sobota, 18 sierpnia 2018

Nie dla ludu demokracja – i kasa




Proces przejmowania kontroli nad instytucjami państwa przez jedną opcję polityczną postępuje. Jak jednak zauważano wielokrotnie, także na tym blogu, problemem są nie tyle działania partii rządzącej, lecz przede wszystkim to, że cieszą się one poparciem ogromnej części społeczeństwa, a słupki poparcia dla PiS ani myślą spadać. Jako przyczynę tego zjawiska od dawna wskazuje się fakt, że partia ta wzięła wreszcie pod uwagę potrzeby licznych grup społecznych, których dotychczasowe rządy nie uznawały za wystarczająco ważne, by się nimi zająć. I nawet jeśli będziemy krytykować program 500+ za to, że ideologicznie wyklucza samodzielne matki oraz osoby nie posiadające dzieci, zaś retorykę wstawania z kolan za cyniczne podsycanie ksenofobicznych nastrojów, nie da się zaprzeczyć, że w ten sposób w końcu zauważone zostały ekonomiczne oraz symboliczne potrzeby grup, które jak dotąd nie liczyły się jako polityczne podmioty.

Neoliberalna retoryka rządząca w Polsce po 1989 roku wynosiła na piedestał przedsiębiorców i inwestorów, pracownikom natomiast zalecała zaciskanie pasa i piętnowała ich roszczeniowość, gdy nie chcieli zaakceptować nieuniknionej dziejowej konieczności, że za wykonywaną przez nich pracę po prostu nie da się wyżyć. Ponadto z aspirujących do światowości mediów wyrugowane zostały wszelkie osoby nie dość bogato ubrane i nie posiadające jakże niezbędnej przecież orientacji, co jest obciachowe, a co cool. Ogromne segmenty społeczeństwa zostały w ten sposób wykluczone z grona tych, których zdanie się liczy i o których potrzeby powinno troszczyć się państwo.

Takie wykluczenie jest oczywiście wielką ludzką krzywdą, ale trzeba podkreślić, że było to także sprzeczne z demokratycznymi zasadami równości i sprawiedliwości. Jest to istotne, bo ruchy społeczne sprzeciwiające się działaniom PiS niosą na sztandarach demokratyczne wartości, dlatego wydawałoby się, że powinny starać się naprawić błędy poprzednich ekip, które te wartości łamały, a po drodze zniszczyły wiele ludzkich żyć. Niestety, w środowiskach szeroko rozumianej opozycji trudno zauważyć dążenia, by do politycznych debat włączać grupy, które były jak dotąd pozbawione głosu, a gdy podejmowały próby upomnienia się o własny interes ekonomiczny, dyscyplinowano je figurą niedostosowanego homo sovieticusa. I dotyczy to także osób deklarujących lewicowe przekonania. Na przykład w niedawnej dyskusji między Agatą Bielik-Robson, liberałką o lewicowych inklinacjach, oraz Kają Puto i Michałem Sutowskim z identyfikującej się przecież z lewicą Krytyki Politycznej, obecna sytuacja ujmowana jest w terminach sporu między „starymi” liberałami z KODu, a „młodą” lewicą. Lud zasadniczo nie występuje w niej jako podmiot polityczny, którego głos i potrzeby – także ekonomiczne – należałoby uwzględniać.

W wywiadzie dla Newsweeka Agata Bielik-Robson stwierdza wprost, że „fundamentem rozwoju demokracji” jest klasa średnia: „gdy ona ma się dobrze, dobrze ma się i demokracja. Gdy klasa średnia traci podstawowe przywileje: poczucie bezpieczeństwa i solidność własnej pozycji, to wiara w wartości liberalne – wolność, skuteczność trójpodziału władzy, indywidualizm mentalny i ekonomiczny – zostaje poważnie zachwiana.” Dlatego też „ubożenie klasy średniej jest przyczyną erozji demokracji, co może doprowadzić do całkowitego unicestwienia tego ustroju.”

Zatem to dobrobyt klasy średniej powinien być zdaniem filozofki w centrum zainteresowania osób broniących demokracji, które zresztą same do tej klasy należą, gdyż to ona w tym ujęciu jest matecznikiem liberalnych, oświeconych wartości. Bielik-Robson nie precyzuje, jaki poziom dobrobytu jest niezbędny (zaspokojenie podstawowych potrzeb chyba jednak nie wystarczy?), ale użyte przez nią słowo „przywilej” sugeruje, że prawdopodobnie chodzi o dobrobyt względny: o posiadanie więcej niż ci, którzy są pod nami. Ubożenie klasy średniej prowadzi do „erozji demokracji”, natomiast ubożenie klas ludowych nie jest postrzegane jako istotny problem, wręcz przeciwnie: wygląda na to, że ich zbytnie wzbogacenie się miałoby niekorzystny efekt. „Solidność własnej pozycji” klasy średniej musi przecież w tym kontekście oznaczać pozycję w systemie klasowym, czyli nad klasą niższą. W ten sposób, gdy przeczytamy uważnie wypowiedź obrończyni demokracji liberalnej i dopowiemy zawarte w niej sugestie, naszym oczom ukazują się tkwiące pod nimi założenia sprawiające, że tak rozumiana „walka o demokrację” to w istocie walka klasy średniej o możliwość ekonomicznej dominacji nad klasą niższą.

Bielik-Robson wpisuje się w popularne ostatnio narzekania na „młodzież”, która nie chodzi na demonstracje w obronie sądów – znaczną część wywiadu zajmują właśnie rozważania, jak ową „młodzież” do tego jednak przekonać. Dla filozofki główna płaszczyzna sporu biegnie zatem między liberalnymi obrońcami demokracji starszego i średniego pokolenia, oraz nie rozumiejącymi powagi sytuacji młodymi ludźmi. Nie udało im się załapać na lukratywne posady zajęte przez starszych, przed którymi transformacja otworzyła złotonośne możliwości, dlatego zawiedzeni w swoich finansowych oczekiwaniach buntują się, nie dostrzegając, że „dziś głównym wyzwaniem jest walka o naszą zagrożoną obecność w świecie demokracji” i dopiero potem „będziemy mogli się pochylać nad problemami globalnego kapitalizmu, sprawiedliwości społecznej, nierówności itp.”

Jednak zgodnie z tezą Bielik-Robson, że ubożenie klasy średniej prowadzi do erozji demokracji, nie ma absolutnie nic dziwnego w tym, że gdy młodzież z klasy średniej nie ma szans finansowo dosięgnąć poziomu pokolenia swoich rodziców, to traci swoje (wrodzone?) demokratyczne instynkty i odrzuca priorytet walki o liberalne wartości. W takiej sytuacji powstaje jednakowoż pytanie, co z tymi, dla których takie aspiracje pozostawały od początku w sferze nierealnych marzeń? Może bieda klas ludowych również wpływa negatywnie na ich ochotę do przejmowania się demokratycznymi standardami? Jeśli zdaniem filozofki fundamentem demokracji jest klasa średnia, trzeba zapytać, jakie miałoby być uzasadnienie tej tezy? Czy chodzi o klasistowskie przekonanie, że ludzie nie dość majętni i wykształceni są zbyt głupi, żeby głosować? A może po prostu przygnieceni codzienną walką o ekonomiczne przetrwanie zwyczajnie nie mają głowy do tego, by zajmować się sprawami dotyczącymi społeczeństwa i struktur państwowych? Ale jeśli tak, to może uwolnienie ich od tej walki dałoby im taką możliwość i dzięki temu wzmocniło demokrację? Może jest ona osłabiana nie tylko przez ubożenie klasy średniej, ale przez istnienie ubóstwa w ogóle?

W dalszej części wywiadu dowiadujemy się jednak, że sama zamożność nie wystarczy. Ba! Materialistyczne nastawienie klasy średniej okazuje się wbrew wcześniejszym twierdzeniom filozofki zagrożeniem dla demokracji, ponieważ „klasa średnia, określająca się przez swój status finansowy, łatwiej hołduje zasadzie, że żyć, robić karierę i pieniądze można pod każdą władzą – posiadanie fortuny daje jej złudne poczucie nietykalności.” Dlatego gdy demokracja jest w niebezpieczeństwie, „pojawia się potrzeba inteligencji, która jako formacja charakteryzuje się podwyższoną świadomością obywatelską: ma lepsze wyczucie zagrożenia i wykazuje gotowość do poświęcenia własnych interesów na rzecz dobra wspólnego. Jak choćby odłożenie na chwilę kariery i wyjście na ulicę, aby protestować przeciwko zamachowi na niezawisłe sądy.” Jednak sama inteligencja demokracji nie jest w stanie obronić i musi zawiązać sojusz z klasą średnią, bo „tylko on będzie w stanie przeciwstawić sie fali antyliberalnego populizmu, tego z prawa, ale i tego z lewa.”

Spróbujmy jakoś złożyć w całość te mocno powikłane rozważania: podstawą demokracji jest klasa średnia, o ile jej finansowa pozycja jest niezagrożona, chociaż z drugiej strony dla tej pozycji jest w stanie porzucić demokrację, jeśli tylko inny system rządów pozwoli jej się bogacić. Dlatego obrony demokracji musi podjąć się inteligencja, która wykazuje się odpowiedzialnością za dobro wspólne, jednak, o dziwo, nie może tego zrobić bez wsparcia owej materialistycznej klasy średniej. Jak rozciąć ten pełen sprzeczności węzeł?

Wydaje się, że karkołomna próba oparcia demokracji na egoistycznej klasie średniej w sojuszu z inteligencją poświęcającą się dla wspólnoty służy Agacie Bielik-Robson do wyrażenia idei, że w demokracji potrzebujemy, owszem, dbania o dobro wspólne, ale też indywidualnych wolności, które jednak na niewiele się przydadzą, jeśli nasz materialny byt jest zagrożony. Jednostki współrządzące demokratycznym państwem muszą mieć zaspokojone podstawowe potrzeby, aby mieć czas i siłę do myślenia o sprawach wykraczających poza codzienne przetrwanie, ale także by móc realnie sprzeciwić się szkodliwym ich zdaniem działaniom i projektom – demokratyczna dyskusja nie jest możliwa, jeśli część jej uczestników ma ekonomiczną władzę nad innymi. Żeby demokratyczne prawo głosu miało sens, niezbędne jest ekonomiczne bezpieczeństwo – i to dla wszystkich. Opieranie demokracji na klasie, dla której ważniejsza od demokracji jest własna pozycja ekonomiczna nad inną klasą, jest zatem całkowitą pomyłką.

Istnieje wiele definicji demokracji, przypomnijmy jednak, że greckie słowo demos oznacza lud, a nie klasę średnią. W wywodzie Agaty Bielik-Robson nie istnieje on jednak zupełnie, co prowadzi filozofkę do dosyć kuriozalnej idei, że PiS jest anachroniczną, romantyczną inteligencją, która nie chce zaakceptować, iż musi odejść w przeszłość ustępując miejsca klasie średniej. Wprawdzie wskazywano wielokrotnie, że patriotyczne wzmożenie tej partii jest odpowiedzią na godnościowe potrzeby ludu wykluczanego ze sfery publicznej przez klasistowskie uprzedzenia, jeśli jednak w naszym świecie pojęciowym lud nie istnieje, to takie wyjaśnienie przestaje być dostępne i zostajemy z nieco zaskakującym obrazem PiS-owskich ideologów jako postaci z poematów Mickiewicza. W dalszej części wywiadu wizja ta jednak ulega nagłej zmianie i dowiadujemy się, że PiS jest inteligencją ludową. Filozofka nie precyzuje, czy oznacza to, że wywodzi się ona z ludu, a zatem jest inteligencją mniej lub też inaczej niż inteligencja inteligencka? Czy może po prostu słucha, lub przynajmniej udaje, że słucha głosu ludu? Idea, że można by to w ogóle robić, jest czymś niepojmowalnym także dla prowadzącej wywiad Aleksandry Pawlickiej, która stwierdza, że „PiS-owska elita dokonała podstępnego zabiegu – zdołała przekonać swoich wyborców, że jest uosobieniem woli suwerena.” Jednak jeśli to właśnie wyborcy są suwerenem, powyższe zdanie oznacza po prostu, że PiS przekonał swoich wyborców, że będzie realizował ich wolę – trzeba przyznać, że zaiste perfidny to podstęp!

W paradygmacie pokoleniowego sporu w łonie klasy średniej pozostaje także artykuł Kai Puto będący odpowiedzią Agacie Bielik-Robson. Autorka stwierdza, że młoda lewica nie zarzuca starszym liberałom idealistycznego przywiązania do demokratycznych wartości, lecz materialistyczne przywiązanie do neoliberalnych dogmatów – oraz dobrze płatnych posad, którymi wcale nie zamierzają się dzielić z młodszymi. Jej postulat można zatem ująć w pojęciowej siatce Bielik-Robson jako „więcej inteligencji i dobra wspólnego, mniej materialistycznej klasy średniej”. Ludu jednak – jego głosu i ekonomicznych interesów – wciąż tu nie uświadczymy. Ważna jest „propaństwowość, ideowość i sprzeciw wobec miałkiej postpolityki uprawianej za rządów PO”, które zdaniem autorki znajdziemy właśnie wśród młodej inteligencji. Jej lewicowość czy prawicowość jest dla Puto mniej istotna od samej ideowości, nie wydaje się zatem, żeby walka o równość ekonomiczną była tu priorytetem. Nie pojawia się ona także wśród wymienionych przez autorkę wyzwań dla przyszłości, z którymi powinna zmierzyć się ideowa polityka.

Kolejnym głosem w dyskusji są artykuły Michała Sutowskiego, który przyjął rolę rozjemcy budującego mosty między młodą lewicą a starymi liberałami, czyli de facto rozwijającego zaproponowaną przez Bielik-Robson ideę sojuszu inteligencji z klasą średnią. Jego zdaniem powinniśmy empatycznie wczuć się w „lud koderski” oraz postawić „grubą kreskę”, aby zostawić za sobą wypaczenia transformacyjnej przeszłości i skupić się na wspólnym budowaniu nowej przyszłości. Sutowski uważa, że tych „którzy nie czują się przegranymi transformacji […], nie należy zmuszać do przepraszania za porażki i sukcesy Leszka Balcerowicza, wykształcenie własnych dzieci, zbudowanie domów i firm czy raz do roku wakacje w Tunezji”. Autor konstruuje podbechtującą ego liberałów narrację, zgodnie z którą wygrana PiS nie była wynikiem zaniedbań PO, lecz tego, że efektywna polityka gospodarcza liberałów rozbudziła większe aspiracje. Polki i Polacy zapragnęli „cywilizacji rynku pracy, skoro tak pięknie rosło PKB, i polityki rodzinnej zgodnej z europejskimi standardami; teraz jeszcze pragną dostępnych mieszkań, transportu publicznego obok pendolino, godziwych wynagrodzeń dla pielęgniarek, nauczycieli i rezydentów.” Jedynie na marginesie Sutowski zaznacza, że jest świadom tego, że III RP doprowadziła do ogromnej biedy znacznych grup społecznych, które mogły jedynie „aspirować” do zaspokojenia podstawowych życiowych potrzeb. W ten sposób lewicy i klasom ludowym stawia na boczku marny ogarek w cieniu okazałej świeczki dla liberałów.

Ten rzucający się w oczy brak równowagi każe zapytać: czemu właściwie ma to służyć? Sutowski pisze, że jeśli nie przyjmiemy proponowanej przez niego strategii, „jako lewa strona skazujemy się […] na klęskę – bo ani nie przyciągniemy do lewicowego projektu ludzi pokolenia ‘wyborów czerwcowych’, ani tych, którzy zostaną przy PO/Nowoczesnej nie przekonamy do rezygnacji z antyspołecznych poglądów.” Jednak pomysł, że lewica powinna skupić się na przekonywaniu do swoich idei uprzywilejowanych ekonomicznie grup i właśnie do nich dostosować swój przekaz, wydaje się delikatnie mówiąc dziwny. Czyż celem lewicy nie jest reprezentowanie interesów klas ludowych oraz rozmaitych wykluczanych i dyskryminowanych mniejszości? Owszem, w przeciwieństwie do tekstów Agaty Bielik-Robson i Kai Puto, u Sutowskiego pojawia się marginalna wzmianka dotycząca ludu. Wymieniając kroki niezbędne do pokonania PiS, na trzecim miejscu (po odłożeniu na bok walk pokoleniowych i skupieniu się na przyszłości Polski) wymienia „poszukanie tych segmentów klas ludowych, do których można się odwołać bez porzucania wartości postępowych i liberalnych”. W stwierdzeniu tym tkwi założenie, że takich „segmentów” nie ma za dużo (skoro trzeba ich szukać) i że z ludem można rozmawiać, tylko o ile identyfikuje się już z „wartościami postępowymi i liberalnymi”, bo przekonywać go do nich najwyraźniej się nie da.

A jak jest z „ludem koderskim”? Sutowski chce go „przeciągać na lewo”, a jako przykładowe postulaty, za pomocą których można by to robić, wymienia następujące (numeracja dodana przeze mnie): „1) wolność to także prawo decydowania o własnym życiu przez kobiety oraz 2) infrastruktura dająca realny wybór miejsca i stylu życia; 3) klasa średnia potrzebuje wysokiej jakości usług publicznych, aby mogła w pełni rozwijać swój potencjał; 4) Unia Europejska wymaga solidarnościowej reformy, aby mogła przetrwać; 5) najlepszą ochronę przed władzą daje silny samorząd i sieć obywatelskich organizacji”. W zależności od interpretacji tych mocno ogólnikowych tez za umiarkowanie lewicowe można uznać punkty 2) i 4), reszta to centrowo-liberalne rudymenty. Jeśli „lud koderski” trzeba przekonywać do tego, że kobiety mają prawo decydować o własnym życiu, to czym się on różni od ludu PiS-owskiego? Zdaje się, że głównie estetyką. Ten pierwszy to ludzie o takich samych kodach kulturowych jak nasze, dlatego umiemy z nimi rozmawiać i wiemy, że musimy to robić, nawet jeśli wyrażają głęboko oburzające czy szkodliwe opinie. Ci drudzy zaś to obciachowa wiocha: wystarczy na nich spojrzeć, żeby nie mieć wątpliwości, że z postępowymi wartościami nie mają nic wspólnego. „Normalni ludzie” po prostu są klasą średnią – właśnie tą, której według trzeciego punktu z powyższej listy potrzebne są „wysokiej jakości usługi publiczne”, tą która ma potencjał do rozwijania.

I której perspektywa dominuje w mediach i kulturze przesłaniając wszelkie inne. Dlatego nakreślona przez Sutowskiego podróż po „oddolnym protokapitalizmie” jako okresie formacyjnym „ludu koderskiego” jest nie tylko całkowicie zbędna, gdyż takie opowieści słyszeliśmy setki razy. Jest też ponadto manipulacyjnym kamuflażem, który za empatyczną chęcią porozumienia z dominującą grupą ukrywa całkowity brak empatii w stosunku do innej, wykluczonej grupy. Nie, nie twierdzę, że jest to świadoma manipulacja. Obstawiałabym, że nie. Poczucie, że bardzo potrzebujemy w Polsce porozumienia, jest z pewnością szczere i podzielane przez wiele osób. Sęk w tym, że nie chodzi tutaj o porozumienie z tymi, z którymi rozmawiamy od dawna, lecz z tymi, z którymi nie rozmawialiśmy nigdy i nawet nie potrafimy sobie wyobrazić, jak taka rozmowa miałaby w ogóle wyglądać, bo – jak dobitnie pokazuje analizowana w tym artykule dyskusja – oni w naszym świecie po prostu nie istnieją. Dlatego zamiast docierać do jakże egzotycznego „ludowego ludu” wymyślamy sobie „lud koderski” jako cel naszych empatycznych perswazji.

Jednak nie chodzi tutaj tylko o trudności w przekroczeniu kodów kulturowych utrudniających międzyklasowe porozumienie. Chodzi po prostu o władzę. Jak pisze Michał Sutowski: „Lud koderski ma bowiem moc – demografii i frekwencji, ale też stabilnego zatrudnienia z normowanym czasem pracy, nieraz oszczędności i kapitałów wszelakich.” Tak, zwłaszcza kapitałów i władzy. Dlatego chociaż można pokpiwać, że postulując postawienie „grubej kreski” publicysta Krytyki Politycznej usiłuje wejść w buty epokowego „męża stanu”, użycie tego wyrażenia jest tutaj bardzo adekwatne i znakomicie odsłania ukryte założenia postulatów Sutowskiego. Celem oryginalnej „grubej kreski” było przecież skłonienie aparatu partyjnego posiadającego pełnię władzy – i może jednak nie całkiem zardzewiałe czołgi ZSRR w odwodzie – by oddał ją w bezkrwawy sposób. Zatem Sutowski proponuje, by pochlebstwem i przymilną zachętą skłonić tych, którzy mają władzę i „kapitały wszelakie”, żeby się nimi łaskawie odrobinkę podzielili – a przy tym jednocześnie konstruuje ich obraz jako niezrozumianego „ludu koderskiego”, w którego doświadczenia formacyjne powinniśmy się wczuwać.

Takie są podobieństwa, istnieje jednak także fundamentalna różnica z „grubą kreską” Mazowieckiego. W tamtym przypadku nikt bowiem nie miał wątpliwości, że realny socjalizm wyrządził wiele krzywd i one nie przestają istnieć przez to, że odstępujemy od ich ukarania, ponieważ umożliwi nam to bezkrwawe przejście do lepszej przyszłości, tym bardziej, że wymierzenie pełnej sprawiedliwości byłoby i tak niemożliwe. Funkcjonariuszy poprzedniego systemu ominęły konsekwencje ich czynów, nikt jednak nie zamierzał uwalniać ich od poczucia winy, ani pochylać się nad ich dobrym samopoczuciem. A to właśnie chce zrobić Michał Sutowski.

Tak, analogia jest tutaj jak najbardziej trafiona. Powiedzmy to wyraźnie: kapitalizm jest systemem, w którym jedni bogacą się kosztem innych, a w przypadku polskiej transformacji działo się to w szczególnie jaskrawy sposób. Często mówi się o jej „wygranych” i „przegranych”, tak jakby była to jakaś gra. Na jakich zasadach jednak ją prowadzono? Czy rzeczywiście, jak sugeruje metafora gry, wystarczyło mieć odpowiednie umiejętności i wytrwałość wsparte odrobiną szczęścia? Jak wiadomo nie każdy mógł zostać „wygranym” prywatyzacji państwowych przedsiębiorstw: trzeba było mieć odpowiednie powiązania z władzą. Natomiast w przypadku reprywatyzacji domów i gruntów w Warszawie oprócz zamiłowania do „atmosfery przedwojennej stolicy” niezbędna była znajomość prawnych kruczków – oraz całkowity brak skrupułów i elementarnej etyki.

To najbardziej jaskrawe przypadki, ale kapitalistyczne bogacenie się cudzym kosztem może przyjmować różne postacie. Najbardziej oczywiste są te bezpośrednie: gdy ktoś za pomocą balansowania na granicy prawa czy niejasnych układów z władzą zagarnia publiczne mienie, albo gdy wykorzystując czyjąś słabą pozycję płaci zaniżone stawki za pracę, towary lub usługi. Trudniej dostrzec sytuacje, gdy czyjś ekonomiczny sukces oparty jest na strukturalnych przywilejach. W obecnych systemach gospodarczych skomplikowane sieci połączeń sprawiają, że decyzje polityczne oraz ich ideologiczne uzasadnienia wpływają na to, które grupy i jednostki mają duże szanse się wzbogacić, a którym się to z pewnością nie uda, choćby stawały na rzęsach. Nie, nie jest tak, że liniowy, niski CIT jest niepowiązany z niskimi płacami pielęgniarek i nauczycielek, a niewielkie koszty pracy korzystne dla przedsiębiorców nie mają związku z biedą pracowników i brakiem perspektyw na jakiekolwiek emerytury dla wiecznie samozatrudnionych. Albo brutalniej i bardziej bezpośrednio: nie jest tak, że nowy samochód i willa szefa są niepowiązane z „niezałapaniem się” jego pracowników.

Owszem, zakładający własną firmę informatyk nie miał wpływu na to, że zgodnie z dominującą ideologią ludzie tacy jak on – wykształceni i przedsiębiorczy – powinni zarabiać dużo. Znacznie więcej niż ci wykonujący proste, chociaż często niszczące dla zdrowia, prace fizyczne. I że państwo powinno wspierać tę hierarchię, bo przecież naszą przyszłość budują „nowoczesne technologie”, a nie to, czy nasze otoczenie będzie posprzątane i czy będzie komu troszczyć się o chorych w szpitalach. Nie miał też wpływu na seksizm sprawiający, że zajęcia stereotypowo męskie – takie jak inżynieria czy programowanie – są uznawane za więcej warte niż te związane z opieką. Ale bez tych przywilejów nie dałby rady finansowo zdeklasować pielęgniarek, nauczycielek czy sprzątaczek. I jeśli wymazujemy istnienie tych przywilejów twierdząc, że o wysokich zarobkach decydowała wyłącznie ciężka praca i talent, to utrwalamy istniejące nierówności. Jeśli za pomocą „grubej kreski” przyklepujemy fakt, że niektórzy nagromadzili sobie „kapitały wszelakie”, to dajemy im fory w kapitalistycznym wyścigu, w którym „kto ma, temu będzie dodane, i nadmiar mieć będzie; kto zaś nie ma, temu zabiorą również to, co ma”.

W żadnym wypadku nie twierdzę, że włączanie osób uprzywilejowanych do walki o równość nie ma sensu. Owszem, na przykład mężczyźni mogą – i powinni! – walczyć z seksizmem. Ale feminizm starający się przede wszystkim nie wzbudzać w nich poczucia winy za to, że są uprzywilejowani, i w tym celu maskujący fakt, że nie grają oni na tych samych zasadach, co kobiety, nie byłby feminizmem, lecz narzędziem podtrzymywania patriarchatu. Dlatego jeśli Michał Sutowski chciałby włączyć „lud koderski” do walki o sprawiedliwość społeczną, musi przede wszystkim przekonać go do zmierzenia się ze świadomością własnego uprzywilejowania, którego konsekwencją były i są ogromne ludzkie krzywdy. Tak, owe porzucone przez państwo PGR-y. Tak, rzesze osób pracujących za głodowe stawki i niemających szans na wyjście z biedy. Bo póki co próbując podebrać PO i Nowoczesnej ich elektorat, podbiera im jedynie polityczne programy. I naprawdę nie sądzę, żeby w Polsce potrzebna była jeszcze jedna partia reprezentująca liberalną klasę średnią, a nazywanie jej lewicą jest już całkowitą aberracją.

Ale przede wszystkim broniąc demokracji trzeba pamiętać, że słowo to oznacza rządy ludu – ogółu obywatelek i obywateli, a nie jednej wyróżnionej klasy. I że demokratyczne ścieranie się poglądów i konstruowanie dobra wspólnego uwzględniającego odmienne interesy jest niemożliwe, jeśli materialny byt pewnych grup ludzi zależny jest od widzimisię innych. Że bieda uniemożliwia świadomy udział w demokratycznych procesach. Michał Sutowski pisze, że „w demokracji, podoba nam się to czy nie, jeden obywatel to jeden głos”. Wyraźnie widoczny za tym stwierdzeniem smuteczek wzdycha: „ach, niestetyż!” Jednak przyjmując taką perspektywę nie tylko nie mamy szansy obronić demokracji, lecz po prostu stanowimy dla niej zagrożenie. Tak samo jak inteligencja poświęcająca demokrację i dobro wspólne dla podtrzymywania nadrzędnej pozycji ekonomicznej klasy średniej.


poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Polska - Polka - klasa


Jakie jesteśmy? Niby to wiemy – znamy przecież siebie. Jednak nasze postrzeganie samych siebie jest w ogromnym stopniu kształtowane przez relacje społeczne, w których żyjemy. To, jak widzą nas inni – bliscy lub całkowicie nam nieznani – wpływa na nasz obraz samych siebie. A kategorie, na jakie w danym społeczeństwie dzieli się ludzi, oraz związane z nimi stereotypy kształtują nas i nasz społeczny status, otwierając przed nami możliwości działania lub przeciwnie: uniemożliwiając nam rozwój i godne życie.

Monique Wittig pisała, że dyskursy odznaczają się na naszych ciałach i uciskają nas materialnie, a społeczne kategoryzacje mają przełożenie na system klasowy i ekonomiczną sytuację różnych grup. Systemy dominacji nie są wyłącznie efektem przemocy fizycznej – udaje im się tak długo utrzymywać właśnie dzięki produkcji usprawiedliwień, które przedstawiają wytworzone przez wyzysk kategorie jako naturalne. Gdyby nie rasizm i sfabrykowana przezeń kategoria rasy, którą obecnie uznaje się za całkowicie nienaukową, nie dałoby się tak łatwo uzasadnić traktowania pewnych grup ludzi jako zasobów pozbawionych jakichkolwiek praw. Władza feudalnych panów utrzymywała się dzięki przeświadczeniu, że została „dana od Boga”, chłopi z kolei „z natury” mieli być stworzeni do pracy, chociaż również „z natury” leniwi, co czyniło „naturalnie” koniecznym zapędzanie ich do roboty za pomocą bata. Podobne przekonania uzasadniały wyzysk robotników, zaś koncepcja roszczeniowego homo sovieticusa, który jako relikt minionej, chorej epoki powinien po prostu odejść w przeszłość, umożliwiła pozbawienie znacznej części polskiego społeczeństwa pracy i środków do życia w pochodzie ku świetlanej, neoliberalnej racjonalności.

Walka o zasoby i instytucjonalną władzę łączy się zatem z walką o „rząd dusz”: o możliwość kształtowania naszej wyobrażonej rzeczywistości tak, aby różne grupy społeczne były w niej uznawane za lepsze lub gorsze, za wymagające opieki, pouczenia czy specjalnego nadzoru albo przeciwnie: naturalnie predestynowane do władzy. Jak argumentowałam gdzie indziej, obecnie jednym z czynników kształtujących system klasowy jest obciach – pojęcie to pozwala nam na przykład wyjaśnić, w jaki sposób miliarder Trump mógł skutecznie wykreować się na orędownika wykluczonych, co jest niewytłumaczalną zagadką, jeśli pozostaniemy przy samych kategoriach ekonomicznych. Natomiast w Polsce naznaczanie pewnych grup społecznych jako gorszych wypływa często z pozornie oświeconego krytykowania Polski i polskości, które jednak, jak wykazywałam, nie przyczynia się do likwidacji nietolerancyjnych postaw, z którymi teoretycznie chce walczyć. Efektem jest jedynie poprawa samopoczucia osób klasowo uprzywilejowanych oraz tym większa potrzeba kompensacji upokorzeń u tych, kosztem których się to odbywa. Tym bardziej, że przypięcie pewnym grupom łatki niekulturalnych i wymagających wychowywania uzasadnia bardzo skutecznie pozbawienie ich dostępu do dobrze płatnych zawodów, a także potrzebę ścisłej kontroli i protekcjonalnego pouczania przy wykonywaniu jakiejkolwiek pracy.

W zależności zatem od politycznych celów osób tworzących takie wizerunki Polacy jawią się jako bohaterscy i waleczni (to wizja, którą maszyna propagandowa państwa wstającego z kolan chce karmić świat) albo głupi, niekulturalni, roszczeniowi i autorytarni, a do tego jeszcze pozbawieni dobrego smaku, obycia w świecie i tolerancji. Czy to samo dotyczy jednak także Polek? Narodowe stereotypy zazwyczaj koncentrują się na męskich przedstawicielach danej grupy etnicznej, o czym przekonała się niedawno moja studentka szukając materiałów do pracy o sytuacji Ukrainek w Polsce. Joanna Konieczna-Sałamatin, analizując, jak postrzegamy Ukraińców, stwierdza: „Paradoks polega tu na tym, że trudno pogodzić stereotyp ‘agresywnych i zawziętych’ Ukraińców z powierzaniem im prac, wymagających pewnego rodzaju poświęcenia i empatii, jak to jest przy usługach opiekuńczych”. Nawet w artykule opublikowanym w czasopiśmie naukowym zdarza się zatem przeoczyć taki drobny szczegół jak płeć, także jeśli sama autorka jest kobietą i jeśli stawia to nas przed nieco zaskakującym obrazkiem „zawziętego” Ukraińca z polskim niemowlęciem w ramionach. „Poważne” badania naukowe muszą przecież mówić o ludziach, a nie „ideologicznie” pytać o ich płeć – w całym artykule nie znajdziemy wzmianek dotyczących sytuacji Ukrainek w Polsce.

Jakie zatem są Polki? Jeśli zadamy to pytanie wyszukiwarce internetowej, okazuje się, że przede wszystkim piękne, chociaż zbyt łatwe. Tak, naprawdę! Większość odnośników dotyczy tego, jak Polki postrzegane są przez cudzoziemców (płci oczywistej), a portal wp.pl rozwija to dopytując: „Jak obcokrajowcy postrzegają Polki? Powinniśmy być z nich dumni? A może musimy się za nie wstydzić?”. Polki zatem są piękne, chociaż niestety często niegustownie ubrane, a przy tym brak im wiary w siebie i zamęczają partnerów narzekaniem na mankamenty swojej urody. Lubią wypić i umieją się zabawić, ale czemu są takie łatwe? Do tego po ślubie czeka niemiła niespodzianka, bo pokazują wtedy swoje tradycjonalistyczne oblicze i wychodzi na jaw, że we wszystkim słuchają się matek. Albo też (nie wiadomo, co gorsze!) okazuje się, że są tak ambitne i pracowite, że mężczyzna i ewentualne plany założenia rodziny schodzą w ich życiu na dalszy plan.

Polka nie jest już zatem Matką Polką poświęcającą synów dla Ojczyzny, lecz towarem seksualnym, który owszem, ma rozmaite zalety, ale niestety też sporo wad. Internetowe portale zdają się mówić: „Polki, ogarnijcie się, nie takimi was chcą zagraniczni mężczyźni! Polacy chcieliby być z was dumni, a nie wstydzić się za was!”. Polka w internetowych popularnych artykułach jest więc przede wszystkim kobietą. I to rozumianą jako zasób dla mężczyzn – jej istotne cechy to te, które wpływają na zadowolenie seksualnego lub życiowego partnera. Natomiast narodowość Polek ma znaczenie tylko o tyle, o ile odpowiednio wypełniane przez nie funkcje przyczyniają się do narodowej dumy z tego, że „nasze” kobiety są lepsze od „ichnich”.

Internetowe felietony nie pretendują do statusu tekstów naukowych i rządzą się zasadą klikalności. Co jednak z badaniami naukowymi? W 2012 roku Dominika Maison i Katarzyna Pawlikowska przeprowadziły na reprezentatywnej próbie Polek w wieku od 18 do 70 lat badanie zatytułowane „Polki same o sobie”, na podstawie którego powstała książka Polki. Spełnione profesjonalistki, rodzinne panie domu czy obywatelki świata?. Występujące w tytule określenia to trzy z siedmiu psychologiczno-społecznych typów kobiet, jakie wyodrębniły autorki badań na podstawie analizy statystycznej uzyskanych danych. Bliższe przyjrzenie się tej typologii, a także samym zadawanym pytaniom, pokazuje założenia autorek odzwierciedlające społeczne oczywistości dotyczące tego, co to znaczy być Polką.

