Kluczowym słowem, które stale przewijało się w dyskusjach nad programem SAFE była suwerenność. Zastanawia jednak, że dla prawicowych polityków przywołujących to pojęcie, zagrożenie dla suwerenności stanowi wyłącznie zależność od Unii Europejskiej, zaś od Stanów Zjednoczonych już nie.
Czy to dlatego, że USA jest bardziej godnym zaufania, rzetelnym i wiarygodnym sojusznikiem? Że po partnersku traktuje słabszych od siebie sprzymierzeńców szanując ich odrębność i autonomię? No jasne! Czy już wszyscy się śmieją?
Trzeba być niespełna rozumu, by w coś takiego wierzyć po próbach przejęcia Grenlandii oraz wyrażanych wprost zamiarach uczynienia z Kanady kolejnego stanu. Albo po tym, jak Donald Trump obraził żołnierzy walczących w Iraku i Afganistanie.
Nie zmniejsza to jednak ani trochę uwielbienia polskiej prawicy dla Ameryki oraz jej obecnego prezydenta. Przeciwnie! Prawicowy komentariat pełen jest podziwu dla jego siły i zdecydowania! Czytałam wywody, że oddanie Grenlandii USA jest zwyczajnie racjonalne, bo przecież w razie zagrożenia Dania nie jest w stanie jej obronić. Ale dlaczego miałaby jej bronić sama, skoro jest w NATO? Czyżby autorzy tych argumentów sugerowali, że na sojusznikach amerykańskich nie ma co polegać?
Ciekawe, czy gdyby Donald Trump zażyczył sobie, by mu sprezentowano terytorium położone strategicznie między Rosją a Niemcami, polska prawica przyklasnęłaby mu równie ochoczo? Taka ewentualność nie pojawia się jednak w ich wyobraźni, bo przecież Karol kumpluje się z Donaldem, który tyle razy powtarzał, że jesteśmy „great people”. Takich rzeczy nie robi się kolegom, prawda? Prawda?
Zastanawiam się, czy politycy PiS, którzy zwołali pompatyczną konferencję denuncjującą zdrajcę Czarzastego, serio uważają, że Donald Trump zasługuje na pokojową Nagrodę Nobla? Czy może po prostu sądzą, że trzeba mu we wszystkim potakiwać, by się nie obraził, jak dobrze wiemy, że lubi i potrafi? Ale jeśli tak, to jest to naprawdę przedziwne rozumienie partnerskich relacji. Oraz oczywiście suwerenności.
Polski czołobitny podziw dla Ameryki ma swe źródła w czasach, gdy dobry Wielki Brat zza oceanu miał nam pomóc wyzwolić się od złego Wielkiego Brata zza miedzy. W jaskrawym kontraście do sowieckiego zamordyzmu Ameryka – to był wolny świat! Wolny i bogaty do tego! To był cel, do którego aspirowaliśmy, reformowaliśmy i nadrabialiśmy cywilizacyjne zapóźnienia.
Sęk w tym, że wolność i demokratyczne ideały, które Stany Zjednoczone dumnie niosły na sztandarach, były zasłoną dymną dla imperializmu i grabieży. W Polsce zaczęliśmy to dostrzegać dopiero za czasów Donalda Trumpa, który w swej nieujarzmionej bezpośredniości zerwał z tradycją machania zasłonami z wartości.
Dla wielu osób był to naprawdę szok, gdy okazało się, że w zamian za wsparcie bohatersko broniącej się Ukrainy Ameryka zamierza ograbić ją z zasobów naturalnych. Gdy Donald Trump publicznie upokorzył Zełenskiego, przed Putinem natomiast rozwinął czerwony dywan. Ale jak to?! Przecież miało być starcie światła z ciemnością! To tak ma wyglądać walka o demokrację i wolność?
Zaskoczenie było jednak ograniczone do naszej części świata. Gdzie indziej od dawna nie było żadnych złudzeń co do celów i metod Stanów Zjednoczonych. Trudno na przykład oczekiwać, by Irańczycy wierzyli, że Amerykanie przyniosą im demokrację, skoro już raz im ją odebrali: w 1953 roku CIA na spółkę z MI6 obaliło demokratycznie wybranego premiera Mosadddegha i ustanowiło marionetkowy rząd całkowicie zależny od Zachodu. Dało to dyktatorską władzę szachowi, który brutalnie tępił wszelką opozycję. Tak, oczywiście chodziło o ropę: Mosadddegh znacjonalizował Angielsko-Irańską Kompanię Naftową.
Podobnie USA poczynało sobie w krajach Ameryki Południowej i Środkowej obalając lewicowe demokratyczne rządy, zaś w ich miejsce instalując prawicowe krwawe dyktatury. Ich zbrodnie nie przeszkadzały w niczym „ojczyźnie wolności”, dopóki posłusznie dbały o jej interesy ekonomiczne. Niedawno widzieliśmy ten sam schemat w Wenezueli, gdzie Stany Zjednoczone bezceremonialnie wymieniły jeden niedemokratyczny reżim na inny, który już grzecznie dzieli się zyskami z ropy. Prawa i wolność Wenezuelek naprawdę nikogo tu nie obchodziły.
