czwartek, 7 lutego 2019

Troskliwe strażniczki patriarchatu




W artykule opublikowanym na stronie Nowego Obywatela Katarzyna Paprota stawia tezę, że współczesna lewica staje się sekciarska, wykluczająca i nie jest w stanie działać skutecznie, ponieważ w lewicowych grupach zbyt duży nacisk kładzie się na unikanie zachowań i wypowiedzi, które mogą kogoś urazić. O ile zgodziłabym się, że większość sporów ideologicznych prowadzi donikąd a konkursy na najbardziej lewicowego lewaka są wyłącznie sposobem walki o dominację, to jednak sprawa jest zupełnie inna, jeśli mamy do czynienia z czyjąś krzywdą. W takiej sytuacji inkluzywność definiowana jako wyrozumiałość wobec nieprawomyślnych wypowiedzi oznacza pominięcie doświadczenia skrzywdzonych lub dyskryminowanych osób, ich wtórną wiktymizację – i w konsekwencji zmuszenie ich do odejścia z grupy. Nie wiem, w czym skuteczniejsze mogą być lewicowe organizacje, w których przemocowcy czują się komfortowo a walka z przywilejem uznawana jest za rozbijanie jedności, ale na pewno rezultatem ich działań nie będzie świat wolny od niesprawiedliwości.

Tekst Paproty zaczyna się od opisu sytuacji, w której kilka osób protestowało przeciwko udziałowi w feministycznym wydarzeniu partnerki mężczyzny oskarżonego o przemoc. Autorka nie precyzuje, o jakie nadużycia chodzi, ale z komentarzy na facebookowym profilu Nowego Obywatela dowiadujemy się, że człowiek ten został oskarżony o gwałt – i to niezależnie przez dwie nieznające się wcześniej kobiety. Sprawa wygląda zatem naprawdę poważnie i wiarygodnie.

Wprawdzie wykluczanie kogoś z udziału w ogólnodostępnym wydarzeniu jest zasadniczo złe, ale czy gdybyś, czytelniczko, została zgwałcona przez lewicowego działacza, chciałabyś oglądać jego obecną dziewczynę na feministycznym spotkaniu? Ja sądzę, że miałabym z tym spory problem i prawdopodobnie po prostu sama bym tam nie poszła. Nie wiem, czy znalazłabym w sobie wystarczająco dużo siły i asertywności, by domagać się, żeby to dziewczyna przemocowca nie była tam mile widziana, ale jak najbardziej rozumiem osoby, które postawiły takie żądanie. Owszem, to nie ona była sprawczynią krzywdy, jednak z komentarzy dowiadujemy się, że zaprzeczała świadectwom skrzywdzonych osób. Nawet jeśli to nieprawda, to przez sam fakt pozostawania z nim w bliskiej relacji legitymizowała go jako dobrego lewicowca: skoro ma dziewczynę feministkę, jak mógłby być gwałcicielem? Tak, Katarzyna Paprota ma rację pisząc, że osoba będąca w związku z przemocowcem prawdopodobnie potrzebuje pomocy, ale czy taką pomocą miałoby być zapewnienie, że z ukochanym wszystko w porządku i nie ma się czym przejmować? Nie wiem, czy rzeczywiście wypowiedzi osób protestujących przeciwko jej obecności pełne były nienawiści – z komentarza Michała Gurtowskiego na profilu Nowego Obywatela możemy się dowiedzieć, że tak nie było, natomiast wyjątkowo agresywnie obrażał te osoby… sam oskarżony. „Groteskowość sytuacji w której skrzywdzone dziewczyny proszą o zabezpieczenie ich komfortu, a to spotyka się z wyzywaniem ich od najgorszych przez gwałciciela, uzupełniał tylko jego bezczelny ton i ciągłe nawiązania do intymności dziewczyn.”

Wersja zdarzeń przedstawiona przez Katarzynę Paprotę wydaje się zatem, delikatnie mówiąc, nie do końca przekonująca, a pominięcie przez nią faktu, że chodzi o gwałt zgłoszony niezależnie przez dwie osoby, znacznie obniża jej wiarygodność. Ponieważ nie brałam udziału w tych wydarzeniach, nie mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, który ich opis jest rzetelny. Podobnie pisze redakcja Nowego Obywatelu, zaznaczając w komentarzu, że szczegóły konkretnej sprawy opisanej na początku tekstu są im nieznane, uważają jednak, że jest on wart publikacji jako opis pewnego zjawiska systemowego. I tu bym się z nimi zgodziła: przyglądając się bliżej sformułowaniom i tezom Paproty możemy dokładnie zbadać systemowe zjawisko troskliwych strażniczek patriarchatu.

Jej tekst pomyślany jest jako analiza pewnego szerszego problemu, a nie jednego, jaskrawego przypadku, jednak taki a nie inny wybór zaprezentowanej na wstępie historii pozwala jej przedstawić opisywane przez nią kobiety jako niestabilne emocjonalnie ofiary traumatycznych przeżyć. Czai się tutaj sugestia – wyrażona wprost w analogicznej sprawie przez Jakuba Dymka – że oskarżające w swoim cierpieniu mylą przeszłość z teraźniejszością i choć niewątpliwie jakąś traumę na swoim koncie mają, to niestety związany z nią ból pozbawił je zdolności trafnego połączenia tych przeżyć z konkretnymi zdarzeniami i osobami. Paprota pisze, że „terapia to zadanie dla psycholożek i terapeutów, nie dla kolektywu czy partii politycznej”, sugerując, że domaganie się, by sprawca nie miał możliwości odgrywania roli dobrego lewicowca, jakby nic się nie stało, jest równoznaczne z domaganiem się od kolektywu terapii. Szczerze wątpię, by jakakolwiek skrzywdzona osoba takie żądania wysuwała, sugestia ta pozwala natomiast przedstawić je jako niezrównoważone osoby zmuszające wszystkich wokół do rozwiązywania ich osobistych problemów – a partia wprawdzie współczująco stara się sprostać, ale przecież nie od tego jest i dać rady nie może!

W artykule mamy do czynienia z wielokrotnym upupianiem osób walczących z przemocą. Zdaniem Katarzyny Paproty domagają się one, by lewica stała się „azylem dla poranionych dusz”, tytułowym „rezerwatem utopii”, w którym brutalna prawda o życiu zostaje wymazana i usunięta poza zasięg wzroku. Pisze o ochronie przed dyskryminacją „najbardziej kruchych i wrażliwych członków grupy”, tak jakby równe traktowanie nie było prawem przysługującym każdemu, lecz specjalnym traktowaniem, jakie litościwie przyznaje się biednym, przeczulonym neurotyczkom. Czy jednak walka z przywilejem nie miała być jednym z głównych celów lewicy? Najwyraźniej nie dla autorki, która porównuje osoby podejmujące ją z żyjącymi pod kloszem Millenialsami, którzy „wzrastają w przekonaniu, że cały świat powinien się troszczyć o ich dobre samopoczucie”. Upupiającą atmosferę dopełniają odwołania do „coachów wszelkich maści” i amerykańskiego kina familijnego.

Paprota pisze, że podstawą lewicowego projektu jest krytyka zastanych relacji władzy, a stałe podważanie powszechnie przyjętych oczywistości ma doprowadzić do zmiany społecznej. Zmiany jednak trudno wprowadzać, ponieważ burzą one poczucie bezpieczeństwa. Pisząc o jego potrzebie autorka przechodzi do omówienia wolnych od dyskryminacji bezpiecznych przestrzeni, co sugeruje, że zagrożenia, przed jakimi mają one chronić, są efektem zmian, o jakie walczy lewica. Czy jednak powodem, dla którego kobiety, osoby nienormatywne płciowo czy seksualnie nie czują się bezpiecznie w przestrzeni publicznej nie jest raczej zbyt powolne postępowanie owych zmian? Jeśli w wyniku lewicowych działań zagrożone jest poczucie bezpieczeństwa ofiar przemocy, a nie przemocowców, osób dyskryminowanych, a nie uprzywilejowanych – to chyba po prostu nie są to działania lewicowe?

Autorka stwierdza, że „u podstaw działań emancypacyjnych i równościowych powinna być przede wszystkim edukacja i korekta zachowań, nie zaś żandarm dający w pysk za każdy przegapiony feminatyw.” Wydaje się jednak, że bezpieczne przestrzenie, w których zwraca się szczególną uwagę na świadome lub nieświadome zachowania raniące innych i podtrzymujące różnego rodzaju przywileje, są idealnym miejscem na taką edukację i korektę. Nie spotkałam się nigdy z „dawaniem w pysk za przegapiony feminatyw”, ale nawet jeśli osobie urażonej jakimś zachowaniem czy sformułowaniem zdarzy się nieco poirytowana i niemiła reakcja, to nawołując do antydyskryminacyjnej edukacji można co najwyżej wzywać je do większej cierpliwości, ale nie podważać samą ideę przestrzeni umożliwiających wskazywanie krzywdzących zachowań bez lęku przed agresją uprzywilejowanych.

I w tym momencie nie mamy już chyba wątpliwości, czyje poczucie bezpieczeństwa zostaje zburzone przez lewicowe zmiany i nad czyim dyskomfortem tak naprawdę pochyla się Katarzyna Paprota. Upupiając kobiety walczące z przemocą i dyskryminacją jako przewrażliwione neurotyczki domagające się od otoczenia terapii, tak naprawdę postuluje stworzenie bezpiecznych przestrzeni dla uprzywilejowanych, w których mogliby oni egzekwować swoje „naturalne” prawa bez lęku przed tym, że ktoś zwróci im uwagę, albo że przemoc zaburzy ich jakże owocną współpracę z partią i zniszczy ich reputację dobrych, równościowych lewicowców. Owszem, zakwestionowanie przywileju boli. Porządek rzeczywistości zostaje podważony, ponieważ nie można już robić czy mówić tego, co się robiło zawsze. Jednak jeszcze bardziej boli fakt, że trzeba zacząć się liczyć z tymi, które w „normalnym” świecie były nikim.

Tak jest w przypadku przemocy seksualnej, gdy mężczyźni ze zdumieniem odkrywają, że nie wystarczy, że sami mają na coś ochotę – muszą jeszcze uwzględnić chęć kobiety (lub jej brak!), a niezrobienie tego może sprowadzić na nich niesławę, a nawet, o zgrozo, mieć konsekwencje karne! Inny rodzaj „naturalnej” władzy, która jest obecnie odbierana mężczyznom, to władza definiowania świata i pouczania kobiet. Jako pierwsza opisała ją Rebecca Solnit w eseju, który został potem rozwinięty w książkę „Mężczyźni objaśniają mi świat”. Do nazwania przypadków, w których mężczyzna kompletnie nie znający się na sprawie protekcjonalnie „wyjaśnia” ją kobiecie mającej w danej dziedzinie większą wiedzę lub doświadczenie, został potem ukuty termin mansplaining, tłumaczony na polski jako panjaśnienie lub męsplikacja. Solnit podkreśla, że chociaż sytuacja, gdy obcy facet tłumaczy jej, o czym jest jej własna książka, może wydawać się groteskowo śmieszna, sprawa jest poważna, bo tego rodzaju skumulowane doświadczenia budują w kobietach poczucie, że tak naprawdę nie mają prawa nic wiedzieć – dogłębne studia czy doświadczenie z pierwszej ręki są niczym wobec męskiego autorytetu. To zaś stanowi podstawę dla przestępstw seksualnych oraz przemocy domowej, które są praktycznie całkowicie bezkarne, ponieważ nie wierzy się świadectwom ofiar, a często nawet one same uznają męską wersję wydarzeń przyjmując, że na pewno jakoś sprawcę sprowokowały.

Zarówno w przypadku przemocy seksualnej, jak i męsplikacji twierdzi się często, że nie ma jasno określonych kryteriów, kiedy została przekroczona granica, która jest przecież w dużej mierze subiektywna i zależna od sytuacji. I podobnie jak molestatorzy podnoszą larum, że po akcji #metoo flirt stanie się niemożliwy, bo przerażeni groźbą oskarżeń mężczyźni nie odważą się nawet zaprosić na kawę, tak też i w tym przypadku rozpowszechnione są opinie, że pojęcie męsplikacji służy wyłącznie temu, by frustratki (a jakże!) mogły wyżywać się na mężczyznach zamykając im usta pod byle pretekstem. Czasami wydaje się, że jedyna definicja tego pojęcia, jaką tacy panowie mogliby zaakceptować, to taka, zgodnie z którą wyłącznie oskarżony mężczyzna mógłby stwierdzić, czy stosował ten rodzaj przemocy. Kobieta jest przecież nieobiektywna w tej sprawie – jak też i w każdej innej. Podejście to jest dokładnie analogiczne do obowiązującej w praktyce zasady, że do gwałtu czy molestowania doszło wyłącznie, jeśli sprawca się przyznał, bo świadectwo jego ofiary z definicji nie jest wiarygodne.

Jednak wbrew biadoleniom na rzekomo arbitralne oskarżenia kobiet, zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku istnieją jasne kryteria, jakie mogą zastosować mężczyźni, którzy nie chcieliby molestować i męsplikować. Wystarczy po prostu postawić się na miejscu danej kobiety, zadać sobie pytanie, czego by chciała, czego potrzebuje – i dostosować do tego swoje zachowanie. Jeśli zaś okaże się, że błędnie oceniliśmy sytuację – zaakceptować jej odmowę i przeprosić.

I to właśnie uznanie, że perspektywa kobiety ma się liczyć, że jej odmowa ma być wiążąca, a w razie nieumyślnego naruszenia jej granic należą się przeprosiny, jest tak traumatyczne dla tych, którzy przyzwyczaili się, że są panami świata. To właśnie takie jest źródło utyskiwań na to, jak przerażające dla chłopców są te feministycznie rozbuchane czasy. I to też jest przyczyna troski „feministycznych” strażniczek patriarchatu, które zaczynają snuć złowrogie opowieści o cenzurze „każdej treści, która mogłyby komuś sprawić przykrość” rozciągającej się „jak pajęcza sieć na wszelkie działania i słowa sprawiające komuś dyskomfort”.

Jednym z przejawów męskiego przywileju jest to, że perspektywa mężczyzn jest w centrum uwagi, a ich cierpienie – zwłaszcza to najbardziej upokarzające, bo wywołane przez konieczność liczenia się z kobietami! – wzbudza powszechne oburzenie i współczucie. To dlatego po ujawnieniu przemocy seksualnej wszyscy pochylają się nad zniszczoną karierą sprawcy – i jednogłośnie potępiają jego wredną dręczycielkę, która sama chciała, a potem oskarża. A poza tym w ogóle jest niezrównoważona i przecież nie możemy jej tu robić terapii – jak mogłaby oczekiwać, że jej trauma miałaby pozbawić nas tak wspaniałego współpracownika jak jej krzywdziciel? Dorośnij kobieto! – mówią dojrzałe i zrównoważone. Wyjdź spod szklanego klosza i zmierz się z brutalną rzeczywistością: jeśli ktoś cię zgwałcił, to jest to wyłącznie twój problem. Bo przecież nie gwałciciela i jego dobrych, lewicowych koleżanek i kolegów.

Analogicznie w kwestii męsplikacji czytamy wypowiedzi kobiet pełne współczucia dla biednych facetów, którzy dostają „w pysk za każdy przegapiony feminatyw”, natomiast kobiece cierpienia wynikające ze stałego podważania ich świadectw, ich zdolności rozumienia i opisywania świata to przecież norma! Zwracanie na to uwagi to czepianie się, dzielenie włosa na czworo, a także, jak pisze Paprota, syndrom kryzysu w grupie, której cel nie przybliża się tak szybko, jak powinien, więc pojawiają się sugestie, że to dlatego, iż „nie jesteśmy wystarczająco godni, prawdziwi i ascetyczni”. Walka z dyskryminacją kobiet to zatem według autorki szalone dążenie do perfekcjonizmu, któremu nikt nie jest w stanie sprostać i którego efektem są wyłącznie wzajemne oskarżenia, narastająca wrogość i w konsekwencji rozpad grupy.

Osoby broniące męskiego przywileju często zakładają, że w sytuacji oskarżeń o przemoc lub dyskryminację są tylko dwa wyjścia: nie robić kompletnie nic, bo przecież nikt nie jest doskonały, albo też potępiać i karnie wyrzucać z grupy za każde, nawet najmniejsze, nadużycie. W ten sposób te, które chcą walczyć z przywilejem, zostają ustawione w roli krwiożerczych agresorek, które bezwzględnie zniszczą za najdrobniejszy błąd. Przed takimi osobami trzeba się przecież bronić, a ich furiackie zacietrzewienie usprawiedliwia także nieco brutalne środki.

Jednak edukacja, za którą teoretycznie opowiada się Katarzyna Paprota, niemożliwa jest przy takim podejściu. Żeby można było się uczyć, musi być możliwe wskazywanie błędów, a za uparte trwanie w nich muszą być jakieś sankcje – zwłaszcza jeśli konsekwencją jest czyjaś krzywda. Oczywiście uczenie się musi też zakładać pewną akceptację dla błędów. Niewątpliwie wszyscy zostaliśmy socjalizowani do patriarchalnych zachowań i często wpadamy w nie automatycznie, bez żadnej złej woli. Tylko że osoba, która szczerze chce z takimi mechanizmami walczyć, nie zacznie krzyczeć o atakujących ją frustratkach i perfekcjonistkach, gdy się jej zwróci uwagę, lecz przeprosi i postara się jakoś zadośćuczynić.

I tylko tego – aż tego! – potrzebują dyskryminowane i krzywdzone kobiety. Z pewnością zadośćuczynienie jest łatwiejsze przy nadużyciach mniejszej rangi, ale nawet przy tak poważnym przestępstwie jak gwałt pojednanie bywa możliwe. Nie może ono jednak odbywać się na warunkach sprawcy. Sprawiedliwość naprawcza musi wychodzić z założenia, że jest co naprawiać, a nie być narzędziem powtórnej wiktymizacji poprzez negowanie doświadczeń pokrzywdzonych.

Jeśli przyznamy, że doszło do naruszenia – stosunkowo drobnego, albo i traumatycznego – mamy możliwość chociaż częściowo naprawić krzywdę ofiar, a także systemowo walczyć z przemocowymi mechanizmami. Aby to jednak było możliwe, musimy porzucić binarne myślenie, zgodnie z którym ludzie są albo źli – a zatem trzeba z nimi rewolucyjnie walczyć, albo też całkowicie dobrzy. Konieczne jest uznanie tej smutnej prawdy, że nasz dobry współpracownik, przyjaciel, czy nawet ukochany może okazać się sprawcą poważnego przestępstwa, albo po prostu bucem stosującym przemocowe metody komunikacji. Dla osób emocjonalnie uwikłanych w relację z kimś takim przyjęcie do wiadomości bolesnych faktów jest szczególnie trudne, dlatego niezbędne jest tutaj wsparcie społeczności. Nie może ono jednak polegać na bezkrytycznym stawaniu murem za swoimi, lecz na tym, by osoby, którym z różnych przyczyn łatwiej jest spojrzeć na daną sprawę z dystansu, przetarły szlak dla tych bardziej zaangażowanych i tam, gdzie to jest możliwe, podjęły się mediacji.

Coś takiego miałam na myśli w moim ostatnim wpisie, w którym argumentowałam, że personalne jest polityczne i że bez stworzenia prawdziwie równościowych wspólnot każda rewolucja rozbije się o „czynnik ludzki”. Artykuł Paproty wydaje się być chwilami zakamuflowaną polemiką z moim tekstem, ale jeśli tak jest, to mamy tam do czynienia z przeinaczeniem moich tez. Autentycznie równościowa wspólnota nie może być bowiem sielanką, w której „wszyscy zgadzają się ze sobą i będzie nadal tak, jak jest”, lecz miejscem, w którym zarówno historycznie utrwalone przywileje, jak też i nowo powstałe relacje władzy są poddawane krytyce, a grupa wspiera zdominowanych w walce o równość. Jak pisałam, metodą obrony przywileju często bywa ustawianie się w roli pokrzywdzonych i atakowanych, dlatego konieczna jest umiejętność przejrzenia tego typu manipulacji. Z pewnością nie ma w pełni skutecznego algorytmu pozwalającego zdemaskować agresorów pozujących na ofiary, ale warto zwracać uwagę na to, kto w danej sytuacji stoi wyżej w hierarchiach władzy (zarówno tej systemowej, jak i nieformalnej, środowiskowej), komu służą dane argumenty, czy dana osoba stosuje te same kryteria wobec „swoich” oraz „obcych”, i czy aby na pewno wszystkie punkty widzenia zostały jednakowo uwzględnione.

Niniejszy artykuł odsłania pewien zestaw manipulacji często stosowanych wobec kobiet walczących o równe traktowanie. Upupianie i ustawianie w roli niezrównoważonej neurotyczki domagającej się terapii to nowa wersja figury histeryczki stosowanej od ponad stu lat do podważania świadectw kobiet. Troskliwe strażniczki patriarchatu pochylają się z wielkim współczuciem nad cierpieniami mężczyzn atakowanych przez rozjuszone furiatki „dające w pysk za każdy przegapiony feminatyw”, bagatelizując krzywdę kobiet doświadczających przemocy lub dyskryminacji. Opowiadają się za edukacją, lecz jednocześnie blokują krytykę, jaka musi być jej podstawą i w zakamuflowany sposób postulują tworzenie bezpiecznych przestrzeni dla przemocowców.

Dlaczego to robią? Przyczyną może być przyziemna chęć zyskania poklasku tych, którzy mają władzę, często jednak jest to zinternalizowany seksizm, który, jak wielokrotnie wskazywano, sprawia, że kobiety postrzegają się nawzajem jako rywalki. Ponieważ wmówiono im, że w ich życiu mają się liczyć przede wszystkim mężczyźni, pochłonięte są troską o ich uczucia i nie potrafią budować solidarnych więzi z innymi kobietami. Pisząc, że ochrony przed dyskryminacją potrzebują wyłącznie „najbardziej kruche i wrażliwe”, Katarzyna Paprota stwierdza nie wprost, że te „normalne” i twarde takimi duperelami się nie przejmują. Męski przywilej to ich środowisko naturalne, więc jakże dojrzale nauczyły się z tym żyć i nie narzekać. Osoby, które w ten sposób internalizują własną niższą pozycję, bywają szczególnie wrogo nastawione wobec tych, które ośmielają się podważać zastane relacje władzy, ponieważ sprzeciw tych drugich obnaża uniżony oportunizm pierwszych.

Autorka kończy swój tekst pisząc, że „rola ofiary legitymizuje rolę feministki i zaspokaja zrozumiałą potrzebę uwagi i współczucia. Nie ma jednak feminizmu bez opowieści o odzyskaniu władzy po doznanej krzywdzie.” Pierwsza część tego stwierdzenia zawiera dobrze znaną – i niezwykle obrzydliwą – sugestię, że motywacją osób zgłaszających przemoc seksualną jest chęć zdobycia sławy i znalezienia się w centrum uwagi. Z drugą jednak trudno się nie zgodzić. Tylko że odzyskanie władzy nie jest możliwe, jeśli przełykamy doznaną krzywdę i udajemy, że nic się nie stało – a przy sprzyjającej okazji wyładowujemy zinternalizowane upokorzenia na innych kobietach bezczelnie walczących z tym, co przecież powinny dojrzale przyjąć na klatę. Warunkiem odzyskania podmiotowości zniszczonej przez wyrządzane nam krzywdy jest nazwanie tego, co się stało i zmuszenie społeczności, by przestała tolerować sprawców przemocy. I ja wierzę, że nam się to uda, bo zgadzam się, że „nie ma nikogo silniejszego niż skrzywdzona kobieta, która odzyskała swoją siłę”.