Oprócz standardowych pytań o poglądy polityczne, światopogląd, zadowolenie z życia oraz pracy, w badaniu pojawiają się też pytania o stosunek do własnego ciała i dbania o urodę. Jednak kluczowe znaczenie dla wyróżnienia wspomnianych wyżej typów Polek mają ich decyzje dotyczące dylematu „kariera czy rodzina” oraz sposoby radzenia sobie, jeśli mimo wszystko chciałyby mieć jednocześnie jedno i drugie. Zatem już w samym projekcie badań przyjęte zostały jako oczywiste założenia, że kobiety są oceniane ze względu na wygląd oraz że posiadanie rodziny w ich wypadku pozostaje w konflikcie z pracą zarobkową. W ten sposób autorki badań nie tylko odzwierciedlają rzeczywistość społeczną, ale też naturalizują ją jako coś normalnego i nie podlegającego kwestionowaniu.

Największą z grup wyróżnionych przez Maison i Pawlikowską są „niespełnione siłaczki” (24%). Co czwarta z badanych usiłuje łączyć życie zawodowe z dbaniem o rodzinę – i robi to kosztem siebie: ciągłego zmęczenia, poczucia, że nic się nie zrobiło porządnie i nie wykorzystało wszystkich szans. Dwie kolejne grupy to „zachłanne konsumpcjonistki” (17%) oraz „rodzinne panie domu” (13%). Dla obu najważniejszym celem życiowym jest założenie rodziny rozumianej patriarchalnie, czyli z mężczyzną jako głównym żywicielem. Jednak podczas gdy te drugie (pochodzące głównie ze wsi i mniejszych miast) są zadowolone ze swojego życia i sprawowanej funkcji strażniczki ogniska domowego, te pierwsze oprócz deklarowanego spełnienia wyrażają też głębokie poczucie krzywdy, a swoją wartość opierają na statusie wyznaczanym przez dobra materialne.

Najbardziej niezadowolone z życia są natomiast „osamotnione konserwatystki” (10%). W tej grupie najwięcej jest osób starszych i mieszkanek małych miejscowości, są one też najsłabiej wykształcone (jedynie 3% ma wykształcenie wyższe). Konserwatywne poglądy na temat roli kobiety i wychowywania dzieci łączą z dumą z polskości oraz lokalnych przynależności; czas głównie spędzają przed telewizorem, nie dbają o zdrowie ani urodę, nie czerpią też satysfakcji z pracy. Niezadowolone są też „rozczarowane życiem” (12%), czyli nieudanymi związkami, trudnymi relacjami z dziećmi, niesatysfakcjonującą pracą. Są smutne i zmęczone, a ich życie to po prostu walka o codzienne przetrwanie. W tej grupie dużo jest starszych kobiet, ale sporą jej część stanowią też kobiety młode i w średnim wieku.

Zadowolone z życia są natomiast „spełnione profesjonalistki” (10%) – najlepiej wykształcone, nowoczesne i dbające o własne potrzeby. Praca zawodowa i samorozwój są dla nich najważniejsze, 43% z nich nie ma dzieci, a pozostałe, w przeciwieństwie do „niespełnionych siłaczek”, nie czują się winne, zlecając obowiązki domowe innym. Niezależność i samorozwój są podstawą także dla „obywatelek świata” (14%), z których aż 69% jest poniżej 25 roku życia. Studiują, podróżują, znają się na modzie i trendach, lubią wydawać pieniądze na kosmetyki i ubrania. Opinia innych odgrywa bardzo dużą rolę w ich samookreślaniu się, czas spędzają głównie w towarzystwie i bez niego nie bardzo wiedzą, co ze sobą zrobić.

Oczywiście badaczki mają prawo zdecydować się na pogrupowanie badanych kobiet na podstawie cech psychicznych, światopoglądu oraz zadowolenia z życia i pracy, jednak na utworzonej przez nie liście typów społecznych uderza brak czynnika klasowego – pojawia się on jedynie pośrednio przy okazji określania miejsca zamieszkania oraz wykształcenia. Nie znaczy to jednak, że badanie jest neutralne klasowo. Wręcz przeciwnie: pominięcie uwarunkowań wypływających z kapitału ekonomicznego i kulturowego wzmacnia dominację klasową, sugerując, że spełnienie i zadowolenie z życia są kwestią wyłącznie indywidualnych umiejętności wyznaczania i osiągania celów. „Niespełnione” po prostu nie umiały odpowiednio ułożyć sobie priorytetów i zamiast się rozwijać, utraciły radość życia w codziennej walce o ekonomiczne przetrwanie lub też usiłując godzić obowiązki zawodowe z pracą opiekuńczą. Czy jednak naprawdę wystarczy asertywnie pozwolić sobie na poluzowanie kulturowych wymagań stawianych matkom i gospodyniom domowym, żeby przestać się miotać jako „niespełniona siłaczka”? Może należałoby zadać pytanie, czy aby na pewno z każdej pensji kobiety pracującej zawodowo da się opłacić opiekunkę do dziecka i panią do sprzątania? Kto płaci za studia, podróże, kosmetyki i ubrania młodziutkich „obywatelek świata”? I czy naprawdę tylko pracowitość, wytrwałość i optymistyczna pewność siebie decydują o tym, że to właśnie te a nie inne kobiety z wyższym wykształceniem zostają „spełnionymi profesjonalistkami”, zamiast „rozczarowanymi życiem”, które usiłując sprostać codziennym obowiązkom zapomniały już, jak wygląda satysfakcja z wykonywanej pracy?

Silne neoliberalne założenia tkwiące u źródeł omawianych badań nie dziwią, jeśli weźmiemy pod uwagę, że Dominika Maison oprócz robiącej akademicką karierę psycholożki jest również przedsiębiorczynią współpracującą jako ekspertka ze Związkiem Przedsiębiorców i Pracodawców, a Katarzyna Pawlikowska to współzałożycielka agencji marketingowej i ekspertka Sieci Przedsiębiorczych Kobiet. Jednak przyjęcie powyższych założeń w badaniach, których celem jest przedstawienie wiarygodnego i rzetelnego obrazu Polek, jest właśnie jednym z opisanych wyżej sposobów wykorzystania swojej pozycji klasowej do wytwarzania tożsamości pewnych grup jako zasługujących na wyzysk, a tym samym – do produkowania i utrwalania nierówności klasowych. Jeśli bowiem spełnienie zawodowe ma być wyłącznie kwestią indywidualnych postaw, nie ma potrzeby pytać o równy dostęp do edukacji i pozwalających zdobywać doświadczenie podróży zagranicznych. W ten sposób wymazana zostaje kwestia przywilejów klasowych sprawiających, że możliwości osiągnięcia „spełnienia” i „światowości” są dostępne tylko dla wąskich kręgów, zaś pozostające poza nimi osoby zostają naznaczone etykietką przegranych frustratek. A skoro same są sobie winne, że nie zostały „profesjonalistkami”, czy trzeba je godnie opłacać w niesatysfakcjonujących pracach, jakie wykonują?

Przyjęte przez autorki badań założenia uniemożliwiają ponadto dostrzeżenie wyzysku polegającego na tym, że to kobiety obciążone są niepłatną pracą domową. Nie powstaje wtedy pytanie, w jaki sposób społeczeństwo rozdziela – niezbędne przecież! – prace reprodukcyjne: kto na tym korzysta, a czyje możliwości rozwoju zostają ograniczone? Sprowadzenie tego problemu do indywidualnej kwestii stawiania swoich potrzeb na pierwszym miejscu i odpuszczenia dążeń do ideału matki czy perfekcyjnej pani domu (a wcześniej jeszcze zostania „profesjonalistką”, którą stać na nianię i pomoc domową) sprawia, że nie ma potrzeby pytać o społeczne systemy opieki dziennej dla dzieci. Jeśli nie stwierdzi się wyraźnie, że to mężczyźni zyskują na obarczaniu kobiet niepłatną pracą domową, ich opór wobec zmiany tej sytuacji nie zostanie uwzględniony jako aż za dobrze przewidywalny czynnik blokujący wyzwolenie „niespełnionych siłaczek”. Nie pojawi się też pytanie, czy rzeczywiście 43% bezdzietnych profesjonalistek po prostu nie chciało mieć dzieci, czy może to niesprawiedliwy system społeczny kazał im wybierać między samorozwojem a założeniem rodziny? Co kompensują sobie za pomocą dóbr materialnych zależne finansowo od mężów „zachłanne konsumpcjonistki”?