Nie wiedzieliśmy o tym? Po prostu nie chcieliśmy wiedzieć. Bardzo potrzebowaliśmy wierzyć, że istnieje przeciwwaga dla niewolącego nas mocarstwa. Im bardziej Związek Radziecki był ciemnością, tym bardziej Stany Zjednoczone musiały być światłem.
Świat, w którym mniejsze państwa są między młotem a kowadłem dwóch mocarstw i jedyną obroną przed tym, które stanowi bardziej bezpośrednie zagrożenie, jest udanie się pod „opiekę” drugiego – to bardzo ponure miejsce, w którym nie ma szans na realne poczucie bezpieczeństwa. I oczywiście żadnych perspektyw na suwerenność.
Na szczęście nie jest to jedyny możliwy świat. Żeby jednak móc działać na rzecz stworzenia innego, musimy radykalnie zmienić nasze pojęcie suwerenności. Całkowita niezależność i pełna autonomia w podejmowaniu decyzji nie są możliwe w zglobalizowanym świecie, w którym wszyscy jesteśmy od siebie nawzajem zależni.
Tylko że to „nawzajem” jest tutaj kluczowe. Jeśli ograniczenia dla naszej suwerenności ze strony innych są równoważone tym, że my także mamy wpływ na ich decyzje, to wtedy możemy wypracowywać cząstkową suwerenność dla nas wszystkich.
Przy swoich różnych wadach Unia Europejska zdecydowanie bardziej przypomina taki układ wzajemnych zależności. Tam mamy prawo głosu, natomiast nasza możliwość oddziaływania na Stany Zjednoczone jest praktycznie zerowa. Jakkolwiek by Donald nie poklepywał po plecach Karola, nie jesteśmy i nie będziemy dla Amerykanów równorzędnym partnerem. Dlatego nasza zależność od nich znacznie bardziej ogranicza naszą suwerenność niż unijne traktaty czy regulacje.
W globalnym układzie sił Unia nie jest nam jednak w stanie zapewnić bezpieczeństwa, dlatego potrzebujemy także sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. Musimy jednak przestać je idealizować i przyjąć do wiadomości ten przykry fakt, że nasz największy sojusznik nie tylko nie jest wzniosłą ojczyzną wolności, lecz że pewnym ludom tę wolność odbierał. Co więcej, wcale nie przestał. Nieustannie też bogaci się na grabieży cudzych zasobów.
Stany Zjednoczone nazywano wielokrotnie globalnym policjantem, ale Ameryka nie uznaje przecież międzynarodowych trybunałów, a policjant bez sądu jest jedynie zbirem. Konstatacja ta nie powinna nas jednak prowadzić do szukania ratunku u innych zbirów. Rosja nie staje się dobra, ponieważ Ameryka jest zła – a takie odwrócenie zimnowojennej naiwności możemy znaleźć u niektórych lewicowych komentatorów. Podobnie też zbrodnie reżimu irańskiego nie zostają wymazane przez stwierdzenie faktu, że został on całkowicie bezprawnie zaatakowany przez USA i Izrael.
Świadomość, że dobry Wujaszek Sam nie obroni nas przed zbirami tego świata, gdyż sam jest jednym z nich, jest niewątpliwie wielce nieprzyjemna. Jest ona jednak niezbędna, by móc zachować maksimum suwerenności, na jakie ma szanse niezbyt duży kraj w świecie rządzonym przez mocarstwa.
Bo nawet jeśli taktycznie udajemy się pod amerykańskie skrzydła, uznając, że to jednak mniejsze zagrożenie niż rosyjski zbir zza miedzy, możemy dzięki temu zachować krytycyzm i nie pchać się w imperialne awantury z takim entuzjazmem, jak robiliśmy to na przykład w przypadku wojen w Iraku i Afganistanie. Skoro Hiszpania ma czelność odmówić Amerykanom dostępu do swoich baz w wojnie przeciwko Iranowi, a Giorgia Meloni stwierdza bez ogródek, że stanowi ona ewidentne pogwałcenie prawa międzynarodowego – to może nas kiedyś też byłoby stać na podobne gesty?
Wbrew pozorom mogą one być naprawdę skutecznym narzędziem nacisku. Podstawą amerykańskiej dominacji była bowiem ideologiczna marka ostoi wolności i demokracji, którą USA przez lata wytrwale budowało i podtrzymywało, zaś Donald Trump beztrosko pogruchotał. Jego otwarcie imperialna polityka ma jednak tę zaletę, że otwiera nam oczy na brzydką rzeczywistość świata zdominowanego przez zbirów.
W naszym interesie leży nazywanie tej rzeczywistości po imieniu oraz wzmacnianie międzynarodowych instytucji uniemożliwiających dominację silnych nad słabszymi. Dlatego to relacje z Europą muszą być priorytetem, jeśli chcemy naprawdę zatroszczyć się o naszą suwerenność. W tym celu trzeba jednak zrozumieć, że nie polega ona na braku żadnych ograniczeń, lecz na wzajemności i partnerstwie. Może to niestety być trudne dla tych, którzy karmią swoje sny o potędze pożyczoną od większego kolegi „epicką furią”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz