zbudować na „niczyjej” ziemi. Kraju, który notorycznie łamie
prawo międzynarodowe – i uchodzi mu to na sucho dzięki wsparciu Zachodu, dla
którego prawo Izraela do istnienia jest kamieniem węgielnym porządku
światowego, a prawa Palestynek i Palestyńczyków są gdzieś na szarym końcu listy
priorytetów. Dlatego nie powinno nikogo dziwić, że istnienie Izraela uznawane
jest wśród słabych tego świata za wołający o pomstę do nieba gwałt. Za najjaskrawszy
symbol zachodniej dominacji i postkolonialnego odbierania praw tym, którzy
wciąż w międzynarodowych hierarchiach mają pozycję gorszych. Nieistotnych.
Jesteśmy w obozie
silnych, wydaje się więc, że nie musimy się tym przejmować. Historia uczy
jednak, że imperia wcześniej czy później upadają i to samo może spotkać również
Amerykę oraz resztę Zachodu. Słabi tego świata mogą stanąć po stronie Rosji lub
Chin nie dlatego, że tak bardzo nienawidzą demokratycznych wartości, lecz
dlatego, że Zachód stosuje je wybiórczo, w sposób utrwalający jego dominację.
Przyznanie, że Izrael powstał bezprawnie i wyegzekwowanie realnego procesu
pokojowego, pokazałoby, że głoszone przez nas szumne zasady samostanowienia i
wolności dotyczą też Palestynek i Palestyńczyków. Byłby to pierwszy krok w
stronę osłabienia światowej polaryzacji. Jeśli tego nie zrobimy, „wyklęte ludy
ziemi” zemszczą się przy pierwszej okazji i, jak pokazują działania Hamasu,
prawdopodobnie nie będą przebierać w środkach.
Profesor Barbara
Skarga, filozofka, która spędziła 11 lat w sowieckich więzieniach i łagrach,
powtarzała, że cierpienie nie uszlachetnia. Izrael jest tego niezwykle dobitnym
przykładem.