Klasyczne marksowskie ujęcie systemów klasowych jest od dawna przestarzałe i nieadekwatne do opisu współczesnych społeczeństw. Feministyczne badaczki o socjalistycznych poglądach od lat 60. XX wieku usiłują wymyślić, jak można by wykorzystać tę teorię w koniecznej przecież walce z wyzyskiem, nie popadając przy tym w seksizm kryjący się w jej kategoriach ślepych na to, w jaki sposób obciążenie pracą reprodukcyjną wpływa na ekonomiczną sytuację kobiet. Podsumowując kilkadziesiąt lat  badań, Joan Acker stwierdza, że próby pogodzenia marksizmu z feminizmem skończyły się niepowodzeniem, dlatego konieczne jest całkowite przeformułowanie pojęcia klasy, tak aby uwzględniało ono wpływ rozmaitych pomijanych dotąd czynników (takich jak płeć, rasa, pochodzenie etniczne, orientacja seksualna czy sprawność) na ekonomiczną sytuację jednostek.

Obecnie kapitalizm nie jest po prostu wyzyskiem robotników przez burżuazję, lecz skomplikowanym, globalnym tworem służącym do uzyskiwania bogactwa cudzym kosztem. Pojęcie klasy musi zostać dostosowane do tej sytuacji tak, by ujmowało wszelkie czynniki wpływające na organizację pracy i dystrybucję uzyskanych z niej dochodów. Nie znaczy to jednak, że należy porzucić pojęcia klasy robotniczej, średniej czy wyższej. Trzeba po prostu pamiętać, że ponieważ wrzucają one do jednego worka grupy o różnej sytuacji materialnej i społecznej, są mocno ograniczonym narzędziem do opisu współczesnego świata. Ekonomiczna pozycja dobrze zarabiającego robotnika wykwalifikowanego jest znacznie wyższa niż ledwo wiążącej koniec z końcem doktorantki i zupełnie inne konsekwencje dla ich życia i pracy będzie miało podpadanie pod stereotyp „robola” albo „łatwej laski”. Inną pozycję klasową będzie mieć przedsiębiorczyni samotnie wychowująca trójkę dzieci, inną jej konkurent obsługiwany przez żonę. W przeciwieństwie do jasnego podziału na dobry proletariat i złą burżuazję, w złożonym systemie dominacji większość osób jest jednocześnie wyzyskiwanymi i wyzyskiwaczami: przedsiębiorczyni może wyzyskiwać swoje pracownice, a robotnik korzystać z darmowej pracy żony – a także z wyzysku chińskich pracownic szyjących jego ubrania.

Klasy należałoby zatem rozumieć jako efekt nakładających się płaszczyzn dominacji, które na różne sposoby kształtują ekonomiczne możliwości jednostek należących do rozmaitych grup. Z pewnością nie można powiedzieć, że kobiety tworzą jednorodną klasę, ale można wyróżnić zestaw czynników, takich jak obciążenie pracą reprodukcyjną oraz bycie obiektem seksualnym, które wpływają na ich pozycję klasową. Oczywiście pozostałe czynniki klasowe sprawiają, że część z nich ma finansowe zasoby, dzięki którym mogą poradzić sobie z tymi problemami – przy okazji wyzyskując nianie i pomoce domowe. Praca tych ostatnich wyceniana jest znacznie niżej niż działalność „profesjonalistek”, a jednym z czynników kształtujących tę wycenę są przekonania tkwiące u źródeł opisanych wyżej badań, a następnie utwierdzone przez nie przy pomocy autorytetu naukowego. Ale to, że pewne grupy kobiet mają możliwość poradzenia sobie z wynikającymi z płci utrudnieniami w karierze kosztem innych kobiet, nie zmienia faktu, że mężczyźni z takimi przeszkodami nie muszą się mierzyć w ogóle. I jeśli posiadają pracującą w domu żonę, nie obciąża ich dodatkowy budżet wydatków na prace reprodukcyjne.

Nie zmienia to także faktu, że w przeciwieństwie do mężczyzn wszystkie kobiety podlegają ocenie jako obiekty seksualne i wszystkie narażone są na gwałt i molestowanie. Niewątpliwie kapitał społeczny i ekonomiczny wpływa w kluczowy sposób na to, na ile jesteśmy w stanie się przed tym bronić: jakie mamy sieci wsparcia, czy znamy swoje prawa i wiemy, jak o nie walczyć, czy stać nas na wynajęcie prawników, porzucenie pracy u boku molestującego szefa lub też na odejście od przemocowego partnera. Podobnie też – bez względu na różnice między nami – na wszystkie kobiety ma wpływ obecne w przytoczonych wyżej popularnych opisach Polek przekonanie, że samorozwój i poświęcenie się własnej pracy czyni cię nieatrakcyjną seksualnie. Oczywiście, od indywidualnych predyspozycji psychicznych oraz dostępności lub braku wspierających relacji międzyludzkich zależy, jak sobie z tym radzimy. Ale musimy sobie z tym radzić wszystkie i wszystkie też w mniejszym lub większym stopniu internalizujemy społeczne oko oceniające nasz wygląd, a za odstawanie od narzuconych norm płacimy obniżonym poczuciem własnej wartości, które z kolei przekłada się na niższe zarobki. Jeśli kobietom stale wmawia się, że są gorsze, bo nie wyglądają jak wyretuszowane modelki, to brak im pewności siebie, by w pracy skutecznie domagać się podwyżek.

W ten sposób dochodzimy do godności jako istotnego czynnika w tworzeniu struktur klasowych. Nie, nie jest to wyłącznie pojęcie ze słownika chorego nacjonalizmu, lecz wiąże się również ściśle z ekonomią. Ludzie zarabiający godnie (nie bez powodu to słowo pojawia się także w tym kontekście), niemający problemów z zaspokojeniem codziennych potrzeb, czują, że ich praca się liczy i że oni sami liczą się jako obywatele. Z takim poczuciem będą umieli walczyć o swoje prawa i nie dadzą sobie łatwo wmówić, że ich niskie zarobki są  czymś nieuniknionym. Ale przede wszystkim, nikt nie zaproponuje im zaniżonej płacy, jeśli ich godność jako obywatelek i obywateli będzie społecznie uznawana. Godność tę często niszczy wspomniana na wstępie władza obciachu, ale znacznie bardziej traumatycznie zostaje ona naruszona w przypadkach przemocy seksualnej. Akcja #metoo pokazała, że dotyka ona w zasadzie każdej kobiety i że standardy ścigania sprawców przemocy są rażąco nieskuteczne. Jedną z przyczyn jest właśnie postrzeganie kobiet jako obiektów seksualnych istniejących po to, aby zaspokajać potrzeby mężczyzn. Mają być piękne, nie narzekać, nie angażować się za bardzo w karierę i nie słuchać we wszystkim matki. A jeśli będą protestować, że wbrew ich woli dogadzanie mężczyźnie poszło za daleko, to i tak nikt im nie uwierzy – same chciały, są przecież takie łatwe!

Rynek nie jest bezosobowym mechanizmem obiektywnie ustalającym wartość ludzkiej pracy – na jego wyroki składają się tysiące wartościowań oraz decyzji podejmowanych przez konkretne osoby w danym środowisku społecznym. Na tę wycenę znikomy wpływ mają takie czynniki jak społeczna użyteczność danej pracy, wiążąca się z nią odpowiedzialność czy poziom kompetencji niezbędnych do jej wykonywania. Poziom wynagrodzeń jest przede wszystkim efektem istniejących w społeczeństwie relacji władzy i to dlatego pielęgniarka czy nauczycielka zarabia grosze, a prezes banku krocie. Władza ta nie opiera się na sile fizycznej – chociaż oczywiście nie bez znaczenia jest możliwość wywierania wpływu na polityków, by uchwalali odpowiednie ustawy, a następnie egzekwowali je za pomocą państwowych aparatów przymusu. Jej podstawowym fundamentem są jednak społeczne tożsamości przypisywane różnym grupom, dlatego musimy stale pytać, czemu i komu mają one służyć, co usprawiedliwiają i w jaki sposób my same – świadomie lub nie – je wzmacniamy. Jest to niezbędne szczególnie w badaniach naukowych – nie tylko dlatego, że bezkrytyczne przyjęcie „oczywistych” w danym społeczeństwie założeń umniejsza ich naukowość, lecz przede wszystkim dlatego, że naukowy autorytet umożliwia skuteczne utrwalanie różnego rodzaju nierówności.

Wróćmy jednak do Polek i Polaków. W dominujących medialnych obrazach polskość jest przede wszystkim męska – albo bohaterska, albo też zrównana z agresywnymi uczestnikami Marszów Niepodległości bądź obciachowymi „januszami biznesu” – co sprawia, że Polki zostają z niej wykluczone. Że Polska nie jest nasza. Czy da się zatem badać, jakie i jacy jesteśmy, tak aby uzyskana odpowiedź nie ograniczała się do wąskiej, uprzywilejowanej grupy? Jak zmieniłby się nasz obraz Polski, gdyby zapytać nie tylko jej obywatelki, ale także obywateli o stosunek do własnego ciała i urody oraz o sposoby łączenia pracy zawodowej z zobowiązaniami rodzinnymi? Może dzięki temu atrakcyjność i kwestie istotne dla bliskich relacji przestałyby definiować wyłącznie Polki i paraliżować je swoim krytycznym ostrzem? Może Polska, w której obraz Polaka wiązałby się z wykonywaniem prac opiekuńczych, sama stałaby się bardziej opiekuńcza: wobec własnych obywatelek i obywateli, ale także na przykład uchodźców?

Nie, to nie jest utopia. W powstałym na podstawie badania CBOS autoportrecie Polaków wśród pozytywnych cech na pierwsze miejsce wysuwa się pracowitość, na dalszych miejscach występują zaś między innymi serdeczność, zaradność i gościnność. To cechy, w których Polki również z powodzeniem mogą się odnaleźć, a obraz ten prawdopodobnie uwzględniałby je w większym stopniu, gdyby pytano nie tylko o cechy „typowego Polaka”, ale też „typowej Polki”. Jak przekształciłaby się nasza zbiorowa świadomość, gdyby ta perspektywa została postawiona w centrum, a medialnie atrakcyjna antagonistyczna para bohater/faszysta zostałaby zepchnięta na margines naszej zbiorowej tożsamości? Jak zmieniłaby się polskość, gdybyśmy zrozumieli, że obciach jest przemocą? Do zbudowania takiej Polski potrzeba na pewno wielu dyskursywnych cegiełek układanych zbiorowym wysiłkiem. Wszystko przed nami.

Artykuł ukazał się w numerze 40-41 czasopisma "Wakat"

poniedziałek, 14 maja 2018

Demokrację trzeba dopiero zbudować, bo bronić nie ma czego




PiS demontuje demokrację w Polsce, wprowadzając krok po kroku system autorytarny, dlatego głównym celem osób ceniących wartości demokratyczne powinno być odsunięcie tej partii od władzy – takie jest stanowisko polityczek i publicystów dążących do stworzenia zjednoczonego frontu opozycji. Osoby niezgadzające się z tym podejściem wskazują, że działania podobne do wzbudzających oburzenie posunięć partii rządzącej miały miejsce, chociaż na mniejszą skalę, także za rządów PO. Taki „symetryzm” uznawany jest przez „twardy anty-PiS” za szkodliwy dla walki z fundamentalnymi zagrożeniami demokracji.

Jednak problem z łamaniem demokratycznych wartości za poprzednich rządów nie polegał tylko na proceduralnych nadużyciach przy wyborze sędziów do Trybunału Konstytucyjnego, lecz miał znacznie głębsze korzenie. Co więcej, u źródeł utrzymującego się wysokiego poparcia dla PiS leży właśnie ten zasadniczy deficyt demokracji, z jakim mieliśmy do czynienia już wcześniej. Dlatego dążenie do przywrócenia status quo ante nie tylko nie ma szans na uzyskanie powszechnego poparcia społecznego, a przez to jest błędne ze strategicznego punktu widzenia, ale też jest po prostu sprzeczne z demokratycznymi wartościami, których obronie teoretycznie ma służyć. Demokracja, z jaką mieliśmy w Polsce do czynienia przed rządami PiS, nie jest warta obrony – trzeba ją dopiero od nowa zbudować.

Demokracja to władza ludu, który za pomocą procedur wyborczych rządzi sam sobą obierając polityczne programy mające na celu realizację interesów ogółu. Jednak zarówno w jej greckich początkach, jak i w nowoczesnych, oświeceniowych wersjach, ów demos zawsze ograniczony był do pewnego wybranego grona. Owszem, nie chcemy nad sobą tyranów, chcemy rządzić się wspólnie, ale ta wspólnota to „my”, a nie „oni”. Nie chcemy, by jednostki nie dość mądre czy wartościowe mogły decydować o naszym losie. Jak wiadomo, do wspólnoty pełnoprawnych obywateli długo nie należały kobiety – w Polsce w tym roku obchodzimy stulecie wywalczenia przez nie praw wyborczych. W wielu krajach europejskich do stulecia brakuje jednak jeszcze sporo, na przykład we Francji przyznano kobietom prawa wyborcze dopiero w 1944 roku, a w Szwajcarii w 1971 roku. Głosować nie mogli również niewolnicy, ale nieco bardziej zaskakujące jest, że takie pozornie postępowe kraje jak Kanada i Australia przyznały prawo głosu rdzennej ludności tych ziem dopiero w latach 60. XX wieku.

Często jednak zapomina się, że oprócz wykluczeń na podstawie płci i rasy w nowoczesnych demokracjach obowiązywał cenzus majątkowy, który zaczęto znosić dopiero pod koniec XIX wieku. Wśród tych, którzy nie należeli do wspólnoty ludzi godnych rządzenia, było zatem również prostackie pospólstwo. I jeśli wierzyć Tocqueville’owi, który porównywał prawników do arystokracji i pisał, że „brzydzą się [oni] zabiegami motłochu i w skrytości pogardzają rządami ludu”, takie też są ideologiczne źródła instytucjonalnych zabezpieczeń demokracji. Nie chodziło tylko o to, by dzięki rozdzielności władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej nikt nie mógł zyskać pełnej kontroli nad państwem – chodziło o wykluczenie znacznej części ludzi uznanych za niezasługujących na udział w sprawowaniu władzy.

Przejęcie władzy przez PiS odsłoniło takie właśnie oblicze polskiej demokracji oraz jej politycznych i opiniotwórczych elit, potwierdzając nie wprost zasadność antyelitarnych haseł, z jakimi partia ta szła do władzy. Po jej zwycięstwie w mediach głównego nurtu pojawiło się wiele opinii lamentujących nad tym, że do władzy doszło chamstwo, a to, co kiedyś było obciachem, nie jest już powodem do wstydu. Obecnie, po wielu krytykach, że tego rodzaju wypowiedzi są wyrazem uprzedzeń klasowych, wydaje się, że media rzadziej zlecają swoim dziennikarzom tego typu opracowania, a jeśli już się pojawiają, są one bardziej zniuansowane, jak artykuł Ewy Wilk „Cham w dom” (Polityka, 14.02.18) stawiający tezę, że chamstwo pleni się wśród wszystkich grup społecznych. Wciąż jednak od czasu do czasu różnorodne autorytety ruszają na klasowe barykady z jaśniepańskimi tyradami. Na przykład pod koniec zeszłego roku przewodniczący KOD, Krzysztof Łoziński, apelował by „zdjąć aureolę z mordy chama”; na początku stycznia profesor filozofii Jan Hartman w niezwykle emocjonalnym tekście deklarował, że „na przekór lecącemu błotu i ślinie” będzie powtarzał, że „cham to cham, a idiota to idiota”; a nieco później inny filozof, Bartosz Kuźniarz, przekonywał, że lud jest głupi, bo został otumaniony przez kapitalistyczny konsumeryzm, a poza tym źle go sobie wychowaliśmy.

Demokracja bywa często rozumiana po prostu jako prawo do wrzucenia raz na jakiś czas kartki do urny wyborczej – i obecnie tym jest w istocie, powodując frustrację znacznej części społeczeństw, nie tylko polskiego. Wielu ludzi ma poczucie, że nie mają żadnego wpływu na rzeczywistość, bo jakkolwiek by nie głosowali, elity władzy i tak porozumieją się miedzy sobą i efekt będzie ten sam co zawsze, jedynie w nieznacznie zmienionym opakowaniu. W rezultacie rośnie popularność polityków antysystemowych, którzy najczęściej budują ją podsuwając sfrustrowanym kozły ofiarne pod postacią różnego rodzaju obcych.

Retoryka antyuchodźcza była również ważnym elementem kampanii wyborczej PiS, ale jej kluczowym ogniwem była właśnie obietnica oddania realnej władzy ludziom pozbawionym możliwości wpływu na rzeczywistość przez pogardzające nimi elity rozgrywające między sobą złudny spektakl rywalizacji o głosy. Z tej perspektywy nie ma absolutnie nic zaskakującego w tym, że atak na niezależne media i sądownictwo ani trochę nie obniżył słupków poparcia dla PiS – było to przecież owo obiecane „odrywanie elit od koryta”. Podobnie też celem godnościowych igrzysk jest pokazanie ludziom, że w końcu są słuchani i ich perspektywa się liczy. W tym sensie partia rządząca przywraca demokrację rozumianą jako władza ludu, nawet jeśli wielu zwolenników PiS stosuje jej ubogą koncepcję „karta wyborcza raz na kilka lat” twierdząc, że wszelkie protesty przeciwko demokratycznie wybranej władzy są nieuprawnione i jedyne, co mogą zrobić niezadowoleni, to czekać na kolejną okazję do oddania głosu.

Jak w takiej sytuacji powinna działać lewica? Demokracja, w której wszystkie obywatelki i obywatele mają naprawdę wpływ na polityczną i społeczną rzeczywistość, jest przecież także naszym ideałem. To Marks krytykował współczesne mu demokracje pisząc, że zapewnieniami o powszechnej równości i wolności maskują realne nierówności, a wybór między pracą za głodowe stawki albo śmiercią z głodu nie jest żadnym wyborem. A zatem na nazwę autentycznej demokracji nie zasługuje system, w którym wygranie wyborów uzależnione jest od posiadania znacznych środków finansowych, ani też taki, w którym część społeczeństwa postawiona jest przed samymi niekorzystnymi wyborami ekonomicznymi. Sprawiedliwość społeczna jest tak samo niezbędnym elementem demokracji jak trójpodział władzy. I powinno to być jasne zwłaszcza w Polsce, gdzie społeczna gospodarka rynkowa wpisana jest do konstytucji podobnie jak zasady funkcjonowania Trybunału Konstytucyjnego.

Jeśli demokracja ma naprawdę oznaczać rządy wszystkich obywatelek i obywateli, instytucjonalne zabezpieczenia dla demokracji muszą oderwać się od swojej historycznej roli kontrolowania motłochu przez „prawniczą arystokrację”. Ich celem musi być uniemożliwienie jakiejkolwiek grupie społecznej – silniejszej wpływami, zasobami czy brutalną siłą – zdominowanie całego państwa tak, aby służyło ono jej partykularnym interesom kosztem reszty społeczeństwa. Takie podejście było całkowicie obce wszystkim rządom po 1989 roku, które hołubiły przedsiębiorców jako sól narodu, przodowników postępu mających nas zaprowadzić ku świetlanej przyszłości dobrobytu w państwie uwolnionym od roszczeniowego homo sovieticus. Oczywiste było, że władza ma dbać o tych, którzy jakże hojnie „dają pracę”, a nie o pracowników. Troska o przestrzeganie praw pracowniczych, o godne wynagrodzenia i świadczenia społeczne nie była uznawana za zadanie państwa, „przyciąganie inwestorów” – owszem.

Walka z nierównościami ekonomicznymi jest od dawna kluczowym punktem lewicowych programów politycznych. Twierdzę jednak, że – zwłaszcza w kontekście obecnych sporów w Polsce – potrzebne jest przeformułowanie tych postulatów jako warunków koniecznych autentycznej demokracji, a nie jedynie opcjonalnych dodatków do niej. Ekonomiczna dominacja pewnych grup daje im środki do naginania polityki tak, by służyła ich interesom, a nie wspólnemu dobru. I jest to tak samo sprzeczne z demokracją, jak przejęcie przez jedną opcję polityczną kontroli nad sądami czy mediami. W ten sposób demokracja wyradza się w oligarchię.

Wolność wypowiedzi uznawana jest za kluczowy element demokracji – bez niej niemożliwe jest kształtowanie polityki jako zbiorowych decyzji służących wspólnym interesom. Lewica zawsze opowiadała się za włączaniem do publicznych debat perspektywy kobiet, osób nieheteroseksualnych czy o odmiennych przynależnościach etnicznych i religijnych. Jednak najsłabiej idzie nam walka z dyskryminacją ze względu na klasę, chociaż to właśnie o prawa klas pracujących lewica chce się upominać. Niestety fakt, że większość lewicowych publicystek i działaczy to wykształcone osoby z klasy średniej sprawia, że nasze działania często wpadają w schemat ratowania ubogiego, wyzyskiwanego ludu przed kapitalistycznymi ciemiężycielami. Nie spotyka się to z wdzięcznością „ratowanych”, bo nikt nie chce przyjmować roli ofiary potrzebującej wybawców. Dlatego kluczowym elementem demokracji, jaką chcemy budować, musi być upodmiotowienie „ludu” jako uczestnika walki o lepsze społeczeństwo, a nie biernego obiektu lewicowej polityki. Nie będzie prawdziwej, skutecznej lewicy, dopóki ci, o których prawa chcemy się upominać, nie dołączą do nas na równych prawach, dopóki nie będą mogli dobrze poczuć się w naszym gronie.

Przeszkody są często kulturowo-estetyczne – w poprzednim wpisie omówiłam polityczną rolę obciachu. Większy problem pojawia się jednak, gdy z estetyką zaczyna się wiązać etyka. Jeśli twierdzimy, że realna demokratyzacja publicznej debaty musi polegać na tym, by wszystkie perspektywy mogły w niej zaistnieć, czy nie oznacza to zgody na seksizm, rasizm czy homofobię? Nie, oznacza to jedynie potraktowanie serio ludzi, którzy z różnych przyczyn takie poglądy wyznają: przekonywanie ich zamiast oburzonego przewracania oczami i zatykania nosa z obrzydzeniem. Rafał Woś pisał w zeszłym roku, że lewica musi porzucić własną bańkę „grzecznego prymusika” i ubrudzić się schodząc w „przaśny” i nie zawsze politycznie poprawny lud. Autentyczna rozmowa nie polega jednak na porzuceniu własnej perspektywy. Wręcz przeciwnie: jeśli nie przedstawiamy otwarcie naszych argumentów, to sugerujemy, że druga strona jest zbyt głupia, żeby je zrozumieć. Tego rodzaju protekcjonalna nieszczerość jest od razu wyczuwalna – „lud” bez trudu zorientuje się, że jest traktowany instrumentalnie, że „jaśniepaństwo” zniża się do niego, bo go potrzebuje, a nie traktuje go po partnersku.

Poza tym całkowicie błędny jest podział na tolerancyjną i wykształconą klasę średnią oraz ksenofobiczną i homofobiczną klasę ludową. Jak kiedyś pisałam, w patriarchalnym systemie wszyscy przynajmniej od czasu do czasu wchodzimy w seksistowskie schematy myślenia i działania. Uleganie złudzeniu, że dobrzy lewicowcy są od nich wolni, tylko utrudnia walkę z dyskryminacją. Z drugiej strony, jak pokazują badania socjologów, klasy ludowe wcale nie są tak przesiąknięte uprzedzeniami, jak byśmy chcieli myśleć budując ich obraz w opozycji do naszej rzekomo stuprocentowej tolerancyjności. Ponadto często uprzedzenia są jedynie wyrażane werbalnie i okazuje się, że spotkanie konkretnego innego twarzą w twarz przebiega bez większych zakłóceń. Niedawno znajoma pracująca w świetlicy dla dzieci z Pragi Północ opowiadała mi, że chociaż z kwestionariuszy przeprowadzanych w szkołach wynikało, że tamtejsze dzieci mają wysoki poziom uprzedzeń, gdy czarnoskóra dziewczynka dołączyła do grupy, została zaakceptowana przez rówieśników i, wbrew obawom prowadzących zajęcia, obyło się bez problemów.

Z osobami, które przejawiają różnorakie uprzedzenia, musimy tak czy siak współpracować – jest to jasne chyba dla wszystkich kobiet mających dłuższą styczność z mężczyznami o lewicowych poglądach. Radykalne poszerzenie tego grona nie pogorszy naszej sytuacji, lecz wręcz przeciwnie: może ją znacznie poprawić, gdyż to właśnie uznanie tolerancyjności za cechę przysługującą wyłącznie ludziom wykształconym i obytym utrudnia praktyczną realizację związanych z nią wartości. Z jednej strony, ludzie z klas pracujących nie czują, że są to ich wartości – bo stale słyszą, że tolerancyjni nie są, nawet jeśli skądinąd fakty są inne. Z drugiej zaś, uznanie, że uprzedzeniom podlega jedynie „lud”, który my, wykształceni powinniśmy edukować, stanowi wygodne alibi dla klas średnich i wyższych powodując, że nietolerancyjne postawy kwitną pośród najbardziej postępowej retoryki.

Autentyczne włączenie klas ludowych w lewicowe działania wymaga zatem zrezygnowania z wygodnego przekonania, że uprzedzenia nie dotyczą nas, wykształconych edukatorów „ciemnego ludu”. Wymaga także zastanowienia się, w jaki sposób sami je nasilamy, na przykład poprzez pogardę klasową zawartą w naszych narzekaniach na Polskę i polskość. Nie jest to łatwe, ale tylko w ten sposób możemy budować autentyczną demokrację – a także odebrać PiS-owi rolę jedynej partii naprawdę słuchającej zwykłych ludzi. Trzeba pokazywać, że rola ta jest fałszywa, bo podsycając istniejące uprzedzenia i lęki PiS nie traktuje swoich wyborców poważnie jako równych partnerów w dyskusji, lecz cynicznie wykorzystuje ich jako „mięso wyborcze” służące do zdobycia pełni władzy. Oddanie głosu grupom wykluczanym przez liberalne rządy i media przy jednoczesnym odebraniu go innym grupom oraz postępująca monopolizacja władzy państwowej są działaniami sprzecznymi z prawdziwą demokracją, która nie może polegać na tym, że „my” zyskamy władzę kosztem „was”, ale na budowaniu państwa, które wszyscy będziemy mogli współtworzyć na równych zasadach.


Artykuł ukazał się w piśmie "Bez Dogmatu", I/2018.